
Wojciech J. Kittel — Po zaledwie kilku tygodniach formalnego rozejmu między Stanami Zjednoczonymi a Iranem rozmowy o jego warunkach ustąpiły miejsca działaniom zbrojnym. Po krótkiej przerwie na uzupełnienie zapasów na Bliski Wschód powróciła wojna.
Doświadczenia bliskowschodniego kotła politycznego wskazują, że jakiekolwiek rozejmy nie mają długiego okresu przydatności. Tak może być w przypadku przyjętego 17 czerwca porozumienia z Islamabadu, które nie rozwiązało podstawowych sprzeczności pomiędzy stronami. Właściwie dołożyło do nich nową, geograficzną kwestię w postaci statusu cieśniny Ormuz.
Czytaj również: Gospodarka Iranu po wojnie: Negocjacje z USA i zniesienie sankcji
Obecne walki nie muszą oznaczać definitywnego upadku zapisów memorandum. Pokazują natomiast, jak kruche były jego fundamenty i jak szybko dyplomacja została ponownie podporządkowana językowi siły, zgodnie z techniką „walcz i negocjuj”.
Problem polega na tym, że proces wykolejenia negocjacji nie dotyczy wyłącznie programu nuklearnego, sankcji, zamrożonych aktywów lub skali irańskiego wsparcia dla regionalnych pełnomocników. Wszystkie te kwestie, mimo ich wielkiego znaczenia, pozostawiają przestrzeń do znalezienia kompromisów w zakresie limitów, okresów przejściowych lub częściowego znoszenia sankcji.
W wyniku wojny sytuacja jednak się zmieniła. Konflikt trwający od 28 lutego zmienił charakter celów obu stron z typowo uznaniowego na terytorialny. Nie chodzi przy tym sensu stricto o poszerzenie terytorium, lecz o prawo do zarządzania ruchem przez cieśninę Ormuz. Rozpoznanie wznowienia wojny z tej perspektywy jest znacznie bardziej zerojedynkowe.
Problemem Amerykanów, którzy żądają przywrócenia statusu cieśniny sprzed 28 lutego, jest to, że rzeczywistość zmieniła się w wyniku wojny. Przypomnijmy, że w przedwojennych negocjacjach o statusie cieśniny w ogóle nie było mowy. To wojna uruchomiła irańskie roszczenia.
Iran wywalczył uznanie swojej kontroli „krwią i żelazem”. Amerykanie nie byli na to przygotowani, co doprowadziło do impasu militarnego, w wyniku którego Waszyngton nie zdołał odblokować cieśniny ani przywrócić jej politycznego statusu. Potwierdzeniem tego stanu był podpis Donalda Trumpa pod porozumieniem z Islamabadu.
Z perspektywy późniejszych wydarzeń przyjęcie porozumienia było z jednej strony uznaniem przez Iran stworzonych przez siebie faktów dokonanych. Z drugiej strony dla USA okazało się to sposobem na wyjście z politycznego kryzysu, który nie oznaczał trwałej zgody na irańską kontrolę nad cieśniną Ormuz. Dzisiaj właśnie ta różnica interpretacji powróciła z całą siłą.
Biorąc pod uwagę zerojedynkowy charakter tego starcia, wskazanie winnego powrotu do wojny jest w rzeczywistości mało istotne. W istocie nie ma to już znaczenia, „mleko się rozlało”, a wojna trwa. Niemniej kluczowe jest prześledzenie wydarzeń, w których zarysował się pewien model tego, jak obie strony zamierzają poprzez wznowienie konfliktu wyegzekwować swoje żądania.
Źródłem wznowienia konfliktu okazał się art. 5 porozumienia z Islamabadu, który ustalił:
Iran podejmie działania przy użyciu wszelkich możliwych starań, aby zapewnić bezpieczny przepływ statków handlowych bez opłat przez 60 dni (…) Iran przeprowadzi dialog z Omanem w celu określenia przyszłej administracji i usług morskich w cieśninie Ormuz, w dyskusjach z innymi państwami nadbrzeżnymi Zatoki Perskiej, zgodnie z obowiązującym prawem międzynarodowym i suwerennymi prawami państw nadbrzeżnych cieśniny Ormuz.
Czytając wprost zapis artykułu, można zadać pytanie: jaka jest przestrzeń do jego interpretacji, skoro wszystko zostało w nim zawarte wprost? Tak mogłoby się jednak tylko wydawać.
Słabością irańskiego planu dotyczącego ustalenia nowego, międzynarodowego statusu cieśniny stał się Oman. Transport przez cieśninę odbywa się torami wodnymi, które można z grubsza podzielić na dwie kategorie: północne, przebiegające przez wody Iranu, oraz południowe, przebiegające przez wody Omanu.
