
Kolejny miesiąc na froncie w Ukrainie mija pod znakiem ewidentnej zadyszki Rosjan. Wielka ofensywa wiosenno-letnia się nie zmaterializowała. Rosjanie mają dość energii tylko na lokalne sukcesy na kluczowym dla nich kierunku w Donbasie. Jednocześnie coraz częściej mowa o kolejnej fali przymusowej mobilizacji.
Kolejny miesiąc na froncie w Ukrainie mija pod znakiem ewidentnej zadyszki Rosjan. Wielka ofensywa wiosenno-letnia się nie zmaterializowała. Rosjanie mają dość energii tylko na lokalne sukcesy na kluczowym dla nich kierunku w Donbasie. Jednocześnie coraz częściej mowa o kolejnej fali przymusowej mobilizacji.
Fot. map.dailyukrupdate.com/Gazeta.pl
Czerwiec to już piąty miesiąc skromnych rosyjskich postępów w zdobywaniu ukraińskiej ziemi i jest pewne, że to nie jest jakaś anomalia. Właściwie wszystkie źródła wskazują, że tempo jest ciągle znacząco niższe niż w poprzednim roku. Jest ewidentne, że Rosjanie stracili ogólną inicjatywę i mają narastające problemy. Nie oznacza to jednak, że Ukraińcy już wygrywają, czy mają przewagę. Wojna weszła raczej w okres niepewnej równowagi.
W pierwszych dniach lipca tradycyjnie obserwatorzy wojny opublikowali swoje statystyki za czerwiec. I tak ukraiński "Deep State" podaje, że stan posiadania Rosjan zwiększył się o 84 kilometry kwadratowe. Znaczny skok po 14 km2 w maju, ale ciągle bardzo mało i z wyjątkiem maja mniej niż kiedykolwiek od ponad dwóch lat. Dodatkowo Ukraińcy ciągle sugerują, że gdyby mogli otwarcie pisać o i pokazywać skutki swojej lokalnych kontrofensyw w rejonie Wiełykiej Nowosiłki i Łymania, to Rosjanie byliby na minusie. Ze względu na bezpieczeństwo i na prośbę wojska ma być to jednak objęte, na razie tajemnicą. Trudno zweryfikować prawdziwość tych twierdzeń. Nie ma żadnych szerzej dostępnych nagrań i informacji również ze strony Rosjan, które pozwoliłyby to zrobić.
Światło na to rzuca jednak statystyka zaprezentowana przez polskiego analityka Konrada Muzykę z firmy Rochan Consulting. W jego ocenie w czerwcu Rosjanie byli na minusie. Ukraińcy mieli w ostatecznym rozrachunku wyzwolić 41 km2 swojego kraju. Głównie za sprawą sukcesów wspomnianych lokalnych kontrofensyw. Rosjanie największe zdobycze mieli mieć w rejonie Pokrowska i przy granicy w obwodzie Charkowskim.
Rosyjski deficyt wykazuje też bloger "Suriyak", który uchodzi za ostrożnego i w przeszłości był określany jako lekko prorosyjski, kiedy relacjonował wojnę w Syrii. Teraz uchodzi za względnie neutralnego. Według jego wyliczeń Rosjanie zdobyli 321 km2, podczas gdy Ukraińcy wyzwolili 370 km2. Razem daje to -49 km2 na koncie rosyjskim.
Na drugim biegunie jest prorosyjski bloger "Creamy Caprice" z Telegrama. Z jego wyliczeń wynika 112 km2 na korzyść Rosji. Wyraźnie więcej niż w dwóch poprzednich źródłach, ale co istotne, to i tak jest to najniższy wynik od dwóch lat. Oznacza to, że tempo zdobywania terenu przez Rosjan jest słabe.
