
Łukasz Zboralski — Maksymalny wyrok 20 lat więzienia dla Łukasza Żaka jest przełomowy. To dowód, że w polskim wymiarze sprawiedliwości pękł mur łagodności wobec drogowych morderców. Ta zmiana nie będzie błyskawiczna, ale właśnie się rozpoczęła i wiemy, dokąd powinna zmierzać – do punktu, w którym S
Być może od dawna nie było sprawy, która dawałaby sędziemu tak łatwą możliwość, by jednoznacznie stanąć po stronie społeczeństwa zagrożonego przez drogowych bandytów. W sprawie Łukasza Żaka nie było żadnych okoliczności łagodzących. To zdegenerowany bandyta, wcześniej karany za przestępstwa narkotykowe, jazdę po pijanemu i łamanie sądowych zakazów prowadzenia pojazdów. Jechał ulicą z prędkością 226 km/h, choć obowiązywało tam ograniczenie do 80 km/h, po wypiciu ośmiu kieliszków wódki.
Staranował rodzinę wracającą do domu – rodzinę, z którą każdy mógł się utożsamić. Zabił pana Rafała, ojca dwójki małych dzieci. Jego żonę i dzieci ranił. Uciekł z miejsca wypadku, nie udzielając pomocy, pozostawiając na asfalcie nawet własną, krwawiącą dziewczynę – być może licząc na to, że jeśli umrze, uda się zrzucić na nią odpowiedzialność za kierowanie pojazdem.
Sędzia Maciej Mitera dostał więc sprawę, która była jak wyłożenie piłki do pustej bramki – idealną okazją do zerwania z dotychczasową sądową łagodnością. To właśnie ona sprawiła, że w społeczeństwie narosło uzasadnione przekonanie, iż wymiar sprawiedliwości bardziej troszczy się o sprawców niż o ofiary. W sprawach dotyczących wypadków drogowych było to szczególnie widoczne.
Tej okazji warszawski sędzia nie zmarnował. Nie dlatego, że wydał wyrok odwetowy, odpowiadający populistycznym oczekiwaniom żądnego krwi tłumu. Wydał po prostu wyrok sprawiedliwy. Skoro nie sposób było znaleźć okoliczności łagodzących, a zachowanie sprawcy po wypadku nie świadczyło o żadnym przełomie ani szczerej skrusze, nie było też powodu, by na siłę doszukiwać się takich okoliczności.
– Panie Żak, powiem tak: może nie na sam wyrok, ale na tę karę pracował pan latami. To wypadkowa całej pana działalności, naprawdę. Prokuratura twierdziła, że nie widzi przesłanek. Ja również obserwowałem pana podczas tego procesu i też ich nie dostrzegłem. Powiem panu: interesowało pana wszystko – włącznie z koszulkami Louis Vuitton i Balenciagi – ale nie to, co pan zrobił. Uważam, że nie wykazał pan cienia refleksji – uzasadniał swój wyrok sędzia Maciej Mitera.
Czytaj również: Łukasz Żak trafi za kraty na 20 lat. Na razie wrócił do aresztu
Najważniejsze w uzasadnieniu były jednak słowa sędziego wyjaśniające, czym w jego ocenie prawo powinno być dla społeczeństwa. – Panie Żak, dlaczego taka kara? Nie chcę już, żeby na drogach były Julie, Jakuby, Pauliny, Anie i Kasie. Uważam, że tylko ta kara zabezpieczy społeczeństwo przed takimi kierowcami jak pan – powiedział sędzia Maciej Mitera. – Kodeks karny jest także po to, by chronić poszczególne jednostki. Tym wyrokiem chronię mieszkańców Warszawy, i nie tylko, przed panem. Po prostu chronię – dodał.
Jak trafnie zauważył w mediach karnista Uniwersytetu Jagiellońskiego, prof. Mikołaj Małecki, maksymalna kara wymierzona Łukaszowi Żakowi jest w polskich realiach zbliżona do kary orzekanej za zabójstwo. – Zabójcze zachowanie, zabójcza kara. Dwadzieścia lat więzienia za nieumyślne spowodowanie wypadku to wymiar kary zbliżony do tego, jaki grozi za zabójstwo – skwitował.
