
Kasjan Owsianko — Łukasz Żak trafi do więzienia, Łukasz Mejza do freakfightowej klatki, a ustawa o statusie osoby najbliższej do śmieci. Wszystkiemu temu przyglądać się będzie Mateusz Morawiecki, który może się odprężyć w oczekiwaniu na wyrzucenie z partii. Oto cotygodniowy, subiektywny przegląd w
Stało się. Sąd Rejonowy Warszawa-Śródmieście wydał nieprawomocny wyrok skazujący Łukasza Żaka na 20 lat pozbawienia wolności. O przedterminowe zwolnienie sprawca tragicznego wypadku na Trasie Łazienkowskiej ubiegać się będzie mógł dopiero po 15 latach. To maksymalny możliwy wymiar kary. I bardzo dobrze.
Czemu nie można się dziwić, na wyrok dla Żaka czekał niemal każdy. Z jednej strony Polacy mają już dość wariatów na drogach, dla których ludzkie życie jest warte mniej niż popisówka przed kilkoma nawalonymi ziomkami na prawym i tylnych siedzeniach. Z drugiej – sam oskarżony wyjątkowo, ale to naprawdę wyjątkowo nie dawał najmniejszych szans, żeby go polubić lub choć na chwilę zwątpić w jego winę.
Najwyraźniej tego samego zdania był wydający wyrok Maciej Mitera, który oskarżonemu urządził w uzasadnieniu istną orkę godną amerykańskich dramatów sądowych. – Wierzę w polski system penitencjarny. Wierzę, że tam pana nauczą. Ale mało tego, przykro mi jest to mówić, pana również powinni tam nauczyć zwykłej kindersztuby – mówił sędzia, odsyłając Żaka na dwie dekady za kratki.
Czytaj też: 20 lat więzienia dla Żaka. Obrona zapowiada kolejne kroki
Pewnie w wielu przypadkach pojawiłyby się głosy, że sędziom nie wypada tak mówić, że powinni utrzymywać powagę instytucji, że co to za brak profesjonalizmu. Tutaj nie. I nawet fakt, że Mitera przez lata był ściśle związany z tzw. neo-KRS prawie nikomu nie przeszkadzał.
Nie pozostaje nic innego, jak pogratulować Żakowi, że potrafił wytworzyć w społeczeństwie uczucie antypatii silniejsze niż nienawiść do politycznych wrogów.
Niech nagrodą dla Żaka będzie fakt, że przez najbliższe 20 lat nie będzie musiał się martwić o wynajem czy kupno mieszkania w Warszawie, a nie jest to najprostsze zadanie. Co prawda nieco ułatwić mogłaby to ustawa regulująca rynek najmu krótkoterminowego, ale – kto by się spodziewał – została wykastrowana do tego stopnia, że jej finalna wersja nie zmieni nic.
[

Wyrok dla Łukasza Żaka może zmienić Polskę. Drogowi bandyci mają powody do obaw](/news/lukasz-zak-skazany-na-20-lat-wiezienia-czy-to-poczatek-zmian-w-polskich-sadach)
[

Nagradzać swoich, karać odważnych. Tak władza wychowuje posłuszne społeczeństwo](/news/dlaczego-ludzie-boja-sie-buntowac-bezkarnosc-wladzy-i-cena-odwagi)
[

