
Tymon Grabowski — Strefa czystego transportu w Katowicach działa od poniedziałku. Może jest bardzo mała, ale za to przewidziano w niej wiele wyłączeń. Innymi słowy: wprowadzili, ale nie przejmuj się tym zanadto.
Może nie powinienem zaczynać wpisu od opinii, ale uwielbiam sytuacje, w których ruchy antysamochodowe krzyczą, że trzeba wprowadzić SCT, bo tego wymaga prawo – a kiedy SCT zostaje zgodnie z tym prawem wprowadzone, to krzyczą jeszcze głośniej, że nie o taką strefę chodziło. Filip Jarmakowski z Polskiego Alarmu Smogowego nazwał ją „fasadową” i „biurokratycznym żartem”, a ja muszę się z tym zgodzić, przy czym uważam, że ten żart jest niesłychanie śmieszny.
Czyli pół kilometra kwadratowego. Prawo nie precyzuje jakiej wielkości ma być SCT. Jak najbardziej może mieć właśnie tyle. Prawo nie reguluje też, czy na ulicach, gdzie wprowadza się SCT, w ogóle musi być normalny ruch drogowy.
Można wprowadzić ją na przykład na deptaku. Katowice właśnie tak zrobiły, przynajmniej częściowo. Wszystko działo się w dużym pośpiechu, ponieważ od istnienia SCT zależały kolejne transze środków z Krajowego Planu Odbudowy. Na pośpiesznie wprowadzone wyglądają też wyłączenia z zakazu wjazdu do strefy i ogólne kryteria emisji spalin dla pojazdów dopuszczonych do wjazdu. Jest to raczej chaotyczny zbiór obostrzeń, które spróbuję streścić poniżej:

Obszar SCT w Katowicach. (fot. Biuletyn Informacji Publicznej)
Można nabrać wrażenia, że te obostrzenia specjalnie tak pokomplikowano, żeby nikt dokładnie nie wiedział, czy może wjechać, czy nie może. Zresztą doświadczenia Warszawy i Krakowa pokazują, że tego i tak nikt nie kontroluje. Władze Katowic nie przewidują też żadnych opłat za wjazd do strefy, która kończy się na kilku ulicach w centrum i dość łatwo jest ją objechać.
Katowice z projektem strefy czystego transportu. Jest trochę śmieszny, a trochę wspaniały
Tak, ale nie. Czujnik, który spowodował, że Katowice musiały wprowadzić SCT, stał przy samej autostradowej obwodnicy, wskutek czego jego wskazania były zafałszowane. Czujnik przestawiono, ale wskazanie pozostało. Jednak aktywiści z alarmów smogowych dokonali własnych pomiarów przy użyciu tzw. czujników pasywnych i wyszło z nich, że przekroczenia pojawiły się w 11 punktów pomiarowych na kilkadziesiąt ustawionych czujników. Przypomnę, że średnioroczna norma to 40 mikrogramów tlenku azotu na metr sześcienny, a wspomniany pomiar wykazał w trzech miejscach wartości 45-46 μg.
Zarazem jednak ci sami aktywiści napisali, że takie pomiary są mało wiarygodne, bo wystarczy odsunąć czujnik o ok. 5 m od krawędzi jezdni, żeby odczyt był niższy średnio o 25 proc. W sumie więc odpowiednie ustawienie czujnika, tzn. tuż pod rurami wydechowymi pojazdów zawsze da wysokie wartości tlenków azotu i uzasadni wprowadzenie strefy.
Ostatni raz gdy sprawdzałem, to nie oddychamy powietrzem na poziomie jezdni...
Strefa czystego transportu w Poznaniu? Jednogłośna decyzja radnych
Wszystkie te alarmy smogowe mają tu absolutnie rację. Ale przecież ona nie ma nic dawać – przy obecnych przepisach, które dają samorządom pełną swobodę w kształtowaniu granic stref i wpuszczaniu do nich konkretnych rodzajów pojazdów, sytuacja katowicka jest całkowicie akceptowalna prawnie. Wypada też przypomnieć, że ze względu na rządowe naciski, Katowice były zmuszone opracować i wdrożyć strefę w rekordowe trzy miesiące, więc można tylko zacytować znany polski film: „co mogliśmy, to zrobiliśmy”.
Obstawiam, że w samym ruchu drogowym w stolicy Górnego Śląska nic się nie zmieni, a wskaźniki tlenku azotu spadną ze względu na wymianę aut na nowe. Przypominam: w zeszłym roku pobito w Polsce rekord sprzedaży nowych samochodów. One wszystkie spełniają kryteria SCT.