
Filip Baczkura — Członkowie komisji śledczej ds. Pegasusa próbowali zakulisowo zaproponować mi układ – ujawnia płk Andrzej Stróżny, były szef Centralnego Biura Antykorupcyjnego. W wywiadzie dla Zero.pl krytykuje próbę likwidacji CBA, zdradza, w jaki sposób po zmianie władzy wyrzucono ze struktur
Członkowie komisji śledczej ds. Pegasusa próbowali zakulisowo zaproponować mi układ – ujawnia płk Andrzej Stróżny, były szef Centralnego Biura Antykorupcyjnego. W wywiadzie dla Zero.pl krytykuje próbę likwidacji CBA, zdradza, w jaki sposób po zmianie władzy wyrzucono ze struktur szefów służb specjalnych. Jego zdaniem systemowi bezpieczeństwa wyrządzono „potworną i nieodwracalną szkodę”.

Na zdjęciu płk rez. Andrzej Stróżny, były szef Centralnego Biura Antykorupcyjnego (fot. Adam Chełstowski / Forum Polska Agencja Fotografów)
Filip Baczkura, Marek Mikołajczyk, Zero.pl: Kilka tygodni temu prezydent Karol Nawrocki zawetował ustawę likwidującą Centralne Biuro Antykorupcyjne. Co pan poczuł, gdy dowiedział się o tym wecie?
Pułkownik rezerwy Andrzej Stróżny, były szef Centralnego Biura Antykorupcyjnego*: Nie rozpatrywałem tego w kategoriach emocjonalnych. Nie poczułem ani ulgi, ani rozczarowania. Moja perspektywa jest czysto pragmatyczna i systemowa. Problem z likwidacją CBA jest o wiele głębszy. Próba likwidacji formacji bez realnej, przemyślanej alternatywy zawsze niesie za sobą ryzyko luki kompetencyjnej i destabilizacji w obszarze zwalczania korupcji i przestępczości godzącej w ekonomiczny interes państwa.
Kiedy w 2020 r. obejmował pan stanowisko szefa Centralnego Biura Antykorupcyjnego, całą Polskę obiegła wówczas informacja o kasjerce, która wyniosła z CBA łącznie ponad 9 mln zł. Gdy sprawa wyszła na jaw, były szef CBA Ernest Bejda nie został powołany na drugą kadencję.
To był bezprecedensowy kryzys zaufania i potężny cios w fundamenty formacji, która z założenia miała być elitarna i krystalicznie czysta. Obejmując obowiązki szefa CBA, przyjąłem jedną zasadę: zero pudrowania rzeczywistości. Na pierwszym spotkaniu z kadrą kierowniczą i funkcjonariuszami powiedziałem wprost, że nie ma mowy o zamiataniu sprawy pod dywan czy udawaniu, że nic się nie stało. Tego rodzaju plamy na honorze służby nie da się zmyć PR-owymi deklaracjami. Przekazałem im jasno: twarz i wiarygodność możemy odzyskać wyłącznie przez ciężką, transparentną i absolutnie merytoryczną służbę.
Trudne zadanie chwilę przed emeryturą.
Zdawałem sobie z tego sprawę. Wielu moich bliskich znajomych, doświadczonych oficerów i ekspertów, wręcz odradzało mi tę decyzję. Argumentowali: „Masz za sobą 30 lat wzorowej służby, nieposzlakowaną opinię, po co na sam koniec kariery wchodzisz na pole minowe, jakim jest CBA?”.
