RAK
    Uwe Boll i jego „Citizen Vigilante”. Ile potrzeba, żebyśmy skoczyli sobie do gardeł?

    Uwe Boll i jego „Citizen Vigilante”. Ile potrzeba, żebyśmy skoczyli sobie do gardeł?

    1291 odsłon
    Uwe Boll i jego „Citizen Vigilante”. Ile potrzeba, żebyśmy skoczyli sobie do gardeł?

    Michał Walkiewicz — Obejrzałem „Citizen Vigilante” Uwego Bolla, kontrowersyjny film o dobrym imigrancie polującym na złych imigrantów. Nie potrzebuję po nim psychologa, egzorcysty ani nawet gorącego prysznica. Ale to ja. Nie jestem w targecie tego dzieła, bo od koniunkturalizmu wolę nawet pizzę hawa

    Uwaga, jest aferka. Do afery jeszcze czegoś brakuje – na przykład filmu, o który naprawdę warto byłoby się pokłócić. Aferkę z kolei charakteryzuje to, że zamiast bić się o moralne pryncypia, wkładamy czapki ze śmigiełkami i strzelamy do siebie farmazonami. 

    Oto Uwe Boll – badacz dziur w niemieckim prawie podatkowym oraz facet, który kręci filmy słoikiem – podarował światu „Citizen Vigilante”. To opowieść o samotnym mścicielu z Ameryki, który bierze na celownik muzułmańskich imigrantów w Europie. W ramach jednoosobowej krucjaty przeciw zbrodni rozlicza nie tylko przestępców, ale też ich rodziny, cichych sojuszników, czyli policjantów i sędziów oraz przypadkowych ludzi.  

    Sean Penn nakręci film o szturmie na Kapitol. Media ujawniają szczegóły

    Pierwsza kostka domina padła, gdy kontrolerzy z FSK (czyli urzędu odpowiedzialnego za kategoryzację produkcji filmowych w Niemczech) rozłożyli ręce i nie przyznali filmowi żadnej kategorii wiekowej. Uniemożliwiło to jego kinową dystrybucję i jednocześnie zrodziło teorię o prewencji ze strony robaczywego establishmentu. Chyba sam odbijam kartę w Reichstagu, bo nie wiem, jaką kategorię bym mu przyznał. Dla dzieci jest zbyt drastyczny. Dla dorosłych – zbyt infantylny. 

    Później z odsieczą ruszył Elon Musk i na 48 godzin umieścił produkcję na platformie X, co uruchomiło kolejną ideologiczną wojenkę w mediach społecznościowych. Reszta jest histerią. 

    Świetny film. Nie widziałem 

    Jako że w krainie ślepców jednooki jest królem, Boll błyskawicznie awansował do rangi trybuna ludu. Z jednej strony słyszę, że „Citizen Vigilante” to najlepszy film wszech czasów, że lewakom pęka wiadoma część ciała, że w zasadzie to kino dokumentalne i że powinien powstać sequel o Ukraińcach. 

    Z drugiej strony płynie narracja bez mała apokaliptyczna. „Ten film odbiera człowieczeństwo i wiarę w ludzkość” – grzmi „Gazeta Wyborcza”. „»Citizen Vigilante« to paskudny film. Nie dziwię się, że prawica go kocha” – czytamy na Spider’s Web. „Anders Breivik otrzymał swoje filmowe wcielenie” – ostrzega „Rzeczpospolita”. 

    Jest jeszcze pas ziemi niczyjej, po którym z palcem przytkniętym do czoła spaceruje Leszek Miller. „To obraz białego mężczyzny, który nie odczuwa strachu, nie przebiera się w babskie ciuszki, chodzi wyprostowany i nie obwinia się za całe zło tego świata, liżąc każdemu buty” – napisał na X były premier.