Tak rzeczywiście jest. Polski Kodeks karny za zabójstwo (typ podstawowy) zamierzone lub zabójstwo z zamiarem ewentualnym przewiduje karę od 10 do 30 lat pozbawienia wolności. Przewiduje też jednak nawet dożywotnie pozbawienie wolności.
Po warszawskim wyroku widać wyraźnie, że sędziowie od dawna mieli w ręku narzędzie pozwalające w przypadku pijanych kierowców, osób prowadzących pod wpływem narkotyków oraz sprawców uciekających z miejsca wypadku wymierzać kary niemal zrównujące te czyny z zabójstwem. Nie bardzo chcieli jednak z tych narzędzi korzystać.
Teraz mogą być odważniejsi – oczywiście pod warunkiem, że kara dla Łukasza Żaka nie zostanie w drugiej instancji drastycznie zmieniona. Jeśli tak się stanie, może to zahamować proces zmian w orzecznictwie. Rzecz bowiem w tym, że awans zawodowy sędziów jest warunkowany między innymi liczbą zmian ich wyroków w drugiej instancji. Młodzi sędziowie, którzy czasem mają świeższe spojrzenie i mogliby lepiej kształtować orzecznictwo z korzyścią dla obywateli, są odgórnie blokowani przez kadrę myślącą według „starego sposobu”. To zresztą problem orzecznictwa w wielu obszarach. Na razie nierozwiązany.
Adekwatny wyrok wydany przez sędziego Macieja Miterę może wspomóc proces zmian w orzekaniu także wobec drogowych bandytów, którzy nie byli pod wpływem alkoholu ani narkotyków. Społeczeństwo od dawna domaga się takiej zmiany. W Polsce wykształciliśmy już właściwy pogląd na osoby skrajnie łamiące przepisy ruchu drogowego – również te, które robią to całkowicie na trzeźwo. Jazdę z prędkością 200 km/h przez miasto porównujemy do osoby strzelającej z broni na ulicy. Być może nie chce ona nikogo zabić, ale musi mieć świadomość, że jej zachowanie może zakończyć się czyimś kalectwem lub śmiercią.
Na zmianę podejścia sądów w tym aspekcie jesteśmy w Polsce gotowi już od dawna. Pięć lat temu, gdy Roberta Nogala, znanego jako „Frog”, uniewinniono od zarzutów dotyczących szaleńczej jazdy przez Warszawę, opinia publiczna zawrzała. Sędzia Agata Pomianowska z Sądu Rejonowego dla Warszawy-Mokotowa przytoczyła opinię biegłego, która przez wielu obywateli została odebrana jak policzek: „Oskarżony nie wyczerpał znamion sprowadzenia niebezpieczeństwa katastrofy w ruchu lądowym, ponieważ pomimo brawurowej jazdy, poruszając się z dużą prędkością i powodując dezorganizację na drodze, oskarżony w krytycznym czasie panował nad swoim pojazdem”.
[

Sędzia podsumował Żaka. „Co trzeba mieć w głowie?”](/news/lukasz-zak-skazany-na-20-lat-wiezienia-sedzia-maciej-mitera-uzasadnil-wyrok)
[

Tragedia na Trasie Łazienkowskiej. „Żak groził nam nożem”](/news/wypadek-na-trasie-lazienkowskiej-zeznania-swiadka)
[

Łukasz Żak trafi za kraty na 20 lat. Na razie wrócił do aresztu](/news/lukasz-zak-w-areszcie-po-wyroku-czy-istnieje-status-wieznia-medialnego-odpowiada-sw)
Najgłośniejszą sprawą, w której ujawniła się słabość już nie tylko samych sędziów, ale także całego systemu prawnego, jest sprawa wypadku Sebastiana M. Syn bogatego biznesmena spod Łodzi wielokrotnie jeździł jak szaleniec, przekraczając prędkość 300 km/h. Tak samo pędził autostradą A1, gdy we wrześniu 2013 r. staranował samochód rodziny. Młodzi rodzice z małym dzieckiem, zepchnięci na bariery, spłonęli żywcem w aucie.
