
Arkadiusz Dziermański — Jeśli grę robią twórcy Wiedźmina, trudno jest uniknąć porównań do Wiedźmina. Jeśli do tego gra mocno przypomina Wiedźmina to... dokładnie tak jest w przypadku The Blood of Dawnwalker. Paradoks polega na tym, że gra jest zupełnie inna, a jednocześnie tak bardzo podobna do hitu CD
Na prawie trzy miesiące przed planowaną premierą miałem okazję zagrać w The Blood of Dawnwalker. Gra polskiego studia Rebel Wolves została udostępniona na zamkniętym pokazie w wersji beta na komputery osobiste. To w zasadzie tyle z rzeczy organizacyjnych, przejdźmy od razu do najważniejszych kwestii.

The Blood of Dawnwalker (fot. Cenega)
Gra jest bardzo oszczędna w kwestii wprowadzenia do historii i przedstawionego świata. Z jednej strony niby wszystko wiemy, ale z drugiej pozostaje bardzo dużo pytań.
Lądujemy w bliżej nieokreślonych Karpatach w XIV wieku. Czasie wojen i wszechobecnej dżumy. Na tym kończą się elementy historyczne i do gry wchodzi fantastyka. Kotliną Sangorską rządzą wampiry. Mają z mieszkańcami prosty układ. Dają im cyklicznie pić swoją krew, dzięki czemu są oni wolni od dżumy i żyją w pełnym zdrowiu, ale w zamian każdy mieszkaniec oddaje im niewielką porcję swojej krwi.

The Blood of Dawnwalker. Siatka powiązań przeciwników - wygląda znajomo? (fot. {"Source" : "NVIDIA APP", "B64" : "eyJEUlNBcHBOYW1lIiA6ICIiLCAiRFJTUHJvZmlsZU5hbWUiIDogIiIsICJTaG9ydE5hbWUiIDogIiIsICJDbXNJZCIgOiBsZH0="} / Cenega)
Jednocześnie mieszkańcy musieli porzucić chrześcijaństwo i zacząć czcić wampiry. To oczywiście nie wszystkim się podoba. Choćby ze względu na to, że w miejscu krzyża w lokalnym kościele pojawiły się obrazy z iście piekielnymi scenami. Niemniej wszyscy rozumieją układ i próbują się do niego dostosować.

The Blood of Dawnwalker (fot. Cenega)
Wszystko wiemy? Nie do końca, bo gra, przynajmniej na początkowym etapie, w żaden sposób nie tłumaczy, skąd wzięły się wampiry. Jak pojawiły się w okolicy, kiedy, co działo się z nimi wcześniej, jakie były tego okoliczności. Czy dowiemy się tego później? Tego jeszcze nie wiemy.
Grę rozpoczynamy w dniu, w którym wieczorem cała nasza wieś ma stawić się na cotygodniowe spotkanie z wampirami z rytualną wymianą krwi, nazywane Krwawą Mszą. W zasadzie bardzo mocno przypomina to obrzęd katolickiej komunii i uwierzcie mi, jak to zobaczycie, od razu zrozumiecie. W naszej rodzinie panuje niepokój, bo matka naszego bohatera jest słaba i od kilku dni nie chce jeść. Istnieje więc obawa, że wampiry uznają ją za zbyt słabą i, delikatnie mówiąc, wyeliminują ze stada.
Apple wprowadza grube podwyżki. Czy zakup najtańszego iPhone'a ma sens?

The Blood of Dawnwalker (fot. Cenega)
W The Blood of Dawnwalker jedną z najważniejszych kwestii jest upływający czas. Podczas eksploracji i wykonywania niektórych zadań pobocznych wirtualny czas stoi w miejscu, ale już niektóre ważniejsze fabularnie zadania powodują jego upływ. Każdy dzień jest podzielony na segmenty i, przynajmniej w prologu, niektóre zadania zabierały jeden segment, inne dwa. Wraz z upływającym czasem widzimy, jak zmienia się pora dnia.
Z tego powodu nie możemy wykonać niektórych zadań i poznać części historii podczas jednej rozgrywki. Zwyczajnie nie zmieścimy ich w czasie, jaki mamy do dyspozycji i pierwsze takie decyzje czekają nas już w prologu. To od nas zależy, na co się zdecydujemy i to jest jedna z głównych cech The Blood of Dawnwalker. Jednocześnie to zachęta do tego, aby powtarzać grę po jej zakończeniu.

