
Jakub Styczyński — Chiny stały się dla Zachodu ekranem, na który rzutujemy własne lęki, frustracje i marzenia o przyszłości Europy. Dziennikarz Zero.pl pojechał do Szanghaju, by porozmawiać z autorami podcastu „Mao Powiedziane”, którzy od dekady żyją w Państwie Środka. Rozbrajają mity budowane wokó
Chiny stały się dla Zachodu ekranem, na który rzutujemy własne lęki, frustracje i marzenia o przyszłości Europy. Dziennikarz Zero.pl pojechał do Szanghaju, by porozmawiać z autorami podcastu „Mao Powiedziane”, którzy od dekady żyją w Państwie Środka. Rozbrajają mity budowane wokół chińskiej potęgi: od szklanych wieżowców i robotów po ogłupiające algorytmy, inwigilację i kwestię Tajwanu.

(fot. Shutterstock)
Jakub Styczyński, Zero.pl: Jak często słyszycie, że jesteście chińskimi szpiegami?
Piotr Sochoń, Weronika Truszczyńska, Nadia Urban (Mao Powiedziane): Pewnie tak samo często, jak to, że celowo oczerniamy Chiny. Jest prosta zależność: gdy je krytykujemy – zarzuca się nam działanie w interesie ich przeciwników albo powielanie antychińskiej narracji. Gdy powiemy coś przychylnego na temat Państwa Środka – na pewno zapłacił nam rząd w Pekinie. Trudno ocenić, których komentarzy jest więcej.
Czy takie opinie nasiliły się w ostatnim czasie?
Liczbowo chyba nie, ale stwierdzenia stały się bardziej stanowcze. W swoich materiałach od lat staramy się być konsekwentni: rzetelnie krytykujemy Chiny, ich ustrój polityczny, czasem społeczeństwo. A innym razem chwalimy. Bo, jak w każdym kraju, można znaleźć mechanizmy i kulturowe zjawiska, które są niejednoznaczne i ciekawe.

Od lewej: Piotr Sochoń, Nadia Urban, Jakub Styczyński, Weronika Truszczyńska. (fot. Jakub Styczyński / Zero.pl)
Spotykamy się w Szanghaju, który dla wielu Polaków wygląda jak argument w dyskusji na temat nowoczesności Unii Europejskiej. W internecie jest popularna teoria: w Chinach roboty robią salta, a w Europie mamy nakrętki przytwierdzone do butelek.
To są w ogóle nieporównywalne kwestie. Sprawa nakrętek jest zresztą ciekawa, bo większy nacisk na recykling w Europie wynika po części z tego, że Chiny i inne państwa regionu przestały przyjmować zachodnie odpady. Europa musiała więc poważniej zająć się własnymi śmieciami.
Oczywiście nie ma sensu udawać, że przymocowana do butelki nakrętka jest odpowiedzią na chińskie inwestycje w robotykę, sztuczną inteligencję czy odnawialne źródła energii. Chiny inwestują w technologie ogromne środki i w wielu obszarach są znacznie bardziej dynamiczne niż Europa. Ale ten przykład pokazuje coś innego: odmienne nastawienie elit i społeczeństw do jakości życia, środowiska i kosztów rozwoju.
W Chinach też jest poważny kłopot ze śmieciami. W wielu miastach programy segregacji i recyklingu nie działają zgodnie z planem. Lepiej udaje się to w najbogatszych metropoliach, takich jak Szanghaj, gdzie dużą część tej pracy wykonują migranci z biedniejszych regionów kraju. Na wsiach zanieczyszczenie odpadami pozostaje ogromnym problemem. Więc jeśli już porównujemy Europę i Chiny na przykładzie śmieci, to widać raczej, jak wiele Chiny mają jeszcze do nadrobienia.

Nocna panorama dzielnicy Pudong w Szanghaju. (fot. Jakub Styczyński / Zero.pl)
Mimo wszystko człowiek ogląda filmiki z nowoczesnymi robotami, a potem idzie oddać plastikowe butelki do automatu pod dyskontem. I myśli sobie: Europa przegrała.
No i co z tego, że robot robi salta, skoro maszynie mającej pracować w fabryce na nic się to nie przyda? Przecież na taśmie produkcyjnej roboty nie muszą wyglądać jak człowiek, najczęściej nie potrzebują nawet rąk. Taka robotyzacja jest w dużej mierze na pokaz, w wielu chińskich fabrykach podstawą nadal jest tania ludzka siła robocza.