[

Cyberatak na skrzynkę żołnierza. Wojsko ujawniło szczegóły incydentu](/news/cyberatak-na-skrzynke-zolnierza-wojska-obrony-cyberprzestrzeni-ujawnily-szczegoly)
[

Amerykańskie siły uderzyły w cele wojskowe Iranu. Szóstą noc z rzędu](/news/amerykanskie-sily-uderzyly-w-cele-wojskowe-iranu-szosta-noc-z-rzedu)
[

Iran zamyka cieśninę Ormuz po atakach USA. „Ropa albo dla wszystkich, albo dla nikogo”](/news/iran-zamyka-ciesnine-ormuz-po-atakach-usa-ropa-albo-dla-wszystkich-albo-dla-nikogo)
To właśnie wykorzystanie południowych torów wodnych dawało Amerykanom przestrzeń do podważenia irańskiej interpretacji porozumienia. Tym samym Waszyngton otrzymał możliwość przedstawienia własnych działań nie jako złamania porozumienia, lecz jako własnej interpretacji zasad zarządzania ruchem. Według amerykańskich urzędników w ciągu tygodnia w ten sposób miało przepłynąć około 300 statków.
Z punktu widzenia Waszyngtonu była to próba przywrócenia swobody żeglugi bez konieczności bezpośredniego uznania irańskich roszczeń. Z punktu widzenia Teheranu był to demontaż najważniejszego politycznego osiągnięcia wojny. Jeżeli statki mogły przepływać południowym torem pod ochroną USA i bez irańskiego zezwolenia, kontrola wywalczona przez Iran stawała się pozorna. Na to Teheran nie mógł sobie pozwolić.
Reakcja Teheranu była więc jednoznaczna i wpisywała się w komunikaty Irańczyków, którzy ostrzegali, że „korzystając z niezatwierdzonych przez Teheran tras żeglugowych, nie możemy zapewnić bezpieczeństwa”. Jak zapowiedzieli, tak zrobili. Irańskie siły zaatakowały trzy tankowce korzystające z południowego toru wodnego.
Czytaj także: Relacje polsko-ukraińskie: Dlaczego Polska straciła wpływ na Kijów? [ANALIZA]
Choć Teheran nie przyznał się wprost do odpowiedzialności za uderzenia, ich kierunek pozostawał zgodny z wcześniejszymi ostrzeżeniami. Statki, które próbowały ominąć irański system zezwoleń, miały przekonać się, że sama obecność amerykańskiej marynarki nie gwarantuje bezpieczeństwa.
To zdarzenie doprowadziło do powrotu spirali eskalacyjnej, która wykroczyła poza kwestię symetrycznej wymiany ciosów wojskowych. Waszyngton odpowiedział najpierw cofnięciem czasowych zwolnień umożliwiających Iranowi sprzedaż ropy (łamiąc art. 7 porozumienia), a następnie rozpoczął serię nalotów, które trwają od zeszłego tygodnia.
Następnie Waszyngton postawił Teheranowi ultimatum, wedle którego Iran miał publicznie potwierdzić otwarcie cieśniny i zobowiązać się do zaprzestania ataków na statki handlowe. Odpowiedź przyszła nie przy stole negocjacyjnym, lecz na morzu. Odnosząc się do ultimatum, Iran zaatakował kolejny statek korzystający z południowej trasy, a Korpus Strażników Rewolucji ogłosił, że „Cieśnina Ormuz będzie zamknięta do odwołania”, przynajmniej do czasu zakończenia amerykańskich działań wojskowych przeciwko Iranowi.
W ten sposób powróciliśmy do punktu wyjścia, czyli wzajemnego ostrzału, irańskiej blokady i obowiązującej od wtorku amerykańskiej kontrblokady. W tym miejscu należy się jednak zatrzymać, ponieważ ogłoszona przez Trumpa blokada zawierała niezwykle istotną deklarację. Prezydent obwieścił, że teraz USA będą znane jako „STRAŻNIK CIEŚNINY ORMUZ”, oczekując w ramach „sprawiedliwości” w postaci „zwrotu kosztów w wysokości 20 procent wartości wszystkich przewożonych ładunków za zapewnienie bezpieczeństwa i ochrony w tym niestabilnym regionie świata”.
Reakcja Iranu na tę deklarację była znamienna. Szef irańskiego MSZ Abbas Araghchi przyznał rację amerykańskiemu prezydentowi:
Ktokolwiek zapewnia bezpieczny i pewny przepływ statków handlowych przez Cieśninę Ormuz, powinien być za tę usługę wynagradzany. Iran zawsze był STRAŻNIKIEM Cieśniny i pozostanie nim NA ZAWSZE. Oczywiście 20 procent to za dużo. Będziemy fair.
Choć Trump szybko wycofał się z tej zapowiedzi, zastępując żądanie opłat oczekiwaniem inwestycji państw regionu w USA, jego wpis okazał się niezwykle cenny dla Teheranu, ponieważ w istocie zalegitymizował samą ideę pobierania opłat w cieśninie. W tym kontekście odpowiedź Araghchiego brzmi tym bardziej ironicznie, biorąc pod uwagę, że Iran oczekiwał jedynie 1 procenta wartości pojedynczego transportu.