Za CBA od lat ciągnie się jedno określenie – policja polityczna.
To wygodna klisza służąca budowaniu z góry założonej linii obrony dla osób, które znalazły się w zainteresowaniu CBA.
Oczywiście, CBA różni się od Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego czy Agencji Wywiadu. Biuro nie zajmuje się kontrwywiadem czy osłoną wywiadowczą kraju. Jego głównym zadaniem jest ochrona interesów ekonomicznych państwa oraz zwalczanie korupcji na każdym szczeblu. Ale czy to czyni z tej formacji „gorszą siostrę” w systemie służb specjalnych? Wręcz przeciwnie. To fundament bezpieczeństwa wewnętrznego.
Policja polityczna to mit?
To kompletna bzdura. Do przestrzeni publicznej przenikają tylko pojedyncze sprawy, które bywają głośne ze względu na udział znanych polityków. Ale to promil tego, czym na co dzień zajmuje się CBA. Codzienna rzeczywistość CBA to setki skomplikowanych postępowań przygotowawczych, operacyjnych i analitycznych, które nigdy nie trafiają na nagłówki portali, a dotyczą ochrony miliardów złotych z budżetu państwa czy funduszy unijnych. Większość kluczowych realizacji była i jest wykonywana pod ścisłym nadzorem prokuratury, często jako realizacja jej bezpośrednich postanowień i zleceń.
Problem w tym, że na czele prokuratury stoi polityk. Za pana kadencji był to Zbigniew Ziobro, z którym niektóre media nawet pana łączyły.
Gdybyśmy sięgnęli nieco głębiej, dotarlibyśmy do teorii, że byłem jednocześnie człowiekiem Zbigniewa Ziobry, Mariusza Kamińskiego i Mateusza Morawieckiego. Te trzy nazwiska doskonale odzwierciedlają absurd wynikający z poszukiwania na siłę politycznych powiązań. Nie czuję się człowiekiem żadnego polityka. Przeszedłem całą służbową drogę od szeregowego, przez wszystkie szczeble, bez skróconych ścieżek czy politycznych układów. Pracowałem tak samo rzetelnie za czasów Solidarności, Sojuszu Lewicy Demokratycznej, Platformy Obywatelskiej oraz Prawa i Sprawiedliwości.
Premier lub minister nie sugerują, którymi sprawami się zająć i komu konkretnie się przyjrzeć?
Jeżeli pytacie panowie o sugestie podjęcia działań nieuprawnionych, to odpowiedź brzmi nie.
Nie usłyszał pan nigdy „proszę się zająć tym i tym człowiekiem”?
Nigdy mi się to nie zdarzyło. Zresztą żaden poważny polityk nie przyszedłby z żądaniem zajęcia się konkretną osobą. Czym innym jest jednak wskazywanie priorytetów strategicznych czy przekazywanie informacji o podejrzeniu zaistnienia przestępstwa, czy też zaobserwowania jakiegoś niepokojącego zjawiska, któremu należałoby się przyjrzeć.
[