Przeciętny Kowalski myśli sobie, że taka nowoczesna maszyna przeskoczy kiedyś saltem przez jego płot i go zastrzeli.
Na razie skupmy się na samej kwestii innowacyjności. W dniu naszej rozmowy Weronika odwiedziła służbowo targi robotów w Hangzhou, czyli w jednym z najbardziej technologicznie ukierunkowanych miast w Chinach. Wstęp dla osób z chińskim paszportem kosztował ok. 20 dolarów amerykańskich, dla obcokrajowców – dziesięć razy tyle.
Taka różnica miała podnieść prestiż wydarzenia?
To wynikało z faktu, że dziś Chiny uznawane są za kraj bardziej nowoczesny, niż jest w rzeczywistości. I skoro ludzie z Zachodu kupują tę bajkę, to równie dobrze można zacząć na tym zarabiać. Bilet na targi w Hangzhou był przedstawiany obcokrajowcom jako doświadczenie chińskiego obrazu przyszłości.
I jakie to było doświadczenie?
Szczerze? Trochę kompromitujące. Można było tam co prawda zobaczyć roboty stworzone np. do pracy w magazynie, ale często nie były jeszcze nawet zaprogramowane. Przedstawiciele producenta, zapytani, czy te maszyny gdziekolwiek pracują, odpowiadali, że tylko w środowisku testowym w ich fabryce. Czemu? To proste – bo praca człowieka nadal jest znacznie tańsza niż robota.
Nie jest oczywiście tak, że robotyzacji i automatyzacji w Chinach w ogóle nie ma. Jest, zwłaszcza w dużych zakładach przemysłowych i logistyce. Ale to nie jest obraz kraju, po którym masowo chodzą humanoidalne roboty wykonujące ludzką pracę. Tego typu wizja jest w dużej mierze marketingową fantazją.

Peron stacji kolejowej Shanghai Hongqiao. (fot. Jakub Styczyński / Zero.pl)
A co z tymi taksówkami bez kierowców jeżdżącymi po chińskich miastach?
Na razie to mrzonka. W Szanghaju autonomiczne taksówki spotkamy 25 km od centrum miasta, w zaledwie jednej strefie testowej. A i tak do niedawna siedzieli w nich pracownicy bezpieczeństwa. Nie jest więc tak, że wszędzie w Chinach zabierze nas taksówka bez kierowcy.
Dlaczego tak łatwo wierzymy w historie o ultranowoczesności Chin?
Być może wynika to z jakiegoś rodzaju niezadowolenia i frustracji ze stanu rzeczy w Europie? Chiny wydają się być idealną alternatywą. To kraj odległy, wielu osobom nieznany i egzotyczny. Będący swoistą kryształową kulą, z której każdy może wyczytać to, co mu akurat pasuje.
Państwo Środka rozbudza wyobraźnię, może być więc liderem wolnego rynku albo przykładem, jak wspaniale działa etatyzm. Może jednocześnie przejmować kontrolę nad światem i być na skraju upadku.
Kto promuje pozytywny obraz Chin? W raporcie Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego pojawia się stwierdzenie, że rząd w Pekinie podkupuje ekspertów, naukowców i influencerów, by pokazywali Chiny w dobrym świetle.
Propaganda chińska dociera do zachodnich odbiorców na różne sposoby. Najbardziej jaskrawym przykładem jest chyba anglojęzyczny kanał CGTN, emitowany przez chińską telewizję.
Oglądałem go przez chwilę, odwiedzając Pekin. Słyszałem tam, że wojna na Ukrainie już dawno mogłaby się skończyć, gdyby nie celowe działania Unii Europejskiej i USA.
Treści CGTN mają na celu przełamywanie narracji w tematach, które mogą być interesujące dla obcokrajowców, np. wojny na Ukrainie. Problem w tym, że priorytetem jest zadowolenie politycznych elit w Pekinie, więc przekaz pozostaje toporny, przewidywalny i skrojony bardziej pod oczekiwania własnej władzy niż pod wrażliwość zachodniego odbiorcy. W efekcie takie materiały często nie mają większych szans, by przebić się poza grono osób już wcześniej przekonanych do chińskiej narracji.