The Blood of Dawnwalker (fot. Cenega)
Wygląda na to, że będą sytuacje, w których różne wybory prowadzą do tego samego miejsca. Podczas rozgrywki wybrałem zadanie, które doprowadziło mnie do konkretnych ruin w pobliżu wsi, co było ważnym elementem powiązanym z głównym wątkiem. W sieci trafiłem niedawno na nowy gameplay z gry, w którym do tego samego miejsca doprowadziło zupełnie inne zadanie.
W prologu mamy do rozegrania jeden dzień. W dalszej części gry będzie ich 30. Nie będę ujawniał tu zbyt wielu spoilerów, więc powiem tylko ogólnikowo, że nasz bohater będzie musiał odbić swoją rodzinę z rąk wampirów przed upływem tego czasu. Jak to zrobimy, zależy wyłącznie od nas. Z dialogów w grze wynika, że możemy się tam udać od razu, ale coś czuję, że to będzie próba przebicia murów zamku za pomocą łyżki. Choć pewnie znajdą się gracze, którym się to uda. Rozsądne wydaje się jednak zebranie odpowiednich sojuszników, którzy nam w tym pomogą i wykorzystanie całego dostępnego czasu na zdobycie doświadczenia, umiejętności i uzbrojenia.
Test Apple iPhone 17e. Czy zakup najtańszego iPhone'a ma sens?

The Blood of Dawnwalker (fot. Cenega)
Jak na wersję beta gra działała bardzo stabilnie. Dosłownie dwa razy zdarzyło mi się zawiesić na jakiejś przeszkodzie terenowej i raz gra zawiesiła się całkowicie, co akurat okazało się pozytywną rzeczą. Dzięki temu dowiedziałem się, że bardzo często są wykonywane automatyczne zapisy, co akurat jest sporą zaletą.
Gra wygląda bardzo ładnie, efektownie, podczas rozgrywki działała z idealną płynnością. Do tego mamy genialne udźwiękowienie i na pierwszy rzut oka wszystko wygląda wzorowo. Otaczający nas świat żyje, jest ładny, efektownie oświetlony i chce się go zwiedzać pomiędzy misjami.

The Blood of Dawnwalker. Zrzuty ekranu dostarczone przez wydawcę są po angielsku, ale gra ma polskie napisy oraz pełny dubbing. (fot. {"Source" : "NVIDIA APP", "B64" : "eyJEUlNBcHBOYW1lIiA6ICIiLCAiRFJTUHJvZmlsZU5hbWUiIDogIiIsICJTaG9ydE5hbWUiIDogIiIsICJDbXNJZCIgOiBsZH0="} / Cenega)
Są jednak elementy nie do końca udane, które rzuciły mi się w oczy. Coen, czyli nasz główny bohater, porusza się momentami niezbyt zgrabnie. Sterowanie jest dokładne i cały czas czułem, że mamy pełną kontrolę nad poruszaniem się, choć jest tu jakiś element rdzy, ale zdecydowanie nie gothicowego drewna. Czasami ruchy wydają się trochę kanciaste.

The Blood of Dawnwalker (fot. Cenega)
Choć mamy możliwość skakania, nasz bohater pokonuje przeszkody sam i np. kiedy mamy przed sobą wysoki kamień czy płot, sam się na niego wdrapie. Przypomina to trochę pokonywanie przeszkód w serii Assassin's Creed i wymaga chwili przyzwyczajenia.
Dwie rzeczy, moim zdaniem, wymagają doszlifowania. Pierwszą są dialogi i może nie aż tak mocno jak we wspomnianym Gothicu w nowej, odświeżonej wersji, ale często ruch ust bardzo mocno rozjeżdża się z głosem. Choć polski dubbing jest dobrze zrobiony.

The Blood of Dawnwalker (fot. Cenega)
Druga rzecz to wiek postaci nie do końca pasuje do tego, co mówią. Bo jeśli kobieta, wyraźnie babcinym, drążcym głosem, mówi że ma już swoje lata, a na oko nie dalibyśmy jej więcej niż 35-40 lat, to wygląda to co najmniej dziwnie. Szczególnie, że w naszej wsi nie brakuje kobiet w sędziwym wieku, które na taki faktycznie wyglądają. Poza tym postacie są zróżnicowane, wyraziste i ani przez chwilę nie miałem wrażenia, że otaczają mnie generyczne klony.
A jak już jesteśmy przy postaciach, w grze pojawiają się misje, w których musimy z kimś udać się we wskazane miejsce. Wielki plus za twórców za to, że jeśli zaczynamy biec, nawet sprintem, nasz towarzysz dotrzymuje nam kroku i nie musimy na niego czekać.
Jest też jeszcze jedna rzecz, którą bym zmienił w The Blood of Dawnwalker...
Mój monitor wzbudza sensację w internecie. Jak korzysta się z 49-calowego ekranu?