Pełnomocnik dra Jędrzejewskiego o przesłuchaniu: Do tego nie powinno dojść](/news/pelnomocnik-dra-emila-jedrzejewskiego-o-przesluchaniu-do-tego-nie-powinno-dojsc)
[

Prawomocna decyzja sądu. Tymczasowe aresztowanie dla Ziobry utrzymane](/news/decyzja-sadu-o-tymczasowym-areszcie-dla-zbigniewa-ziobry)
[

Zdjęcia zwłok i podsłuchy. Poprzedni zarząd Szpitala Południowego zawiadamiał prokuraturę](/news/prosektorium-szpitala-poludniowego-zarzad-zawiadamial-prokurature-o-mozliwych-przestepstwach)
Skupmy się więc na samym CBA. Niedawno minęła 20. rocznica jego powołania. Miała być to nowa służba specjalna, „elitarna jednostka do zwalczania korupcji”. Pana zdaniem – udało się?
CBA dziś to zupełnie inna służba niż CBA 20 lat temu.
Dlaczego?
Bo zmieniło się w Polsce przez ten czas wiele, w tym przestępczość. Mamy dziś coraz mniej tzw. przestępczości kopertowej, czyli korupcji dość oldschoolowej, gdy ktoś przychodzi do kogoś z walizką pieniędzy, by coś załatwić. Nie mówię, że takich sytuacji już w ogóle nie ma, ale ich skala jest dużo mniejsza.
Jak to dziś wygląda?
Przestępczość ewoluowała w stronę wyrafinowanych operacji w białych rękawiczkach na styku wielkiego biznesu, polityki i międzynarodowych rynków finansowych. Mówimy o wyłudzeniach wielomilionowych dotacji, nielegalnym lobbingu czy infiltracji strategicznych sektorów, takich jak energetyka i kontrakty zbrojeniowe. Towarzyszy temu wzmożony przepływ gotówki i kapitału, często ukryty za fasadą skomplikowanych struktur spółek.
Skoro korupcja się zmieniła, to może nie potrzebujemy już specjalnej służby od spraw korupcyjnych? Wróćmy na chwilę do prezydenckiego weta. W myśl projektowanych przepisów kompetencje CBA miały zostać przejęte przez policję, ABW i Krajową Administrację Skarbową.
Rozpraszanie unikalnych struktur CBA i rozczłonkowanie jego kompetencji pomiędzy trzy odrębne instytucje to nie jest żadna merytoryczna reforma, ale ordynarny paraliż tarczy antykorupcyjnej kraju. Rządzący zaplanowali rozbiór formacji, opierając się na całkowitej fikcji ustrojowej. Pierwszym elementem tej fikcji jest rzekome przejęcie zadań przez ABW.
To znaczy?
ABW w żaden sposób nie przejmie tych kompetencji, ponieważ jej rdzeniem jest kontrwywiad, neutralizacja zagrożeń strategicznych oraz walka z terroryzmem. W praktyce ta służba całkowicie porzuca kierunek antykorupcyjny. Ma po prostu ważniejsze sprawy na głowie i opowiadanie społeczeństwu, że przejmie najpoważniejsze sprawy, to bzdura.
Podobnie jest z KAS-em. To gigantyczny, niejednorodny organizm, w którym scalenie komponentu mundurowego z częścią cywilną do dziś rodzi potężne, wewnętrzne konflikty ustrojowe. Wpychanie tam na siłę kolejnego elementu jedynie sparaliżuje tę formację.
I wreszcie policja. Miała ona przejąć największy potencjał ludzki CBA, bo do tej pory zajmowała się zwalczaniem korupcji głównie na poziomie lokalnym. Budowanie narracji, że policja płynnie przejmie zadania CBA poprzez tworzenie nowych struktur, to kolejna pozorność. Przerabialiśmy takie fikcyjne pomysły w historii już nie raz.
Przerabialiśmy?
Mamy w Polsce długą, wręcz chroniczną tradycję permanentnych reform i dezorganizacji służb. Prawie zawsze kończą się tak samo. Ze względu na konflikty interesów, plemienne spory i bieżącą walkę polityczną, te zmiany nigdy nie są wprowadzane kompleksowo. Jeśli już do czegoś dochodzi, są to wyłącznie korekty punktowe. Czasem to zmiana tabliczek, czasem rozdzielanie kompetencji. Od samego przesuwania niewiele się zmienia na lepsze.
Może to naturalna kolej rzeczy, że instytucje się ulepsza?
Ulepsza. Ale nie rozprasza struktur z pobudek politycznych. Przenoszenie biurek i rozbijanie pamięci instytucjonalnej formacji, która podlega bezpośrednio premierowi, na rzecz struktur policji czy KAS, nie ma nic wspólnego z ulepszaniem. To krok wstecz.
[

Ochrona kontrwywiadowcza to mit. Byli szefowie polskich służb bez wsparcia ze strony państwa](/news/polskie-sluzby-nie-chronia-swoich-bylych-szefow-ochrona-kontrwywiadowcza-nie-istnieje)
[

Reprywatyzował kamienicę „na ducha”. Jest doradcą szefa wojskowego kontrwywiadu](/news/reprywatyzacyjny-absurd-i-powrot-do-sluzb-historia-zbigniewa-l)
[