Nauka chińskiej kaligrafii w Longhua - najstarszej świątyni w Szanghaju. (fot. Jakub Styczyński / Zero.pl)
A co z twórcami internetowymi, którzy ocieplają chiński wizerunek?
Nie wszyscy muszą być opłaceni przez rząd w Pekinie. Faktycznie istnieją w Chinach agencje poszukujące influencerów, by pozytywnie wypowiadali się o Państwie Środka. Z naszych informacji wynika, że stawki oferowane za taką pracę są jednak dość mizerne. Najczęściej chodzi też o zagranicznych influencerów, którzy mieliby tworzyć materiały po chińsku, na chińskie platformy, dla Chińczyków, żeby ci mieli poczucie, że obcokrajowcy doceniają ich państwo.
Wydaje nam się, że bardziej zachęcające dla twórców może być to, jak materiały o Chinach są promowane przez algorytmy zarządzające treściami w zachodnich mediach społecznościowych.
Jeśli nagrania o pociągu przejeżdżającym przez budynek w Chongqing albo pokazujące nowoczesne wieżowce w Shenzhen lub Szanghaju generują dużo wyświetleń i przychodów z reklam, to wielu influencerów chce je mieć na swoich kanałach.
Czyli, tak czy siak, chodzi o pieniądze.
To prawda. Inna sprawa, że zdaniem niektórych twórców chińskie miasta faktycznie wyglądają jak metropolie przyszłości. I tę tezę da się obronić. Problem w tym, że u części odbiorców natychmiast budzi ona podejrzliwość: po co chwalić kraj, którego system polityczny i wartości są sprzeczne z naszymi? Czemu ma to służyć?
Logika współczesnego, zalgorytmizowanego internetu sprzyja jednak treściom skrajnym. Twórcy, którzy przyjeżdżają do Chin na krótko, siłą rzeczy często orbitują w stronę fantazji o techno-utopii: szybkich pociągów, wieżowców, robotów, aplikacji i miast przyszłości. W większości są to osoby, które o Chinach wiedzą niewiele, więc trudno oczekiwać od nich szczególnie zniuansowanego przekazu.
My, żyjąc w tym kraju, mamy większą świadomość złożoności sytuacji. Dlatego staramy się pokazywać możliwie szeroki kontekst, żeby odbiorcy sami mogli wyciągać wnioski. Byłoby z naszej strony hipokryzją, gdybyśmy nie mówili również o pozytywnych aspektach Chin. To z kolei budzi głosy drugiego ekstremum, czyli osób, które kojarzą Chiny wyłącznie negatywnie.
Ale nawet jeśli przyjmiemy bardzo krytyczną perspektywę, oczekiwanie, że o państwie autorytarnym należy mówić wyłącznie źle, jest infantylne. Rzeczywistość społeczna nie składa się wyłącznie z aparatu represji, propagandy i ludzi złych do szpiku kości. Są w niej także zwykłe relacje, ambicje, aspiracje, pozytywne doświadczenia i zjawiska, które nie mieszczą się w prostym obrazie reżimu jako absolutnego zła. Pomijanie tej złożoności zamazuje nam rzeczywisty obraz tego, jak funkcjonują państwa autorytarne i w jaki sposób legitymizują swoje działania w oczach obywateli.
Nikomu nie chce się weryfikować faktów o Chinach?
Nam się chce. Natomiast dla osób postronnych to wcale nie jest proste zadanie. Rzetelnych informacji na temat Chin nie ma aż tak wiele. To państwo ma własny i zamknięty internetowy ekosystem, do którego trudno jest się dostać i jeszcze trudniej go zrozumieć. Przeciętny Kowalski najpewniej nigdy nie wejdzie w głębszą interakcję z przysłowiowym panem Wangiem.

Pracownik Parku Ludowego w Szanghaju. (fot. Jakub Styczyński / Zero.pl)
Spróbujmy to choć trochę uprościć. Czy panu Kowalskiemu uprawiającemu ziemniaki żyje się lepiej niż panu Wangowi uprawiającemu ryż?
Zdecydowanie tak. Pan Wang uprawiający ryż prawdopodobnie będzie to robił do końca swojego życia. Najpewniej jego dzieci wyjechały do miasta, a on musi sam na siebie zarobić, a być może także zajmować się wnukami.
Powiedzmy wprost: nie dajmy się nabrać na szklane wieżowce. Chiny robią dziś niesamowite wrażenie i choć europejskie metropolie wyglądają skromniej, to w praktyce ludziom żyje się w nich znacznie lepiej.