The Blood of Dawnwalker (fot. Cenega)
W prologu nasz bohater staje się półwampirem. Nie będę spoilerować tego, jak do tego dochodzi. W dzień jesteśmy człowiekiem, w nocy zmieniamy się w wampira. To zmienia sposób rozgrywki w praktycznie każdym aspekcie.
W nocy, jako wampir, możemy wspinać się po ścianach i przeskakiwać w niedostępne miejsca w wampirzej formie „teleportu”. Ludzie inaczej na nas reagują i mogą się bać z nami rozmawiać lub wpuścić do domu. Inaczej wygląda też odnawianie zdrowia. Na wampira nie działa ludzkie jedzenie. Za to możemy się po cichu przyssać (tak, jest tu skradanie i możliwość cichej eliminacji) do przeciwnika lub napotkanego zwierzęcia. Im zwierzę większe, tym więcej życia odnowimy. Więc lepiej jest polować na jelenie, niż na szczury.
Do tego musimy dbać o to, aby utrzymywać odpowiednio wysoki poziom zdrowia podczas rozgrywki nocnej. Jeśli jest zbyt niski, Coen nie będzie w stanie opanować głodu krwi i podczas prowadzenia dialogu sam zaatakuje rozmówcę i możemy nie mieć na to żadnego wpływu. A tu podobno będzie można uśmiercić niemal każdą napotkaną postać.

The Blood of Dawnwalker (fot. Cenega)
Za to w dzień jesteśmy zwykłym, szarym człowiekiem i... zwyczajnie nie mamy dostępu do wampirzych supermocy.
Wydaje mi się, że wspomniany wampirzy teleport pozwalający zamienić się w lewitującą mgłę i przeskoczyć np. nad przepaścią mógł być lepiej wykonany. Aby go wykonać musimy wskazać miejsce przed sobą, wycelować i wcisnąć przycisk. Brakuje mi tu opcji sprawnego, płynnego wykonywania takich skoków jeden po drugim, bo wydaje mi się, że dla wielu graczy byłby to bardzo ciekawy i efektowny sposób przemieszczania się. Trochę mogłoby to przypominać jakiegoś superbohatera z uniwersum Marvela.
Recenzja gry Pragmata – to dobra gra, która potrafi mocno rozczarować

The Blood of Dawnwalker (fot. Cenega)
System walki twórcy nazywają kierunkowym i walka składa się z omniataków i omnibloków. Trudna nazwa, ale prosta sprawa. Przeciwnicy atakują nas z czterech kierunków – z lewej, prawej, z góry i z dołu. Aby sparować atak, musimy wcisnąć blok i wybrać odpowiedni kierunek. W dwóch niższych poziomach trudności jest on oznaczony grafiką na ekranie, w wyższych musimy zwracać uwagę na układ ciała przeciwnika i na jego podstawie dopasować blok.
Blokować możemy pasywnie, ale jest też opcja parowania. Jeśli w odpowiednim momencie wykonamy blok, wytrącimy przeciwnika z równowagi.
W podobny sposób wygląda atak. Atakować możemy również kierunkowo, na takiej samej zasadzie jak wykonujemy bloki. Atak warto dopasować do ruchów przeciwnika i jeśli ten właśnie próbował nas uderzyć z góry i ma swój miecz nisko, my powinniśmy w tym momencie również uderzyć go z góry.

The Blood of Dawnwalker (fot. Cenega)
Jest też opcja wykonywania losowych ataków i dosłownie machanie mieczem na oślep. Każdy znajdzie tu coś dla siebie. Walki są zręcznościowe, choć wymagające. Czasem wymagające nieco planowania, ale spokojnie, to nie jest pójście w kierunku Dark Souls. Niemniej zdarzyła mi się potyczka, kiedy pokonanie trzech przeciwników zajęło mi ok. dziesięciu podejść. Tutaj pośpiech i próby zgrywania superbohatera nie wychodzą na dobre.