Bestialskie zabójstwo na Nowym Świecie. Proces ruszy od nowa. Powód: neosędzia](/news/morderstwo-na-nowym-swiecie-sn-z-powodu-neosedzi-uchylil-wyrok)
Pan pożegnał się ze stanowiskiem szefa CBA w grudniu 2023 r., chwilę po zmianie rządu. Jak to wyglądało?
Szefowie pięciu służb specjalnych – Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Agencji Wywiadu, Służby Wywiadu Wojskowego, Służby Kontrwywiadu Wojskowego oraz ja jako szef CBA – w trybie pilnym zostaliśmy wezwani do Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Wszyscy na ten sam dzień i na tę samą godzinę.
Wiedział pan po co?
Oficjalnie nikt nam tego wcześniej nie zakomunikował, ale w realiach służb nikt nie jest naiwny. Spodziewaliśmy się, jaki będzie cel tego spotkania.
Sytuacja w moim przypadku nie była tak prosta, bo zgodnie z ustawą, jako jedyny, miałem czteroletnią kadencję, która kończyła się dopiero w maju 2024 r. Ale gdy zobaczyłem na korytarzu pozostałych szefów, wiedziałem już, że nikt nie zamierza się tym faktem przejmować.
Atmosfera była raczej przybijająca, chociaż osoby w sekretariacie KPRM wydawały się raczej radosne. Kazano nam czekać na korytarzu. Mieliśmy nadzieję, że formalności w imieniu premiera dopełni osobiście minister koordynator. Nic takiego jednak się nie wydarzyło. Nie odważył się.
Kto do panów wyszedł?
Radosław Kujawa (sekretarz stanu w KPRM, sekretarz kolegium ds. służb specjalnych przy Radzie Ministrów – red.). Podczas wręczania mi decyzji o odwołaniu ze stanowiska zapytałem, czy zna ustawę o CBA, ponieważ nie zezwala ona na taki ruch. – Taka jest decyzja premiera – usłyszałem. Po chwili dodał, że mam już nie wracać do siedziby CBA. W żołnierskich słowach wytłumaczyłem, że nie zamierzam wykonać tego polecenia, i udałem się tam celem przekazania i zakończenia służby.
W tym samym czasie w świetle kamer powoływano naszych następców. Na sali premier, wicepremier, minister koordynator. Aparaty, flesze, uścisk, buźka, goździk. A my tutaj po cichutku: won.

Na zdjęciu uroczystość wręczenia nominacji nowym szefom służb specjalnych w grudniu 2023 r. Po prawej stronie zdjęcia: premier Donald Tusk, wiceszefowie rządu Władysław Kosiniak-Kamysz oraz Krzysztof Gawkowski, a także minister koordynator Tomasz Siemoniak (fot. KPRM)
Pana następczynią została Agnieszka Kwiatkowska-Gurdak. Jakie miał pan z nią relacje, kiedy jeszcze był pan szefem służby?
Żadne. To zupełnie obca mi osoba. Ta pani pracowała w delegaturze w Bydgoszczy, kierowała tam krótko kilkuosobowym zespołem śledczym.
To był dobry wybór?
Cała jednostka w Bydgoszczy to zaledwie trochę ponad 20 osób, a ona sama przez bardzo krótki czas zarządzała komórką, która liczyła poniżej pięciu osób. Co więcej, jej doświadczenie w sferze operacyjno-śledczej, nawet jako liniowego funkcjonariusza, było bardzo małe. Dorobek merytoryczny i aktywność tamtej struktury były naprawdę znikome.
Wyznaczenie osoby z tak skromnym doświadczeniem zarządczym i operacyjnym na szefa ogólnokrajowej służby specjalnej było dla mnie ogromnym zaskoczeniem, chociaż odrobinę wyjaśniała tę decyzję głośna laudacja medialna byłego szefa CBA Pawła Wojtunika.
A tak poważnie – życzyłbym sobie, niezależnie od tego, jaka opcja polityczna aktualnie sprawuje władzę, aby na czele tak kluczowych formacji zawsze stali ludzie o niekwestionowanych, szerokich kompetencjach merytorycznych.
Zarządzał pan CBA przez niemal cztery lata. Żałuje pan, że przyjął tę propozycję?
Nie. Absolutnie.
Ale drugi raz do CBA już by pan nie wrócił.
Dwa razy do tej samej rzeki nie powinno się wchodzić, a poza tym jestem już przecież zasłużonym emerytem. Obejmowałem to stanowisko z pełną świadomością wyzwań i realiów politycznych, ale nikt wtedy nie był w stanie przewidzieć, jak daleko posunie się systemowa destrukcja, którą dziś obserwujemy w sferze bezpieczeństwa państwa. Zgodziłem się na tę misję, będąc już na takim etapie mojej zawodowej kariery, że osobiście niczego nikomu nie musiałem udowadniać. Chodziło wyłącznie o służbę i odpowiedzialność za państwo.
Ernest Bejda zostawił panu bombę w postaci Pegasusa.
Ja tak nie uważam. Mój poprzednik nie zostawił mi żadnej bomby. Tę rzekomą „bombę” od początku do końca skonstruowali i wykreowali politycy, którym była ona potrzebna jako potężny taran propagandowy do przejęcia władzy. Gdy cel polityczny został osiągnięty, ta sama ekipa, za pomocą komisji śledczych, zaczęła urządzać wielomiesięczny, publiczny spektakl rzekomego „rozbrajania” ładunku, który sami wcześniej zbudowali.
Służby specjalne muszą dysponować nowoczesnymi systemami kontroli operacyjnej i w tym wymiarze merytorycznym wiedza o narzędziach technicznych CBA w żaden sposób nie wpłynęłaby na moją decyzję o objęciu stanowiska szefa formacji.