Czego zazdroszczą nam Chińczycy?
Przede wszystkim systemu zabezpieczeń społecznych, porządnych emerytur, bezpłatnej i wysokiej jakości edukacji czy ochrony zdrowia.
Marzą o życiu w Europie?
Nie dla każdego byłaby to dobra droga. W chińskich mediach społecznościowych ludzie często udzielają sobie porad życiowych. Widzimy stwierdzenia, że jeżeli ktoś jest biedny i ma możliwość wyjazdu za granicę, to powinien wyjechać. Bo będzie mu się żyło lepiej niż w Chinach. Natomiast jeżeli ktoś ma w Państwie Środka jakiś rodzinny biznes albo odłożony kapitał, to powinien zostać.
Czemu?
Bo biorąc pod uwagę olbrzymie różnice klasowe, pieniądze są w Chinach warte o wiele więcej niż na Zachodzie. Rzeczy tanie są tu bowiem bardzo tanie, np. jedzenie w restauracji. Jeżeli ktoś zarabia 30 tys. juanów miesięcznie (ok. 16 tys. zł), to za te pieniądze można żyć o wiele lepiej w Szanghaju niż w Warszawie. Ba, takie pieniądze byłoby wręcz trudno wydać. Zwłaszcza gdyby w którymś momencie znudziły nam się kolejne luksusowe torebki czy ubrania.
[

Chiński szok 2.0. „Oni nas pożerają. Wycinają firmy w całej Polsce”](/news/chinski-szok-2-0-i-wojna-handlowa-europa-traci-przemysl-zagrozona-jest-tez-polska)
[

„Gigantyczne pole bitwy”. Chiny walczą o nasze umysły i sposób postrzegania świata](/news/chinskie-operacje-wplywu-kampanie-informacyjne-pekinu-w-polsce-i-europie)
[

Przełomowy krok Chin w kosmosie. Sonda Tianwen-2 zbada zagadkowy „kwaziksiężyc”](/news/sonda-tianwen-2-dotarla-do-asteroidy-kamooalewa-chiny-pobiora-probki-z-kosmosu)
Wnioskuję, że dla zdecydowanej większości Chińczyków dobre zarobki są nieosiągalne.
To prawda. Chińczycy zawsze byli cierpliwi i gotowi do wyrzeczeń. Słyszeli, że muszą „jeść gorzko”, by pompować wzrost gospodarczy państwa i budować dobrobyt dla kolejnych pokoleń. Kłopot w tym, że przeciętny obywatel coraz częściej nie widzi, by ta praca przekładała się na wyższy poziom życia. Edukacja nie gwarantuje już dobrej pracy, a wyjazd do miasta nie zawsze zapewnia awans klasowy.
Podobnie jest z postępem technologicznym. Trochę tu generalizujemy, ale gdy przeciętny pan Wang widzi te wszystkie samochody elektryczne czy roboty robiące salta, to może zastanawiać się, w jakim stopniu ten rozwój rzeczywiście przekłada się na jego komfort życia i awans społeczny.
Widać tu pewien paradoks: państwo zmienia się niezwykle dynamicznie, ale społeczeństwo coraz częściej obawia się, że podziały klasowe zaczynają się utrwalać.

Influencerka prowadzi transmisję na żywo w rejonie Pingjiang miasta Suzhou. (fot. Jakub Styczyński / Zero.pl)
Wspomnieliście o edukacji. Zapytam zatem, czy to prawda, że Chińczycy serwują zachodnim odbiorcom ogłupiającą papkę na TikToku, podczas gdy na lokalnej wersji tego serwisu – Douyinie – dominują wartościowe treści?
To duże uproszczenie, lecz może być w nim szczypta prawdy.
Błyskawiczny sukces TikToka zrobił wrażenie na Zachodzie i wiele osób wystraszyło się, że chińska technologia zdobyła tak dużą popularność. Pojawiły się głosy, że platforma może być wykorzystywana do celowego ogłupiania zachodnich użytkowników. Takiego stwierdzenia nie da się jednoznacznie zweryfikować. Spójrzmy jednak na fakty.