Zgodnie z polskim Kodeksem karnym Sebastian M. spowodował jedynie wypadek drogowy. Nie był pijany, nie uciekł bezpośrednio po zderzeniu (dopiero później wyjechał za granicę i próbował ukryć się w Dubaju). Za spowodowanie „zwykłego” wypadku, w którym zginęły trzy osoby, grozi od 6 miesięcy do 8 lat więzienia. Wszyscy w Polsce czujemy jednak, że skrajnie niebezpieczna jazda z prędkością przekraczającą 300 km/h nie jest zwykłym wypadkiem. Z poważniejszym ukaraniem Sebastiana M. będzie jednak problem.
Sędziowie w Polsce nie potrafią przekonać się do zmiany kwalifikacji prawnej takich czynów na zabójstwo z zamiarem ewentualnym. Nie chcą uznać, że ktoś jadący w taki sposób rozumiał i przewidywał, iż może kogoś zabić, a mimo to godził się na taki skutek.
Taki wyrok zapadł do tej pory, zdaje się, tylko raz i dotyczył sprawy bardzo specyficznej. 18-letni Wojciech P. napadł na kobietę z nożem i zabrał jej samochód, a następnie uciekał nim przez Jelenią Górę, przekraczając prędkość nawet 100 km/h. W trakcie ucieczki przejechał na czerwonym świetle, zabił na pasach 37-letniego pieszego i pojechał dalej. Rok później Sąd Apelacyjny we Wrocławiu uznał, że było to zabójstwo z zamiarem ewentualnym, i wymierzył sprawcy karę łączną 20 lat więzienia.
Po tej sprawie prokuratorzy wielokrotnie próbowali stawiać drogowym zabójcom zarzut zabójstwa z zamiarem ewentualnym. Za każdym razem jednak odbijali się od sędziowskiego muru. Tak było między innymi w innej sprawie dotyczącej wypadku w Jeleniej Górze. W 2018 r. 25-letni wówczas Łukasz O. i 21-letni Oskar L. ścigali się samochodami, osiągając prędkości sięgające 160–180 km/h. Łukasz O. wjechał w dwóch pieszych na przejściu. 47-letnia kobieta i 57-letni mężczyzna zginęli na miejscu.

Łukasz Żak na sali rozpraw (fot. Radek Pietruszka / PAP)
Już sąd okręgowy nie uznał tego czynu za zabójstwo z zamiarem ewentualnym, lecz za zwykły wypadek. Następnie Sąd Apelacyjny we Wrocławiu zmniejszył jeszcze karę Łukaszowi O. – z 8 do 7 lat więzienia. – Maksymalna kara za to przestępstwo wynosi 8 lat. Możemy sobie wyobrazić jeszcze bardziej tragiczne w skutkach wypadki, które nadal będą wypadkami drogowymi, a wtedy zabraknie skali do właściwego ich osądzenia – uzasadniał sędzia Jarosław Mazurek.
Choć obiegowo postrzegamy prawo karne jako coś stałego, w rzeczywistości – podobnie jak wiele innych dziedzin – jest ono czymś, co społeczeństwa kształtują odpowiednio do swoich potrzeb i poziomu rozwoju. Nie ma wątpliwości, że Polacy dostrzegają potrzebę surowszego karania drogowych zabójców oraz odróżnienia ich spraw od rzeczywiście zwykłych wypadków. Te nadal najczęściej wynikają z naruszenia przepisów ruchu drogowego, ale nie z ich skrajnego i rażącego łamania.
Skoro w Polsce zmianę orzecznictwa blokują problemy związane z awansem sędziowskim oraz odrzucaniem nowych poglądów w sądach apelacyjnych, pozostają dwie drogi: dyskusja w samej doktrynie oraz po prostu zmiana prawa.