    No to po kolei. Po pierwsze – nie jest to najlepszy film wszech czasów. Po drugie – nie odbiera nikomu człowieczeństwa, co najwyżej cenne minuty, które można przeznaczyć na losową i z definicji pożyteczniejszą czynność. Po trzecie – mnie też brakuje w popkulturze silnych mężczyzn, którzy chodzą wyprostowani i żują pszczoły. Właśnie dlatego podobał mi się nowy „Znachor”, a ostatnio kibicowałem He-Manowi. Ale bogacz w pulowerze, który wynajmuje mieszkania pod burdele, a w wolnych chwilach strzela do kobiet i dzieci? Czy ja wiem? 

    „Ojczyzna” na ekranach, „Lato miłości” w sercu. Jednego Pawlikowskiego doceniam, za drugim tęsknię

    Uwe Boll – kolejny dzień w biurze 

    Główny bohater „Citizen Vigilante” to w ogóle niezłe dziwowisko. Były żołnierz, dziedzic  fortuny, jednocześnie Brudny Harry, Batman i kaznodzieja. Mamy więc nie tyle „kino zemsty”, co „kino srogiej pomsty w zapalczywym gniewie”. Gdyby jeszcze Boll definiował go wyłącznie poprzez działanie, pokazał go w akcie desperacji i w podróży do jądra ciemności. Ale nie! „Bohater naszych czasów” musi sobie trochę pogadać. Najlepiej w mediach społecznościowych, gdzie za androny o etyce sądów kapturowych można liczyć na bukiet lajków.

    [

    Ty portfel we mnie masz. „Toy Story 5” rozbija bank, ale czy podbija serce?](/news/kowboj-chudy-buzz-astral-i-jessie-powracaja-czy-toy-story-5-jest-tak-dobre-jak-poprzednie-czesci)

    [

    Popkulturowa Republika Ludowa](/news/moda-na-prl-w-popkulturze-gry-filmy-i-design-skad-ta-nostalgia)

    [

    Scrolluj, odpoczniesz po śmierci](/news/doomscrolling-czym-jest-i-jak-wplywa-na-psychike-jak-przestac-scrollowac)

    Mściciela gra Armie Hammer, aktor oczyszczony z zarzutów o gwałt, który próbuje wrócić na hollywoodzkie zaplecze. Wbrew obiegowej opinii Boll nie wyciągnął go z otchłani – uczynił to legion podcasterów oraz reżyser Travis Mills, który obsadził go w westernie „Frontier Crucible”. Boll może natomiast skutecznie podciąć mu ścięgna, zwłaszcza że cynicznie wykorzystuje jego nazwisko w plemiennej naparzance.

    Hammer pozostaje symbolem całej artystycznej strategii reżysera. Na papierze „Citizen Vigilante” mierzy się bowiem z ważnymi tematami – od kontrowersyjnej polityki imigracyjnej po korupcję na wszystkich instytucjonalnych szczeblach państwa. Dla Bolla ważniejsze jest jednak kino eksploatacji, trzask łamanych kości i maksymy w stylu: „Każde zachowanie można sprowadzić do instynktu. Gdy sprawiedliwość zostaje odebrana, instynkt przeradza się w żądzę zemsty”.

    Uwe Boll na planie filmu „Dungeon Siege. W imię króla”, 2006 r. (fot. 2.0 / Wikimedia Commons)

    Boll czuje się w takim kinie jak ryba na patelni. Nie potrafi zbudować napięcia, poprowadzić aktorów, nie mówiąc już o podstawach inscenizacji. „Citizen Vigilante” to jeden z tych filmów, w których każda minuta trwa 120 sekund i nie zmienią tego ani „oczyszczające” sceny zemsty na oprawcach, ani dialogi inspirowane dyskusjami wujka-prawaka i cioci-lewaczki. Ja naprawdę rozumiem, że kino szybkiego reagowania jest potrzebne, ale przypomnę tylko, że wciąż powinno być… kinem. Trzeźwy reżyser, precyzyjny scenariusz, dobre zdjęcia, logika przyczynowo-skutkowa, te sprawy. 