The Blood of Dawnwalker (fot. {"Source" : "NVIDIA APP", "B64" : "eyJEUlNBcHBOYW1lIiA6ICIiLCAiRFJTUHJvZmlsZU5hbWUiIDogIiIsICJTaG9ydE5hbWUiIDogIiIsICJDbXNJZCIgOiBsZH0="} / Cenega)
To wszystko powoduje, że każda walka jest inna. Do tego walcząc w nocy możemy wybrać, czy atakujemy klasycznie mieczem, czy wybieramy wampirze pazury. Z czasem też rozwijamy umiejętności, co wpływa na ataki oraz zdolności dodatkowe. Od ataków magiczno-mistycznych po klasyczne sypnięcie przeciwnikowi piaskiem w oczy.
James Bond to 10/10. A jak wypada sama gra? Recenzujemy „007 First Light”

The Blood of Dawnwalker (fot. Cenega)
Masa elementów The Blood of Dawnwalker jest inna, nowa, unikatowa. Nie da się jednak porzucić wrażenia, że to wszystko wygląda jak, może nie w prostej linii, kontynuacja Wiedźmina 3.
Widać to dosłownie na każdym kroku. Kolory świata, jego wygląd, bardzo podobna muzyka, ogólny klimat, który zdaje się bardzo słowiański. Choć walka jest zupełnie inna to w poruszaniu się Coena momentami widać wpływy Geralta. Również dialogi i dostępne odpowiedzi w nich mocno przypominają sposób prowadzenia rozmów z Wiedźmina czy nawet Cyberpunka 2077. Co w żadnym stopiu nie jest wadą.
Czy to w jakiś sposób wpływa negatywnie na The Blood of Dawnwalker? W żadnym wypadku. Powiedziałbym, że wręcz odwrotnie, bo choć mamy nową grę, ze wspomnianymi nowymi elementami, to czujemy się w trakcie grania jakoś tak... swojsko.

The Blood of Dawnwalker (fot. Cenega)
Część z tych rzeczy można uznać za przypadek, ale nie uwierzę w to, że scena rozpoczynająca rozgrywkę jest przypadkiem. Pamiętacie początek Wiedźmina 3 i rozmowę Geralta z Vesemirem? Miała miejsce pod ogromnym drzewem. The Blood of Dawnwalker rozpoczyna się... pod wielkim drzewem.
Jest tu też element z serii Assasin's Creed, bo podobnie jak tam, w The Blood of Dawnwalker działa odkrywanie mapy. Musimy wspiąć się na wysoki obiekt i z jego szczytu odkrywamy kluczowe miejsca w okolicy.
Nareszcie! Powstaje nowy dodatek fabularny do Wiedźmina 3: Dzikiego Gonu

The Blood of Dawnwalker (fot. Cenega)
Czas w grze jest ważny i czas rozgrywki przedpremierowej też był ważny. W ostatnich miesiącach rzadko kiedy zdarza mi się grać w gry dłużej niż 2-3 godziny dziennie i czasem nawet po 40 minutach mam dość. Tutaj miałem do dyspozycji cztery godziny i nerwowo zerkałem na zegarek, bo chciałem zobaczyć i doświadczyć jak najwięcej w wyznaczonym czasie.

The Blood of Dawnwalker (fot. Cenega)
Ten przeleciał bardzo szybko i wstawałem od komputera z ogromnym niedosytem, bo zwyczajnie chciałem więcej. Zapominając przy tym o wszelkich zasadach BHP, bo ani przez chwilę nie oderwałem się od biurka. W sumie to dobrze, że pokaz odbywał się niecałe trzy miesiące przed premierą. Wakacje szybko zlecą i będę mógł zaraz zagrać w pełną wersję.
The Blood of Dawnwalker zapowiada się bardzo obiecująco. Gra, jak na wersję beta, była dopracowana i przede wszystkim dobra. Wciągająca, angażująca, bardzo ciekawa. Zastanawia mnie tylko, czy porównania do Wiedźmina, a tych na pewno będzie w mediach bardzo dużo, wyjdą twórcom na dobre.
Przekonamy się o tym już niedługo, bo The Blood of Dawnwalker zadebiutuje 3 września 2026 r. w cenie 289 zł. Gra będzie dostępna na PC, PlayStation 5 oraz konsolach Xbox Series S oraz X.