![SOR dwóch prędkości, prokuratura jednej. Powolnej [OPINIA]](/_next/image?url=https%3A%2F%2Fcdn.zero.pl%2Fcdn-cgi%2Fimage%2Fw%3D1200%2Ch%3D630%2Cf%3Dpng%2Cfit%3Dcover%2Cg%3Dtop%2Fhttps%3A%2F%2Fcdn.zero.pl%2F2026%2F07%2F09%2Ftrzask-listing-ratio-3x1-1.png&w=1920&q=75)
Bartosz Michalski — W Szpitalu Południowym miał funkcjonować SOR dwóch prędkości. Sprawa, która dziś uderza w Rafała Trzaskowskiego i warszawski ratusz, pokazuje jednak jeszcze jedną różnicę prędkości. Publiczne pytania przyspieszyły, polityczne reakcje przyspieszyły, ale prokuratura wybrała własny
W czwartek Jacek Dobrzyński, rzecznik prasowy ministra koordynatora służb specjalnych, poinformował w mediach społecznościowych o działaniach agentów Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Funkcjonariusze zabezpieczają dokumenty w Urzędzie m.st. Warszawy, Urzędzie Dzielnicy Ursus oraz w Warszawskim Szpitalu Południowym. Chodzi o sprawę, która stała się największym problemem politycznym Rafała Trzaskowskiego i jedną z najpoważniejszych afer za rządów Koalicji Obywatelskiej.
To właśnie dlatego tempo działań prokuratury budzi coraz większe pytania.
„Pierwsze informacje o nieprawidłowościach były 10 czerwca. Dziś mamy 9 lipca. Szybkie działanie, gratuluję!” – napisał na platformie X Patryk Słowik.
Dobrzyński odpowiedział: „To prokurator prowadzący śledztwo decyduje o tym komu, kiedy i w jakim zakresie powierza czynności do wykonania. Jestem przekonany, że o tym Pan wie”.
I trudno odmówić racji temu argumentowi. Rzeczywiście to prokurator prowadzący postępowanie decyduje o kolejności czynności.
To nie rzecznik służb, nie polityk i nie dziennikarz ustala harmonogram śledztwa. Jeśli więc dziś pojawia się pytanie o opóźnienie, powinno być skierowane przede wszystkim do prokuratury.
Tylko że właśnie odpowiedź na to pytanie staje się coraz bardziej niewygodna.
W sprawach dotyczących instytucji publicznych czas nie jest neutralnym czynnikiem. Każdy dzień może mieć znaczenie.
Nie chodzi o przesądzanie, że doszło do przestępstwa. Od tego są śledczy i sąd. Chodzi o podstawową logikę prowadzenia postępowań: jeżeli istnieje podejrzenie nieprawidłowości, pierwszym zadaniem państwa jest zabezpieczenie materiału, który pozwoli tę sprawę wyjaśnić.
A co można zabezpieczyć niemal miesiąc po pierwszych sygnałach?
Oczywiście dokumenty urzędowe, umowy, korespondencję czy dane elektroniczne. Ale wraz z upływem czasu zwiększa się szansa, że jakieś dokumenty „zaginą”. Nie snuje tutaj oczywiście teorii spiskowych, ale wiemy, że w urzędach czasami panuje bałagan, dokumenty są przerzucane z miejsca na miejsce, a nie wszystko jest w formie cyfrowej.
Dodatkowo pojawia się pytanie, co z tymi dowodami, które nie mają formy papieru albo pliku. Z decyzjami podejmowanymi ustnie. Z pamięcią świadków. Z działaniami, które mogły zostać wykonane po pojawieniu się pierwszych informacji w przestrzeni publicznej.
To pytanie nie jest teoretyczne.
18 czerwca Patryk Słowik pisał: „Wczoraj w Warszawskim Szpitalu Południowym wynoszono meble z saloniku VIP (I piętro, Warszawskie Centrum Chirurgii Kręgosłupa), który nie istniał i nie istnieje”.
Jeżeli rzeczywiście dochodziło do takich działań, naturalne jest pytanie, czy państwo nie powinno wcześniej sprawdzić, co dzieje się w miejscu, które stało się przedmiotem zainteresowania opinii publicznej.
Bo jeżeli ktoś dopuszcza się nielegalnych działań, jedną z pierwszych rzeczy, które może próbować zrobić, jest zacieranie śladów. Nie trzeba do tego Sherlocka Holmesa. Wystarczy świadomość, że ktoś zaczyna patrzeć na ręce.
[

Zero.pl opisało historię prosektorium. Szpital Południowy właśnie zwolnił koordynatora](/news/zero-pl-opisalo-historie-prosektorium-szpital-poludniowy-wlasnie-zwolnil-koordynatora)
[

Placówka zrodzona w bólach. Tak budowano Szpital Południowy](/news/jak-powstawal-szpital-poludniowy-od-obietnic-po-polityczna-burze)
[

Szpital Południowy i salonik VIP dla polityków KO. NIL komentuje](/news/szpital-poludniowy-naczelna-izba-lekarska-komentuje-afere-wokol-placowki)
Ta sprawa jest szczególnie kłopotliwa dla obozu rządzącego z jeszcze jednego powodu.
Dla Rafała Trzaskowskiego, prezydenta Warszawy i jednego z najważniejszych polityków Koalicji Obywatelskiej, to największy kryzys wizerunkowy. Nawet większy niż przegrane w zeszłym roku wybory prezydenckie. Dla Donalda Tuska to test wiarygodności hasła o rozliczeniach i standardach państwa.
Jeżeli politycy KO mówią jednym głosem o konieczności wyjaśniania sprawy „do spodu”, to sami powinni być zainteresowani tym, by sprawa została wyjaśniona jak najszybciej i jak najdokładniej.
Nie chodzi o obronę kogokolwiek ani o wydawanie wyroków przed sądem. Chodzi o to, że szybkie i transparentne wyjaśnienie sprawy jest w interesie także tych, którzy dziś znajdują się pod politycznym ostrzałem.
Tymczasem obraz, który na razie widzi opinia publiczna, jest inny. Minął niemal miesiąc od pierwszych informacji, a państwo dopiero zabezpiecza część materiałów. Prokuratura działa zgodnie z zasadą, którą znali już starożytni Rzymianie: „Festina lente” – spiesz się powoli.
To maksyma, która może być cenna w wymiarze sprawiedliwości. Pośpiech bywa złym doradcą. Ale zbyt wolne działanie może mieć równie poważne konsekwencje.
Bo czasami nie chodzi o to, czy państwo znajdzie odpowiedź. Chodzi o to, czy znajdzie jeszcze wszystkie pytania.
A jeśli strażnicy prawa pojawiają się później, niż oczekiwaliby obywatele, pozostaje pytanie zadane również przez starożytnych: „Quis custodiet ipsos custodes?” – kto upilnuje samych strażników?