Wszystkie powyższe dane nie oznaczają, że front prawie całkowicie zamarł. Największą zmianą w porównaniu do poprzedniego roku jest to, że Ukraińcy przestali jedynie pasywnie przyjmować ciosy Rosjan i starać się jak najdrożej oddać teren. Od lutego zaczęli być aktywni i przeprowadzać lokalne kontrataki. Rosjanie przeprowadzają natomiast ciągle bardzo częste ataki - 7,3 tysiąca kontaktów bojowych raportowanych przez Ukraińców w czerwcu. Najwięcej od początku podawania tych danych przez Ukraińców. Zdecydowana większość skupiona w Donbasie i w mniejszym stopniu na Zaporożu. Pomimo tej skali, skuteczność jest ograniczona. Pojedynczy atak ma być mniejszy niż kiedyś, plus są one skupiane na mniejszych odcinkach frontu. Według słów samego ukraińskiego głównodowodzącego generała Ołeksandra Syrskiego (wywiad dla telewizji TSN 30 czerwca), Rosjanie wcześniej byli aktywni na 13 kierunkach działań, teraz na 7, z czego 4 są uznane za główne.
Przy czym, Rosjanie lokalnie niezaprzeczalnie miewają sukcesy. Największe w priorytetowym dla nich obwodzie donieckim. Tam skutecznie wypchnęli ukraińskich obrońców z co najmniej połowy ważnego miasta Konstantynówka. Choć na przykład na mapie Deep State tego jeszcze nie zaznaczono, to wielu innych twórców map, nawet tych proukraińskich, nie ma już co do tego złudzeń. Sytuacja ma być trudna i utrata całego miasta jest spodziewana zapewne jeszcze latem.
Utrata Konstantynówki otworzy Rosjanom znacznie większe możliwości natarcia na kluczowy Kramatorsk, położony 20 kilometrów na północ. Jednocześnie Rosjanie naciskają i systematycznie, choć powoli, zbliżają się od wschodu do tego miasta, oraz do położonego tuż obok Słowiańska. Mają tam już do nich mniej niż 20 kilometrów. Oba są natomiast tak zwanymi "bliźniaczymi fortecami", kluczowym i właściwie ostatnim centrum obrony resztki ukraińskiej kontroli nad obwodem donieckim. W obecnym tempie ich zajęcie to dla Rosjan perspektywa gdzieś 2027 roku, o ile w ogóle.
Położony 20 kilometrów na północny wschód od Słowiańska Łymań jest też częścią tej bitwy, bo jego zajęcie dałoby Rosjanom większe możliwości atakowania tras zaopatrzeniowych bliźniaczych miast-fortec. Jednak sytuacja tam jest już mniej jednoznaczna i raczej znamienna dla nowych realiów. Rosjanie podeszli do Łymania od wschodu i od północy jeszcze w 2025 roku. Od tego czasu podejmują nieustanne próby zajęcia miasteczka i na swoich oficjalnych mapach w większości je kontrolują, ale faktycznie ma to mało wspólnego z rzeczywistością. Do zabudowań docierają jedynie czasami małe grupki żołnierzy, ale potem są zazwyczaj szybko likwidowane przez ukraińskie drony i mobilne grupy szturmowe. Jednocześnie od pewnego czasu Ukraińcy kontratakują na północ od Łymania, naciskając na wysunięte rosyjskie pozycje i mają tam pewne sukcesy.
Na wielu innych odcinkach frontu dochodzi do podobnych wymian. Ogólnie linię frontu można rysować na mapie bardzo umownie. W większości miejsc to raczej szeroka na kilka-kilkanaście kilometrów strefa niczyja, gdzie mieszają się rozrzucone ukraińskie pozycje umocnione, między którymi starają się przenikać kilkuosobowe grupy infiltrujących Rosjan. Nad wszystkim wiszą liczne drony polujące na wszystko, co się rusza. Nawet jeśli Rosjanie gdzieś dojdą i dokonają rytualnego zamachania flagą, aby mógł ich nagrać własny dron rozpoznawczy, to nie oznacza, że coś faktycznie zdobyli. Choć rosyjskie dowództwo regularnie uznaje to za dowód sukcesu i zajęcia danego miejsca, to faktycznie "machacze" bardzo często szybko kończą żywot. Ich pojawienie się wskazuje jedynie na istnienie szarej strefy, gdzie ani Ukraińcy ani Rosjanie nie mają pewnej kontroli. Nawet jeśli gdzieś tam są ich żołnierze.