W Chinach przyjęto wytyczne co do tego, jakie treści powinny pojawiać się w mediach społecznościowych i które powinny być aktywnie promowane. Istnieje też rejestr algorytmów sztucznej inteligencji, prowadzony przez rząd. Najpewniej służy także do weryfikowania, czy systemy przepuszczają treści dotyczące tematów wrażliwych, np. trudnej historii czy tematów politycznych.
Platformy są odpowiedzialne za sprawdzanie materiałów publikowanych przez użytkowników. Za uchybienia grożą im dotkliwe kary.
Czyli coś jest na rzeczy?
W teorii tak. W praktyce Chińczycy są najbardziej uzależnionym od internetu społeczeństwem. Przeglądają treści zawsze i wszędzie: jadąc na skuterze, prowadząc samochód, w metrze, podczas przechodzenia przez ulicę, a nawet w publicznej toalecie. I najczęściej te treści nie są wyszukane.
Ogromną popularność zdobyły tu nie tylko losowe treści promowane przez algorytmy, ale też transmisje na żywo, w których de facto nic szczególnie ciekawego się nie dzieje. Natomiast można je zacząć oglądać w dowolnym momencie i bez znajomości szerszego kontekstu. Czasem wyświetlają się panie, które w przerysowany sposób prowadzą sprzedaż ubrań, innym razem influencerki kosmetyczne albo osoby wykonujące żmudną pracę w fabryce.
I tu można mieć w sumie smutną refleksję na temat tego, jak wygląda odpoczynek w Chinach. Często jest urywany, wciśnięty między pracę, dojazdy i obowiązki, a do tego mocno związany z konsumpcją. Dlatego tak dobrze działają krótkie filmiki i transmisje na żywo: można je włączyć w metrze, restauracji czy przerwie w pracy, bez znajomości kontekstu i bez większego zaangażowania.

Mieszkańcy Szanghaju w Parku Ludowym. (fot. Jakub Styczyński / Zero.pl)
Czyli ogłupiający algorytm, nawet jeśli miał być wymierzony w kierunku zachodnich odbiorców, okazał się być mieczem obosiecznym?
Być może największy wpływ Chin na zachodnie społeczeństwa widać dziś w tym, jak zmienił się sposób korzystania z internetu. TikTok spopularyzował model całkowicie zalgorytmizowanej rekomendacji treści: krótkie materiały, nieskończone przewijanie ekranu i szybkie uzależnianie uwagi użytkownika. Ten sposób prezentowania treści podchwycili później wszyscy zachodni giganci technologiczni.
Tyle że to Chińczycy są największymi ofiarami działania takich algorytmów. Praktycznie każda lokalna aplikacja na smartfony jest zalana treściami promowanymi przez system. Nawet w aplikacji płatniczej Alipay można oglądać głupie filmiki i przewijać ekran bez końca.
I rząd pozwala na takie ogłupianie ludzi?
Prawda jest taka, że algorytmy pomagają zwiększać konsumpcję, co władzom pasuje, bo stymuluje wzrost gospodarczy. Więcej ludzi ma też zajęcie i dodatkowe przychody. Poza tym z perspektywy władzy niekoniecznie musi być problemem, że ludzie oglądają lekkie, niewymagające treści, zamiast zastanawiać się nad poważniejszymi sprawami.
Polacy dużo dyskutują o Chinach. Pewnie znacznie częściej niż Chińczycy o Polsce?
Gdy mówi się Chińczykowi, że się przybyło z Polski, to w pierwszej kolejności najczęściej myśli o dwóch innych krajach o podobnej nazwie po chińsku – Holandii albo Finlandii.
Czy Polska jest przez nich z czymkolwiek utożsamiana? Jako część Unii Europejskiej albo sojuszu NATO?
Tylko przez bardzo dobrze wykształcone osoby mające jakiekolwiek pojęcie o świecie. Większość obywateli interesuje się przede wszystkim własnym krajem, ewentualnie Japonią, Rosją i USA, które odcisnęły piętno na najnowszej historii Chin.
Polska, jeżeli już jest kojarzona, to przez pryzmat znanych postaci: Mikołaja Kopernika, Fryderyka Chopina, Marii Skłodowskiej-Curie albo Roberta Lewandowskiego. W kontekście politycznym bywamy natomiast postrzegani jako sojusznik Stanów Zjednoczonych. Albo precyzyjniej: jako państwo zależne od USA. Chińczycy tak zresztą patrzą na świat: kto jest mocny i z kim trzeba się liczyć, a kto pozostaje pod czyimś wpływem.