    Dla tak cynicznego faceta jak Boll, który większość życia poświęcił na deptanie sztuki filmowej, jest to oczywiście kolejny dzień w biurze. Najpierw, wykorzystując luki w niemieckim prawie podatkowym, przez lata marnował publiczne pieniądze na koszmarne i nierentowne adaptacje gier wideo. Później koniunkturalizm pchnął go z kamerą w rejony Auschwitz i Darfuru. Wreszcie zaś Niemiec wyczuł, że społeczny gniew sprzedaje się równie dobrze jak seks i przemoc. Nie bez powodu powszechnie uważane za najlepsze z jego filmów – „Postal” i „Rampage” – opowiadają o frustratach, którym pękła żyłka i sięgnęli po broń automatyczną. 

    Danny Glover ma Alzheimera. Gwiazdor „Zabójczej broni” ujawnia diagnozę

    Bollowi żyłka pękała wielokrotnie – zazwyczaj wtedy, gdy z każdego wydanego euro dostawał eurocenta. Nic więc dziwnego, że dziś śmieje się w twarz wszystkim naiwniakom wojującym na Facebooku o przyszłość Europy. Pomijając dzień, w którym spuścił łomot krytykom filmowym na prawdziwym bokserskim ringu, „Citizen Vigilante” to jego największy sukces.

    Dajmy sobie tydzień 

    Przypomina mi to sytuację z innym, znacznie lepszym filmem na ważny temat, czyli „Sound of Freedom”. Opowiadając o handlu dziećmi, reżyser Alejandro Monteverde, w przeciwieństwie do Bolla, chciał dobrze, a i tak skończył na tych samych mieliznach. Być może dlatego, że z głównego bohatera, molestatora kobiet i ewangelisty ruchu QAnon, uczynił moralny wzór. A może dlatego, że pracował z ludźmi, którzy przekonywali, że Lady Gaga i papież Franciszek chłepczą adrenochrom prosto z niemowlęcych czaszek.

    Wszystkie te „nieczystości” sprawiają, że nie przeceniałbym realnej siły filmu „Citizen Vigilante” jako katalizatora dyskusji o zamachu na Europę. Już dziś wszelkie kłótnie toczą się w przedziwnej intelektualnej próżni, w której film Bolla ma nie tylko potencjał na globalną dystrybucję, lecz także realną szansę zdetronizowania „Avatara”. Póki co jednak zanosi się jedynie na niewymierny sukces. Widzów, którzy wyłączą Amazona lub Apple TV+ po 15 minutach, nikt nie liczy. Rekomendacji wzburzonych polityków nikt nie bierze poważnie. 

    Przeczytałem na Facebooku redakcyjnego kolegi Złomnika taki wpis: „Obejrzałem 3 minuty. Typ o wyglądzie esesmana jedzie jakimś Audi, wioząc innego typa, ponoć jakiegoś złego sędziego, którego wcześniej odurzył zastrzykiem. W trakcie tej jazdy zjeżdża na przeciwległy pas, którym nadjeżdża żółty Peugeot 405. Sturmführer z Audi doprowadza kierującego Peugeotem do dachowania, w trakcie którego pojazd ten niespodziewanie wybucha. Pomijam już zniszczenie całkiem dobrego klasyka do filmu i to ogólnie bez znaczenia dla fabuły, ale nie wiedziałem, że przeciętny samochód po wywróceniu się na dach wybucha jak 50 kg trotylu”.

    To zabawny wpis. Choć nie tak zabawny jak komentarze, w których oburzeni ludzie wzywają Złomnika do przyjęcia obywatelskiej postawy. Zamiast śmieszkować, niech się weźmie w garść, obejrzy całość, a potem sam chwyci za widły i pochodnię.  

    Na początku chciałem iść i się bić. A potem zamknąłem oczy, pomyślałem o Bollu i przypomniało mi się, że kiwa mnie cynik. Nic nie poradzę. Czasem lepiej przytaknąć, a następnie ruszyć dalej z życiem. Tak, Złomniku, obejrzyj koniecznie „Citizen Vigilante”. Koniecznie.

    Artykuł sponsorowanyAD
    RossmannTwoja uroda, Twoje zasady