
Szymon Osowski — Wybór rzecznika praw obywatelskich to jedna z najważniejszych decyzji dla jakości demokracji. Tymczasem proces wyłaniania kandydatki KO budzi poważne wątpliwości: zabrakło debaty, transparentności i ponadpolitycznego podejścia. W efekcie urząd, który powinien stać ponad sporami,
Instytucja rzecznika praw obywatelskich (RPO) ma szczególne znaczenie w demokratycznych państwach prawa – stoi na straży praw i wolności. Ma nas chronić, pomagać w relacjach z organami władzy i instytucjami publicznymi, jest po prostu organem ochrony prawa. Takie działanie wpisane w fundament funkcjonowania RPO powoduje, że zawsze będzie w zwarciu z władzą, jaką by ona nie była.
Rzecznik nie dysponuje kompetencjami do rozstrzygania konkretnych spraw, ale ma uprawnienia, które m.in. pozwalają interweniować, żądać wszczęcia postępowań, dlatego też skuteczność jego działań zależy niemal wyłącznie od osobistego autorytetu osoby piastującej ten urząd oraz pewnego rodzaju nieustępliwości, a może zacięcia do ciągłej walki.
23 lipca upływa kadencja prof. Marcina Wiącka, a 23 czerwca minął termin zgłaszania kandydatów. Od dłuższego czasu pojawiały się informacje, że formalnie zgłoszona przez Koalicję Obywatelską zostanie Sylwia Gregorczyk-Abram – i tak się stało. Samo to, że ta kandydatura pojawiła się wcześniej bez jakiejkolwiek dyskusji, moim zdaniem dyskredytuje cały ten wybór.
Czytaj też: Kto zostanie RPO? Kandydatury KO i PiS wywołują polityczną burzę
Oczywiście, znając osiągnięcia zgłoszonej kandydatki – walkę o praworządność, prowadzenie ważnych spraw przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka, liczne nagrody za obronę praw i wolności – powinienem pogratulować samej kandydatce, jak i ją zgłaszającym. Tylko nie o to chodzi, aby mieć zasługi. Ważne jest to, jak dochodzi do wyboru osoby na rzecznika praw obywatelskich i jaki, nawet potencjalny, związek z władzą ma kandydat.