U starszych Chińczyków pojawia się jeszcze inne skojarzenie: Polska jako dawny członek bloku socjalistycznego. Zdarzało nam się, że w Szanghaju zaczepiali nas ludzie, którzy pamiętali Polskę z tamtego okresu i reagowali bardzo serdecznie. To nie była szczegółowa wiedza o polskiej historii, raczej pewien sentyment do kraju, który kojarzył im się z dawnym, wspólnym światem socjalistycznym.

Plac Tian’anmen w Pekinie. (fot. Jakub Styczyński / Zero.pl)
W Pekinie byłem pytany, czy Polska nadal jest państwem socjalistycznym. Z dumą odpowiadałem, że obaliliśmy ten ustrój i wprowadziliśmy demokrację. To stwierdzenie się nie spodobało.
Bo mogło być dla nich trochę kłopotliwe. W ich oczach ustrój socjalistyczny może działać dobrze jak w Chinach i dawać możliwość budowania przewagi gospodarczej na arenie międzynarodowej. Ustrój nie jest według nich kulą u nogi.
Pewnym mitem jest to, że wszyscy Chińczycy są wielkim, zgodnym i pokornym narodem zgadzającym się na wszystkie pomysły partii komunistycznej. I nie ma żadnych konfliktów w społeczeństwie.
Konflikty oczywiście są, ale często giną pod grubymi warstwami podziałów majątkowych, edukacyjnych, regionalnych czy etnicznych. Na forum publicznym podkreśla się przede wszystkim jedność, wspólnotę i harmonię społeczną.
Chiny są cały czas w niedokończonym procesie unifikacji. Z jednej strony ludzie nauczyli się wspólnego języka – mandaryńskiego – i czują się częścią jednego narodu. Z drugiej strony nierówności społeczne są wciąż olbrzymie, a doświadczenia mieszkańców różnych regionów i klas społecznych potrafią być skrajnie odmienne.
Partia nic z tym nie robi?
Bardzo aktywnie przeciwdziała eskalacji napięć. W wymiarze ekonomicznym dobrym przykładem są dostawcy jedzenia i paczek. To coraz ważniejsza grupa zawodowa, ale jednocześnie często funkcjonująca na obrzeżach miejskiego społeczeństwa: pracują po kilkanaście godzin dziennie, nierzadko także w weekendy, mieszkają w miastach, lecz nie zawsze są traktowani jak ich pełnoprawni mieszkańcy.
Rządzący dostrzegli, że taka sytuacja coraz liczniejszej grupy pracowników może rodzić napięcia. Dlatego wysyłają sygnał zarówno do nich, jak i do reszty społeczeństwa: państwo was widzi, docenia i uznaje za ważną część wspólnoty. Na Chiński Nowy Rok Xi Jinping spotkał się z przedstawicielami dostawców w towarzystwie telewizyjnych kamer właśnie po to, by pokazać, że są ważni. W taki sposób rozbraja się napięcia w kraju.
Czy to zawsze działa?
Widać pewne problemy w sprzedawaniu rządowej narracji narodowi. Jeszcze w czasie pandemii COVID-19 Chińczycy zaufali partii i pokornie stosowali się do lockdownów i noszenia maseczek. Uważali, że lepiej radzą sobie z pandemią niż zachodnie kraje. Byli ze swojej postawy bardzo dumni.
Gdy byliśmy już po wynalezieniu szczepionek, a lockdowny się przedłużały, to w dużych miastach, np. w Szanghaju, zaczęło wrzeć, ludzie wyszli na ulice. I rząd musiał ustąpić, naprędce znieść ograniczenia. Nie udało się ich już dłużej ani uzasadniać, ani utrzymywać.
Chiny zaczynają borykać się z problemami, które coraz trudniej jest wyjaśnić jakąś prostą narracją, którą kupiłoby społeczeństwo. Przykładem niech będzie przekomiczna nota wydana niedawno przez Ministerstwo Bezpieczeństwa Państwowego. Czytamy w niej, że w kraju nie ma żadnych problemów np. z zatrudnieniem wśród młodych Chińczyków. A to, że młodzi Chińczycy nie pracują, wynika z faktu, że po prostu im się nie chce.
Są leniami?
Tak, i ma to wynikać z faktu, że do lenistwa podburzają ich „zagraniczne siły”.