Trzy lata pracy i kapitulacja. Tak rząd „uregulował” Airbnb](/news/rzad-odpuszcza-regulacje-airbnb-co-oznacza-nowa-ustawa-o-najmie-krotkoterminowym)
Konieczność regulacji rynku mieszkań wynajmowanych na doby wynika z unijnego prawa. Przy okazji jej wprowadzania Polska 2050 z Katarzyną Pełczyńską-Nałęcz chciała m.in. dać samorządom dodatkowe uprawnienia do tworzenia stref wolnych od najmu krótkoterminowego. Rząd miał jednak inne plany, więc tego zapisu, jak i kilku innych się pozbył.
Ministra funduszy i polityki regionalnej Polski upust swoim emocjom dała w mediach społecznościowych, pisząc: „Najgorszą ustawą, jaka wyszła z rządu”. Przyznam, najlepsza nie jest, ale bez przesady – kilka gorszych na pewno się znajdzie.
Czytaj też: „Sorry Polaczki, będziecie żreć gruz”. Śpiewak o deklaracjach Domańskiego ws. mieszkań
Ale w tym wszystkim szczerze współczuję pani Pełczyńskiej-Nałęcz. Może i czasami prowadzenie polityki nie idzie jej wybitnie, a kwestię Krajowego Planu Odbudowy mogła rozwiązać po stokroć lepiej, ale niejednokrotnie podnosi ona kwestie potrzebujące pilnych regulacji lub zmian, zostając przy tym całkowicie zignorowana przez pozostałych współrządzących. Już nawet (a może „zwłaszcza”) deweloperzy mają większy posłuch od niej.
Większy posłuch ma także Lewica – bo i posłów ma więcej – toteż udało jej się w ubiegłym miesiącu przeprowadzić przez parlament projekt o statusie osoby najbliższej.
Choć i tak ustawa była w olbrzymim stopniu ogołocona, a do propozycji marzeń dla środowisk opowiadających się za regulacją związków nieformalnych – co dopiero jednopłciowych – było jej daleko, to nadal była pierwszym w historii aktem prawnym tego rodzaju, któremu udało się przejść przez obie izby. Entuzjazm był więc wielki.
Niestety. Entuzjazmu tego nie podzielił prezydent Karol Nawrocki, który w piątkowy poranek ogłosił, że zdecydował się powstałą w bólach i trudach, i ze łzami konserwatywnych posłów Polskiego Stronnictwa Ludowego w oczach zawetować. – Jako strażnik Konstytucji nie mogę zaakceptować rozwiązania, które prowadziłoby do utraty szczególnego statusu małżeństwa – stwierdził.
Trudno sobie wyobrazić projekt ustawy wokół związków partnerskich będący dalej od szczególnego statusu społeczeństwa, ale najwyraźniej prezydent ma na ten temat inne zdanie.
Czytaj też: „Macie obsesje”. Politycy komentują weto Nawrockiego
Skoro więc Lewicy nie udało się zdobyć podpisu pod ustawą tak bardzo ograniczoną, Katarzyna Kotula ogłosiła, że teraz spróbują z innej strony. „Nie będzie już powrotu do rozmowy o ustawie o związkach partnerskich ani ustawie o statusie osoby najbliższej. Idziemy po równość małżeńską. Najpierw walka o wspólne rozliczanie przy transkrypcji i rozmowy z ministrem finansów” – napisała była ministra ds. równości.
Może i nie będzie to ustawa a rozporządzenie, ale chociaż o prezydencki podpis nie trzeba się martwić. A i może niefortunną wypowiedź o zrównaniu wieku emerytalnego uda się przykryć.
Prezydencki podpis znalazł się za to na dziewięciu innych ustawach, w tym tej uderzającej w patostreamerów. I bardzo dobrze, a jeżeli ktoś uważa inaczej, to albo jest skończonym idiotą, albo Łukaszem Mejzą. Albo jedno i drugie.
Mejza nie znalazł się tu bez powodu. Jak ogłosiła „Rzeczpospolita”, poseł i były członek klubu Prawa i Sprawiedliwości już jesienią ma zadebiutować we freakfightowej federacji Prime MMA. Tej samej, w której walki stoczyli już liczni patostreamerzy.
Czytaj też: Łukasz Mejza wreszcie odnalazł powołanie
Stawka za wejście polityka do klatki wynieść ma – a przynajmniej jeszcze dwa miesiące temu tyle miała wynieść – okrągły milion polskich złotych, formułą ma być znany z ustawek kibicowskich brudny boks uliczny, a przeciwnikiem ma być Jacek Murański. Ten sam Jacek Murański, o którym w kampanii prezydenckiej premier Donald Tusk mówił, że to „postać znana”.
Walka Mejzy z Murańskim będzie drugą najbrutalniejszą walką z politycznym zabarwieniem w tle w najbliższych miesiącach. Pierwsze miejsce trafi jednak do bratobójczego pojedynku w Prawie i Sprawiedliwości.
Między stronnikami byłego premiera Mateusza Morawieckiego a frakcją „maślarzy” – z Przemysławem Czarnkiem, Jackiem Sasinem, Patrykiem Jakim i Tobiaszem Bocheńskim na czele – iskrzy od miesięcy. Nie jest to jednak namiętne, napędzające związek iskrzenie. To raczej kłótnia rodziców o opiekę nad dzieckiem, gdzie dobro dziecka spada na drugi plan, zepchnięte przez animozje niegdyś zakochanej pary.
Zaledwie dwa tygodnie po tym, jak Tusk postawił swoje ultimatum ws. służby zdrowia, Jarosław Kaczyński stwierdził, że nie może być gorszy i również postawi ultimatum: w ciągu siedmiu dni, licząc od środy, pod groźbą najsurowszej kary wszyscy politycy PiS zobowiązani są do opuszczenia innych stowarzyszeń.
Ultimatum to wycelowane zostało bezpośrednio w Morawieckiego i jego środowisko stowarzyszone w ramach „Rozwój Plus”. Co prawda „maślarze” też mieli jakieś stowarzyszenie, ale na tyle się do niego nie przywiązywali, że Sasinowi wystarczyła godzina od wygłoszenia ultimatum, żeby ogłosić jego zamknięcie.
Były premier nie zamierza jednak składać broni ani rezygnować z organizacji zapowiedzianego na koniec miesiąca grilla. W odpowiedzi na fotkę Sasina z podpisem „Wybieram PiS” i w oczekiwaniu na wyrzucenie z partii zdecydował się wytoczyć najcięższe działo – godne kampanii Baracka Obamy sprzed 18 lat nakładki na zdjęcia na X – i w ten oto sposób portal został zalany biało-czerwonymi fotografiami polityków z hasłem „Wybieram Polskę”.
I od razu wiadomo, kto woli karkówkę od owoców na Nowogrodzkiej. A walka trwa.
Chociaż wędkarzowi z Koła Budowlani PZW się nad Jeziorem Tarnobrzeskim poszczęściło. Zawsze mogło być gorzej.