
Bartosz Michalski — Im większy problem, tym więcej paragrafów. Gdy pojawiają się trudne pytania o odpowiedzialność, państwo coraz częściej nie odpowiada – tylko cytuje przepisy. Tak było w Sejmie. Tak było w Warszawie.
To już niemal osobny gatunek politycznej komunikacji. Nie odpowiedzieć, ale sprawić wrażenie, że odpowiedź padła.
Władza w Polsce – niezależnie od szyldu, szczebla i politycznych deklaracji – ma zadziwiający talent do jednej rzeczy: kiedy pojawia się problem, a obywatele oczekują jasnej odpowiedzi, uruchamia tryb „czytanie ustawy”. Padają artykuły, ustępy, punkty, odwołania do procedur. Im większy kryzys, tym więcej paragrafów.
I właśnie to zobaczyliśmy po raz kolejny.
W Sejmie poseł PiS Zbigniew Hoffmann zadał pytanie, które – abstrahując od politycznego kontekstu – było zasadne. Dotyczyło ochrony sygnalistów. Konkretnie: co zrobi rząd, by osoby zgłaszające nieprawidłowości nie były szykanowane, zwalniane czy represjonowane?
Pytanie nie dotyczyło przecież filozofii prawa. Nie dotyczyło genezy dyrektywy unijnej. Nie dotyczyło też tego, ile dokładnie wynosi minimalne odszkodowanie zapisane w ustawie.
Dotyczyło prostego problemu: czy system działa, skoro ludzie zgłaszający nieprawidłowości wciąż boją się odwetu?
Czytaj również: Sygnalista w Polsce. Bohater w teorii, kapuś w praktyce?
Odpowiedź wiceminister Aleksandry Gajewskiej była podręcznikowym (a wiemy, że KO lubi działać książkowo!) przykładem urzędniczej ucieczki w formalizm. Usłyszeliśmy o celu ustawodawcy, opóźnionej implementacji dyrektywy, odwróconym ciężarze dowodu, kompetencjach sądu, artykule 6, artykule 12, artykule 14 i ewaluacji ex post planowanej na 2027 r.
Tyle że problem obywateli rzadko polega na tym, że nie znają numeru właściwego artykułu.
Problem polega na tym, że chcą wiedzieć, czy państwo widzi realny problem i czy zamierza reagować?
To zresztą coraz bardziej widoczny kłopot polskiej administracji: instytucje nie komunikują się z obywatelami językiem odpowiedzialności, tylko językiem asekuracji. Nie odpowiadają na sedno. Odpowiadają tak, by niczego nie powiedzieć, a jednocześnie nie popełnić formalnego błędu.
Brzmi znajomo? Powinno.
Bo niemal identyczny mechanizm widzieliśmy niedawno podczas sesji Rady Warszawy, gdy wybuchła afera wokół Szpital Południowy opisana przez Zero.pl
[

Biznes przy zmarłych. Co działo się w prosektorium Szpitala Południowego](/news/afera-w-szpitalu-poludniowym-w-prosektorium-szpitala-zrobiono-prywatny-biznes)
[

Ujawniamy, jak pracował 28-letni lekarz milioner. Telewizja i polityka zamiast leczenia](/news/ujawniamy-jak-pracowal-28-letni-lekarz-milioner-sprawa-dawida-kacprzyka)
[

Szybka ścieżka do badań i salonik dla VIP-ów. Tak polityków KO przyjmował SOR Dawida Kacprzyka](/news/specjalne-traktowanie-politykow-koalicji-obywatelskiej-w-szpitalu-poludniowym-tak-dzialal-sor-dawida-kacprzyka)
Pytania były konkretne. Dotyczyły zarzutów wobec funkcjonowania placówki, odpowiedzialności i nadzoru miasta. A raczej jego braku, wnioskując po tym, ile rzeczy jeszcze wyszło na jaw od tamtego czasu, i dalej wychodzi.
Odpowiedź? Ponad godzina odczytywania danych statystycznych, procedur i regulaminów.
Renata Kaznowska czytała z kartki formalne zapisy dotyczące funkcjonowania placówek medycznych. Regulaminy, procedury, wewnętrzne zasady.
Obywatel, pacjent czy pracownik zgłaszający nieprawidłowości nie oczekuje wykładu z administracyjnej teorii państwa. Chce usłyszeć trzy proste rzeczy: czy problem istnieje, kto za niego odpowiada i co zostanie z tym zrobione.
To właśnie tutaj system się zacina. A problem sygnalistów nie jest wydumany ani politycznie wykreowany. Potwierdzają to również eksperci.
Marcin Malecko, dyrektor Zespołu ds. Sygnalistów w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich, w rozmowie z Zero.pl zwracał uwagę, że sama ustawa była potrzebna i stanowi ważny krok. Ale praktyka pokazuje, że przepisy to dopiero początek.
– Po dwóch latach od uchwalenia ustawy o ochronie sygnalistów Rzecznik Praw Obywatelskich otrzymuje pierwsze wnioski obywateli dotyczące stosowania działań odwetowych wobec sygnalistów zatrudnionych w podmiotach publicznych, także zjawisko to występuje – mówił dla Zero.pl Marcin Malecko.
Na pytanie, czy ustawa zapewnia realną ochronę sygnalistów, odpowiedział, że zależy to w dużej mierze od praktyki sądów, która ukształtuje się w tych sprawach.
To kluczowe zdanie. Bo pokazuje coś, o czym politycy mówią rzadziej: system formalnie istnieje, ale jego skuteczność dopiero się testuje.
Malecko wskazuje też, że już teraz widać luki wymagające poprawy – zarówno w zakresie sprawniejszego rozpatrywania zgłoszeń, jak i realnego wsparcia osób, które padły ofiarą odwetu.
A przypadki? Są konkretne.
Ostracyzm w miejscu pracy. Pogorszenie warunków zatrudnienia. Izolowanie w zespole. Wreszcie – zwolnienia.
To nie są teoretyczne scenariusze z podręcznika compliance. To realne mechanizmy nacisku.
I właśnie dlatego pytanie o ochronę sygnalistów było zasadne. Bardzo zasadne.
Kłopot polega na tym, że polska władza – od ministerstw po samorządy – zbyt często myli odpowiedź z recytacją przepisów.
A przecież dobra komunikacja publiczna nie polega na tym, by zasypać obywatela paragrafami. Polega na tym, by zrozumiale powiedzieć, co państwo widzi i co zamierza zrobić. Tak, aby nie zniechęcać ludzi do zgłaszania nieprawidłowości. A w ostatnim czasie władza, z premierem Donaldem Tuskiem na czele, właśnie to robi.
Artykuł 6. Artykuł 12. Artykuł 14. To wszystko ważne. Ale czasem obywatel potrzebuje nie numeru przepisu.
Potrzebuje usłyszeć, że państwo naprawdę go słyszy.