Zgniły Zachód jest argumentem nie tylko dla prawicowych europejskich polityków, ciekawe.
Niemniej trzeba przyznać, że rząd w Pekinie wciąż odnosi sukces w kreowaniu narracji w mediach i kontrolowaniu internetu. Cel jest prosty: Partia potrzebuje spokoju. Skupia się więc na budowaniu poczucia harmonii, pokazywania sukcesu gospodarczego i zadowolenia ludzi.
Ktoś krytykuje władzę? Choćby anonimowo w internecie?
Nie. A jeśli nawet pojawiają się jakieś krytyczne głosy, to są bardzo niejednoznaczne, przykryte wieloma warstwami ironii i językowych niuansów.
W prywatnych rozmowach Chińczycy chętnie jednak opowiadają, co chcieliby, żeby działało lepiej. Przykładowo poruszają kwestię zabezpieczeń społecznych, o których wcześniej wspominaliśmy.
Ta krytyka ma jednak bardzo wyraźne granice. Można narzekać na konkretne problemy, czasem na lokalnych urzędników, ale nie na samego Xi Jinpinga. Widać to nawet w codziennych rozmowach, gdy ludzie potrafią z dużą ostrożnością obchodzić się z samym jego nazwiskiem. O rządzie centralnym ludzie myślą raczej pozytywnie. Wierzą, że Partia działa z myślą o dobru kraju.

Skrzyżowanie przy ulicy Nanjing w Szanghaju. (fot. Jakub Styczyński / Zero.pl)
Czy to prawda, że w Chinach działa system, który przyznaje punkty za uśmiechy, a odbiera za działania uznawane przez partię za negatywne?
Nieprawda.
Informacja o takim systemie pojawiła się kilka lat temu także w poważnych zachodnich mediach. Kiedy zapyta się przeciętnego Kowalskiego o przykład orwellowskiego systemu inwigilacji, najpewniej odpowie, że takowy działa w Chinach. W żadnym innym kraju nie widziałem tylu kamer, nie przeszedłem tylu kontroli bezpieczeństwa…
Mnogość kamer i kontroli nie oznacza, że wszystkie zbierane dane trafiają do jakiegoś wielkiego systemu zliczającego uśmiechy czy sprawdzającego, kto kupuje książki Mao.
To, że jest dużo kamer i trzeba dać bagaż do skanowania przed każdym wejściem na stację metra, to element utrzymywania teatru bezpieczeństwa. Dla wielu Chińczyków jest to czymś normalnym, a nierzadko wręcz pożądanym. Nie czują się inwigilowani i rzadziej myślą o tym, że ktoś zbiera ich dane. Gdy widzą kamerę, czują się bezpieczniej.
I można to zrozumieć. Starsi Chińczycy, a nawet osoby w średnim wieku pamiętają czasy, gdy kradzieże i drobne przestępstwa były znacznie bardziej powszechne. Przykładowo jeszcze kilkanaście lat temu Szanghaj roił się od kieszonkowców, to była prawdziwa plaga. Po zainstalowaniu kamer problem się skończył.
Istnieje jednak coś takiego jak system kredytu społecznego w Chinach. Jak działa?
To system, który w pewnym bardzo uproszczonym sensie może kojarzyć się z polskim Krajowym Rejestrem Długów, ale jest duże szerszy. Agreguje informacje o wykroczeniach i wyrokach karnych, ale także o tym, czy firmy, organizacje i osoby wykonują swoje obowiązki prawne i umowne. Takie informacje mogą potem wpływać na sposób traktowania firmy przez państwo: częstotliwość kontroli, dostęp do zezwoleń, zamówień publicznych, finansowania czy udziału w przetargach.
Jeżeli zaś chodzi o zwykłych obywateli, system również może ich obejmować, przede wszystkim wtedy, gdy ktoś nie wykonuje prawomocnego orzeczenia sądu mimo obowiązku i możliwości jego wykonania. W takich przypadkach sankcje mogą obejmować m.in. ograniczenia w zakupie biletów lotniczych czy na szybką kolej. Nie jest to jednak system punktów za kupowanie określonych książek, przeklinanie albo plucie na ulicy.

