
Marek Jurek — Sprawa Roberta Bąkiewicza staje się punktem wyjścia do refleksji nad tym, jak działa współczesny aktywizm i czy rzeczywiście stoi on po stronie uniwersalnych wartości. Przywołane przykłady pokazują, że w praktyce wrażliwość na krzywdę bywa selektywna, a niektóre ofiary pozostają
Wiele wypowiedzi w Parlamencie Europejskim (PE) wprawiło mnie w stan konsternacji, ale żadna nie tak jak – milczenie. Parlament zajmuje się rocznie kilkudziesięcioma przypadkami naruszania praw człowieka poza granicami Unii. Te regularne debaty mają demonstrować wrażliwość moralną Europy i jej globalne zaangażowanie.
[

Rekordowe referendum i pusty fotel. Kto powinien rządzić Krakowem?](/news/kto-bedzie-prezydentem-krakowa-po-referendum-2026)
[

Papierologia, kontrole i strach przed paragrafem, czyli jak wygląda polska szkoła](/news/czy-prywatne-szkoly-sa-lepsze-jan-wrobel-wyjasnia)
[

Zgłoszenie, procedura, kula. Jak stolica „rozwiązuje” problem dzików](/news/dziki-w-miescie-czy-odstrzal-to-jedyne-rozwiazanie-problemu)
W czasie ustalania porządku takich problemów na jednym z posiedzeń PE posłowie prawicy zaproponowali podjęcie (udokumentowanej) sprawy mordowania w Afryce Południowej afrykanerskich (czyli rdzennych białych) farmerów. Gdy przewodniczący obrad zwyczajowo zapytał, czy ktoś chce się wypowiedzieć za odrzuceniem wniosku – nikt się nie zgłosił! Po czym za chwilę zdecydowana większość Izby zagłosowała przeciw zajmowaniu się sprawą mordowanych Burów. Widocznie – im się należy.
Nie pamiętam, czy w Parlamencie był głos przeciw debacie na temat ujawnionych faktów nadużyć seksualnych w działalności organizacji humanitarnej Oxfam International. W każdym razie Parlament Europejski o tym też rozmawiać nie chciał. Mimo (a może tym bardziej) że podobne zarzuty dotyczyły i innej „organizacji humanitarnej” – Médecins Sans Frontières, założonej przez Bernarda Kouchnera (którego to „papieża praw człowieka” bezpośrednio oskarżano o tolerancję dla seksualnego wykorzystywania, ale to już temat na inny artykuł). „Aktywizm” to świętość panującej kultury. Ma być widzialnym wyrazem współczesnej „wrażliwości moralnej” i „zaangażowania humanitarnego”, więc ruszać go nie wolno. Świętości się nie szarga.
Czytaj także: Marek Jurek: Polityka odwagi czy polityka strachu?
Wyobraźmy sobie, jak rząd zareagowałby, gdyby w jakimś niemieckim mieście rządzonym przez Alternatywę dla Niemiec (AfD) policja poturbowała dwóch polskich aktywistów homoseksualnych, próbujących wraz z niemieckimi kolegami postawić obok pomnika ofiar nazizmu tęczę LGBT. Odciąłby się od nich? Zadeklarował, że nie ma nic wspólnego z tą hecą? I przede wszystkim – jak zareagowałaby opinia niemiecka? Zamiast o chuligaństwie, nielegalnej prowokacji, wandalizmie, z pewnością słyszelibyśmy o brutalnej (albo brunatnej) policyjnej przemocy, zlekceważeniu pamięci, pokojowej manifestacji. I pewnie byłyby antyfaszystowskie marsze poparcia dla „chuliganów”.
A może nie. Rozważcie sami. Nie stawiam retorycznych pytań, sam się zastanawiam, zestawiam analogie, szukam kryteriów i piszę o tym, co wydaje mi się pewne. Bo jak widać po sprawie Roberta Bąkiewicza i polskich prawicowych aktywistów – przywileje aktywizmu nie są dla wszystkich. Zresztą czy właściwie sugestia, że dla wszystkich – nie jest już jakimś publicystycznym „chuligaństwem”? Pewnie powinienem się w piersi uderzyć!
Czytaj też: Marek Jurek o Andrzeju Szeptyckim: Czy pochodzenie powinno decydować o dymisji ministra?
W każdym razie, po ataku na berlińską modlitwę, po śmierci Henry’ego Nowaka, po deklaracjach Seweryna Frasyniuka i Grabowskiego-Hartmana sygnałów alarmowych już starczy. Czas na ruch Polish Lives Matter. Szacunku należy domagać się od innych, ale pamięć i reakcja to nasze powinności. O polskich cierpieniach my pierwsi powinniśmy pamiętać i to nie tylko wtedy, gdy cudza pogarda nas do tego zmusza.