To pierwsze już się rozpoczęło, choć nie wszyscy jeszcze to dostrzegają. W 2022 r. w czasopiśmie „Prawo i Prokuratura” – publikowanym na stronach rządowych oraz Prokuratury Krajowej – ukazało się opracowanie „Wypadek drogowy ze skutkiem śmiertelnym czy zabójstwo w zamiarze ewentualnym – kwalifikacja prawna najpoważniejszych zdarzeń drogowych”. Edyta Dzielińska, sędzia delegowana do Sądu Okręgowego w Warszawie, oraz Krzysztof Proć, radca prawny z Kancelarii Piotrowski i Wspólnicy, wskazali na społeczną potrzebę odmiennej kwalifikacji prawnej wypadków, których sprawcy w sposób skrajny naruszają przepisy ruchu drogowego. Zaproponowali wprowadzenie zmiany w Kodeksie karnym i dodanie do niego odrębnego czynu – „zabójstwa drogowego”:
„(…) należałoby postulować wprowadzenie do ustawy karnej nowego typu przestępstwa w postaci zabójstwa drogowego, gdzie wśród znamion strony przedmiotowej znalazłyby się znamiona ostre (jak przekroczenie prędkości co najmniej o 50 km/h) czy nieostre (jak rażąco niebezpieczna jazda). Popełnienie tego rodzaju czynu zabronionego mogłoby się wiązać z wyższą karą pozbawienia wolności oraz chociażby wydłużonym czasem obowiązywania środka karnego w postaci zakazu prowadzenia pojazdów. Taki zabieg ustawodawczy byłby skuteczniejszy prewencyjnie niż mglista wizja postawienia sprawcy pod zarzutem zabójstwa w zamiarze ewentualnym, który przy dobrej argumentacji obrończej z dużym prawdopodobieństwem nie ostałby się w toku postępowania sądowego z uwagi na trudności dowodowe wynikające z zasady domniemania niewinności oraz in dubio pro reo” – czytamy w opracowaniu.

Wyrok w procesie Łukasza Żaka oskarżonego o spowodowanie śmiertelnego wypadku na Trasie Łazienkowskiej w 2024 roku (fot. Filip Naumienko / East News/Reporter)
W tym roku ukazało się kolejne opracowanie karnistów w tej sprawie. To artykuł w czasopiśmie „PAŃSTWO i PRAWO 1/2026”, którego autorami są prof. Mikołaj Małecki, Piotr Banaśkiewicz, Kordian Bielak, Hubert Grucela, Kacper Hejnar, Bartosz Joniak, Łukasz Kraj, Lena Orzechowska, Kacper Szajor, Jakub Tomaszek, Hubert Trzciński i Maciej Wójcik.
Karniści odnoszą się w swoim tekście bezpośrednio właśnie do spraw Łukasza Żaka i Sebastiana M. W przeciwieństwie do poprzedników nie postulują wprowadzania nowych przepisów do Kodeksu karnego, lecz uważają, że sędziowie powinni zmienić podejście i w takich sprawach kwalifikować czyny jednak jako zabójstwa z zamiarem ewentualnym.
„Przeprowadzone rozważania pokazały, że zabójstwo drogowe stanowi de lege lata możliwą kwalifikację prawną najbardziej karygodnych czynów popełnionych w warunkach ruchu drogowego. Nie są to zabójstwa >>chciane<< i nie ma podstaw, by naginać regulacje prawnomaterialne w kierunku przypisania sprawcy zamiaru bezpośredniego. Jednakże zamiar w świetle polskiego prawa karnego nie musi równać się chęci. Kodeksowa formuła godzenia się na skutek wydaje się wystarczająco pojemna, by adekwatnie opisać najbardziej szokujące zachowania na drodze, podjęte przez sprawcę obojętnego na los innych ludzi, w postawie lekceważącej bezpieczeństwo wspólnoty” – przekonują autorzy artykułu.