W ten sposób Trump obnażył jeszcze jeden problem, czyli brak przemyślanej strategii komunikacyjnej, która bezpośrednio przekładałaby się na możliwość stworzenia wiarygodnej opowieści o zwycięstwie USA. Amerykański strateg Hal Brands, niedawny gość „Ground Zero”, podsumował ten problem w jednym zdaniu:
Wojsku USA nie brakowało celów, ale Trumpowi zabrakło spójnego poczucia, jak zakończyć konflikt.
W praktyce administracja potrafi więc ogłaszać kolejne środki nacisku, ale znacznie gorzej radzi sobie z wyjaśnieniem, jaki rezultat polityczny mają one przynieść i gdzie znajduje się punkt, w którym Waszyngton będzie mógł uznać wojnę za zakończoną.
Kluczowe jest zrozumienie tego, jak obie strony zamierzają podejść do kolejnej odsłony wojny, licząc na to, że nie dopuszczą do kolejnego impasu. W takim scenariuszu nasuwa się pytanie: czy tym razem Waszyngton ma nowy sposób działania? Czy jedynie powtarza model, który już wcześniej zawiódł?
Rysując tę perspektywę, należy odnieść się do schematu wzajemnej wymiany uderzeń. Iran odpowiada podobnym podejściem jak wcześniej, reagując na amerykańskie ataki uderzeniami na infrastrukturę wojskową w regionie.
Amerykanie, chcąc zachować inicjatywę w konflikcie, od zeszłego tygodnia nadal atakują Iran. Problem polega jednak na tym, że obie strony nie muszą działać na taką samą skalę, aby osiągnąć podobny efekt. Stany Zjednoczone muszą uderzyć w znacznie większą liczbę celów, podczas gdy Iran może odpowiedzieć znacznie mniejszą liczbą ataków.
Ta różnica sprawia, że USA muszą stopniowo rozszerzać zakres swoich celów. W efekcie ataki zaczynają obejmować nie tylko obiekty wojskowe, lecz także infrastrukturę cywilną. W wywiadzie dla „Fox News” Trump zapowiedział: „W przyszłym tygodniu będzie dla nich naprawdę źle, bo w przyszłym tygodniu przychodzą elektrownie. W przyszłym tygodniu przychodzą mosty. Zniszczymy wszystkie ich elektrownie. Zniszczymy wszystkie ich mosty, chyba że usiądą do stołu i zaczną negocjować”.
Jeśli przyjąć, że Iran nie dąży do dalszej eskalacji, lecz zamierza odpowiadać na każde amerykańskie uderzenie podobnym atakiem, pojawia się pytanie o reakcję państw Zatoki. Przypomnijmy, że Iran zachował około 70 procent przedwojennych zapasów rakiet i dronów. Skoro Trump zapowiedział atak na irańskie elektrownie, to państwa Zatoki muszą liczyć się z tym, że to ich infrastruktura energetyczna stanie się celem.
W takiej sytuacji pozostaje pytanie, czy mieszkańcy Dohy, Dubaju i innych miast regionu, żyjący w szklanych wieżowcach, będą w stanie poradzić sobie bez energii elektrycznej, która zasila klimatyzatory podczas pustynnych letnich upałów, gdy temperatura sięga ponad 40 stopni.
Wywiad Trumpa dla „Fox News” jest o tyle znaczący, że wskazał on na jeszcze jedną możliwość. Trump nie wykluczył przeprowadzenia operacji lądowej, w tym zajęcia wyspy Kharg, głównego terminalu naftowego Iranu, przez który przechodzi około 90 procent irańskiego eksportu ropy. Co istotne, wypowiedź Trumpa, wyjątkowo, pozostaje spójna z narracją jego zastępcy. J.D. Vance dzień później w rozmowie z Joe Roganem stwierdził:
Nie wyślemy 150 tysięcy żołnierzy lądowych, żeby dokonać zmiany reżimu, chyba że sami ludzie na miejscu będą chcieli tego dokonać.
W tym kontekście ten weekend może okazać się decydujący dla dalszego kierunku wojny. Zbiega się on z terminem wskazanym przy przywracaniu sankcji na irańską ropę jako ostateczny czas na zakończenie transakcji wcześniej dozwolonych w ramach porozumienia przejściowego. Może to oznaczać, choć nie musi, że Amerykanie przygotowują grunt pod kolejną fazę presji, której celem będzie już nie tylko otwarcie Cieśniny Ormuz, lecz także złamanie gospodarczej zdolności Teheranu do dalszego prowadzenia wojny.
Czytaj również: Koniec jazdy na gapę. Ameryka drastycznie tnie siły w Europie, a NATO zmienia zasady gry
Alternatywą pozostaje powrót do znanego schematu, w którym Trump będzie powtarzał, że „Iran błaga o zawarcie umowy”, przedstawiając ograniczone kontakty dyplomatyczne jako dowód amerykańskiego zwycięstwa.
Najbliższe dni pokażą więc, czy groźby USA stanowią zapowiedź rzeczywistej eskalacji, czy jedynie próbę podniesienia ceny przed powrotem do stołu negocjacyjnego.