Potencjał obu stron jest w tym roku znacznie bardziej wyrównany niż w minionym. Ukraińcy osiągnęli to głównie rozwojem technicznym i ilościowym swoich sił bezzałogowców. Rosjanie nie zdołali w podobny systemowy sposób rozbudować własnych. Dodatkowo Ukraińcy w pewnym stopniu mieli poprawić swoją sytuację ze skutecznością mobilizacji oraz szkolenia. Do ideału bardzo daleko, ale brak ludzi na froncie ma być nieco mniej krytyczny. Pozytywnym bodźcem jest też trwający proces formowania korpusów, które usprawniają proces dowodzenia i koordynacji na froncie. Tu do finału i pełnego sukcesu też bardzo daleko, ale już widać pozytywne efekty. W ostatnich dwóch miesiącach dodatkowo na korzyść Ukraińców działa kampania uderzeń na dalsze zaplecze Rosjan przy pomocy tak zwanych dronów średniego zasięgu. Nadwyręża to rosyjską logistykę, która już teraz zmaga się z problemami.
Wszystko to prowadzi do tego, że teraz to ze strony Rosjan znów coraz częściej słychać narzekania na brak ludzi. Oficjalnych danych oczywiście nie ma, ale ze strony Ukraińców i zachodnich ekspertów padają teraz twierdzenia, że Rosja praktycznie od początku roku traci więcej żołnierzy, niż jest w stanie zrekrutować. Z jednej strony są stałe wysokie straty głównie powodowane przez ukraińskie drony, z drugiej kurczące się zainteresowanie dobrowolnymi kontraktami popartymi ogromnymi zachętami finansowymi. Po ponad dwóch latach intensywnej eksploatacji to źródło siły żywej przestaje wystarczać. Wzmagają się więc twierdzenia ze strony Ukraińców i niektórych rosyjskich blogerów, że Kreml już planuje kolejną falę przymusowej mobilizacji. Jak w 2022 roku, ta też miałaby zostać przeprowadzona wczesną jesienią.
Nie należy tego jednak mylić z jakąś rychłą perspektywą załamywania się Rosji. Ukraińcy nie mają na razie sił na poważne kontrataki, które mogłyby zmienić sytuację na froncie w skali strategicznej. Obie strony są mocno wyczerpane ponad czterema latami wojny. I to widać. Niezależnie od tego osiągnięcie niepewnej równowagi na froncie to spory sukces dla Ukraińców po jednoznacznie złych dla nich latach 2024 i 2025. Teraz coraz więcej będzie zależeć od kampanii uderzeń obu stron na zaplecza swoich przeciwników. Ukraińców na rosyjski przemysł paliwowy oraz logistykę, a Rosjan na wszystko, co uzna za wartościowe na ukraińskim zapleczu.
Redagował Jan Latała
Dziękujemy za przeczytanie
[
Pociąg odjechał bez 5-latki. Dziewczynka z Niemiec została na Warszawie Zachodniej
[
Sprawa pocisków Patriot dla Ukrainy. Nawrocki do szefa MON: Zdumiewa mnie pan
[
Bosak: Jest jasne, że Kosiniak-Kamysz kłamał. "Wierzę prezydentowi"
[
Nie żyje Ryszard Abramczyk. Współzałożyciel firmy Abramczyk miał 75 lat
[
Alarm na Manhattanie. Ogromny wieżowiec może się zawalić