[

Wypadek na Trasie Łazienkowskiej. Wygłoszono mowy końcowe](/news/wypadek-na-trasie-lazienkowskiej-kiedy-ogloszenie-wyroku-lukasza-zaka)
[

Groźny wypadek autobusu w Warszawie. Zniszczone auta osobowe, są ranni](/news/grozny-wypadek-autobusu-w-warszawie-zniszczone-auta-osobowe-sa-ranni)
[

Tragiczny wypadek na Pomorzu. Zginęły cztery osoby, w tym 12-latka](/news/tragiczny-wypadek-na-pomorzu-zginely-cztery-osoby-w-tym-12-latka)
Oprócz dyskusji w doktrynie mieliśmy w Polsce również próbę zmiany prawa pod naciskiem opinii publicznej i mediów. Po wypadku Łukasza Żaka minister infrastruktury, pełniący jednocześnie funkcję przewodniczącego Krajowej Rady Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego, był w 2024 r. pytany przez dziennikarzy, czy w Polsce zostanie wprowadzone „zabójstwo drogowe”. – Czeka nas bardzo poważna rozmowa z ministrem sprawiedliwości na ten temat – odpowiedział Dariusz Klimczak w TVP Info. Dodał również: – Ostatnie przypadki zmuszają nas do podjęcia radykalnych kroków, aby zmieniać prawo w tym kierunku.
Przygotowaniem tych zmian zajęło się Ministerstwo Sprawiedliwości. Okazało się – niestety – że góra urodziła mysz. Wdrożone w życie w styczniu tego roku przepisy przewidują podwyższenie kary dla sprawców wypadków, którzy spowodowali je podczas „nielegalnego wyścigu” (pojmowanego jako rywalizacja kierowców z naruszeniem zasad bezpieczeństwa). Wówczas grozić będzie kara nie od 6 miesięcy do 8 lat więzienia, ale od roku do lat... dziesięciu. Trudno powiedzieć, by było to coś na wzór „zabójstwa drogowego”.
Wyrok w sprawie Łukasza Żaka daje nadzieję na ponowne przemyślenie tych regulacji. Teraz już bardziej możliwa wydaje się zmiana postulowana w środowisku karnistów – czyli kwalifikowanie takich wypadków jako zabójstw z zamiarem ewentualnym. Skoro – jak powiedział sędzia Mitera – kodeks ma też chronić obywateli przed bandytami na drogach, musi zacząć to robić skutecznie również w sprawach takich jak Sebastiana M.
Wyrok sędziego Mitery pokazuje również nieudolność przepisów wprowadzonych przez resort sprawiedliwości. Kolejna presja społeczna mogłaby zmusić polityków do ponownego podjęcia prac nad takimi regulacjami i zapisania ich w znacznie lepszy sposób. Tym bardziej że odbiór wyroku w sprawie Łukasza Żaka pokazuje, iż takie działania mogą okazać się politycznym złotem w kontekście zdobywania przychylności wyborców.
No i na koniec – nie możemy tracić z pola widzenia faktu, że surowe kary są nakładane dopiero po tragediach, którym można przecież znacznie skuteczniej zapobiegać. Tu z kolei potrzebna jest presja społeczna na Ministerstwo Infrastruktury. To ono od kilkunastu lat nie potrafi poprawić prawa w taki sposób, by nie dało się uniknąć mandatu z fotoradaru czy odcinkowego pomiaru prędkości. W efekcie cały system pozostaje niewydolny, a urzędnicy nie chcą go rozbudowywać, ponieważ wciąż ręcznie obsługują mandaty i niemal połowa kar ulega przedawnieniu. Każdy Sebastian M. przestanie rozpędzać się tam, gdzie automatyczny system nałoży mandat, od którego nie będzie można się uchylić.
Ministerstwo Dariusza Klimczaka musi również zostać zmuszone do poprawy przepisów, które wykluczyły autostrady i drogi ekspresowe z zasad odbierania prawa jazdy za przekroczenie prędkości o ponad 50 km/h. Z tych zmian zadowoleni mogą być bowiem tylko kierowcy tacy jak poseł Łukasz Mejza, notorycznie poruszający się tam z nadmierną prędkością, oraz naśladowcy Sebastiana M.