Ulica Jordan w Hongkongu podczas obchodów 76. rocznicy proklamowania Chińskiej Republiki Ludowej. (fot. Jakub Styczyński / Zero.pl)
Niedawno Chiny odwiedziła delegacja rządu USA. Kością niezgody podczas rozmów była kwestia niepodległości Tajwanu. Amerykanie uspokajali, że to już tradycja: obie strony przedstawiają swoje zdanie na ten temat, po czym się rozchodzą. Dla Chin to faktycznie taka dyplomatyczna gra, czy Tajwan jest dla nich zbyt ważny, byśmy mogli bagatelizować ich oczekiwania?
Nikt nie jest w stanie przewidzieć przyszłości. Przeciętny Chińczyk nie zaprząta sobie tą kwestią głowy. Większość obywateli przyjmuje narrację rządu w Pekinie, że Tajwan jest częścią jednego narodu i należy dążyć do zjednoczenia. Dla chińskiego rządu ta kwestia jest jednak bardzo ważna i na pewno jej nie odpuści.
Chiny czekają na słabszy moment dla USA, by przejąć Tajwan?
Rząd w Pekinie coraz odważniej mówi, że na świecie zachodzą zmiany niewidziane od stu lat. Chodzi o tąpnięcie w porządku geopolitycznym, rozumiane jako słabnięcie pozycji USA jako hegemona na arenie międzynarodowej. Widzą w tym swoją szansę. Czują, że okoliczności do ewentualnego przejęcia Tajwanu – siłowo bądź dyplomatycznie – są coraz bardziej sprzyjające.
Jednocześnie rządzący wiedzą, że próba zajęcia Tajwanu to gra o najwyższą stawkę. Gdyby się nie udało, konsekwencje dla reżimu byłyby katastrofalne. Dlatego też Partia chodzi wokół tego tematu na palcach, jednocześnie wiedząc, że nie można w nieskończoność utrzymywać stanu napięcia.
Bo brak stanowczych działań kompromituje chiński rząd?
Tak. Nie chcemy się stawiać w roli proroków. Widać pewne zjawiska sugerujące, że inwazja na Tajwan jest możliwa. Równie dobrze można znaleźć solidne argumenty wykluczające takie działanie w najbliższej przyszłości.
Na Placu Tian'anmen w Pekinie młody Chińczyk przekonywał mnie, że Mao Zedong pragnął pokoju na świecie, najlepiej takiego, który kształtowałaby Partia Komunistyczna. Inni Chińczycy też roztaczają tego typu imperialne wizje?
Raczej nie. Chiny nie dążą aktywnie do zastąpienia USA jako potęgi na arenie międzynarodowej. Jednocześnie chętnie wykorzystują luki i obszary, w których oddziaływanie Stanów Zjednoczonych słabnie.
No to na koniec: czy warto odwiedzić Chiny? Choćby po to, by poznać wroga?
Turystycznie na pewno tak. To bardzo odmienny kraj, którego zwiedzanie jest pewnym wyzwaniem. W innych państwach można przecież korzystać z zachodnich aplikacji, a Chińczycy mają własne: systemy płatności, komunikatory, narzędzia do nawigacji, aplikacje sprzedażowe czy do zamawiania taksówek.
Warto spróbować chińskiej kuchni czy przekonać się na własne oczy, jak wyglądają chińskie miasta. Do tego sami Chińczycy potrafią pozytywnie zaskoczyć: są gościnni, życzliwi i ciekawi obcokrajowców. Nie jest to jednak kraj, który da się zrozumieć przez kilka prostych etykietek. Żeby naprawdę zacząć rozumieć Chiny, dobrze spędzić tu więcej czasu. Ale decyzji o zamieszkaniu i pracy w Chinach nie należy podejmować pochopnie.
Dlaczego?
To dobry pomysł jedynie dla osób, które studiowały np. sinologię lub są specjalistami wysokiej klasy, którym zaoferowano świetne kontrakty. Dla innych osób bariera wejścia w chiński świat może być nie do przeskoczenia. Język jest bardzo trudny, formalności wyjątkowo upierdliwe i cały czas ciąży nad nami ryzyko utraty wizy pracowniczej.
Cała nasza trójka mieszka w Szanghaju ponad dekadę. Znamy język, pracujemy naukowo i komercyjnie. A i tak mamy z tyłu głowy, że być może nie jesteśmy tu na zawsze. I chyba właśnie to najlepiej pokazuje, czym są Chiny: państwem, które można długo poznawać, a mimo to wciąż natrafiać na granice wyznaczane przez instytucje, kulturę i własne reguły życia społecznego.