Na zdjęciu Ernest Bejda, szef CBA w latach 2015-2020, podczas przesłuchania przed komisją śledczą ds. Pegasusa (fot. Jacek Szydłowski / Forum Polska Agencja Fotografów)
To gdzie pan widzi problem?
Problem tkwi w całkowitym zafałszowaniu powodów, dla których polskie służby w ogóle pozyskują i muszą dysponować tego typu zaawansowanymi technologiami. Próbuje się dziś wmówić, że jakiś polityk nagle zażyczył sobie narzędzia do inwigilowania konkurencji. Tymczasem impuls do wdrożenia takich systemów zawsze idzie z samego dołu, od funkcjonariuszy z pierwszej linii, którzy walczą z najgroźniejszą przestępczością.
Tradycyjne metody po prostu przestały działać, a zakładanie klasycznych podsłuchów w dobie cyfrowej stało się fikcją. Aby państwo polskie mogło realnie pełnić swoją funkcję ochronną, pozyskiwanie i stosowanie nowoczesnych systemów kontroli operacyjnej było i jest absolutną koniecznością, a nie żadnym kaprysem.
Nie ulega wątpliwości, że służby powinny mieć takie narzędzia. Pytanie tylko, czy na pewno używano ich w sposób właściwy.
W debacie publicznej niestety zbyt często kłamstwo i polityczna narracja wygrywają z faktami. Możemy wielokrotnie powtarzać i udowadniać, że w polskich służbach nie ma technicznej ani prawnej możliwości zrobienia czegokolwiek nielegalnie, ale w medialnym szumie mało kogo to interesuje.
Prawda jest taka, że stosowanie zaawansowanych systemów kontroli operacyjnej podlega niezwykle restrykcyjnym, wielostopniowym procedurom. Grupa funkcjonariuszy, która ma bezpośredni dostęp do tych narzędzi i fizycznie realizuje te zadania, jest ściśle policzalna i określona. Wewnątrz samej formacji wniosek przechodzi przez rygorystyczną weryfikację, a wdrożenie procedury wymaga akceptacji ścisłego kierownictwa.
płk rez. Andrzej Stróżny
były szef Centralnego Biura Antykorupcyjnego
Na tym jednak nie koniec, kolejnym etapem jest szczegółowa ocena ze strony prokuratorów z wyspecjalizowanych departamentów Prokuratury Krajowej. Dopiero po ich aprobacie sprawa trafia do niezawisłego sędziego, i tutaj mówimy o bardzo wąskiej grupie sędziów w Sądzie Okręgowym w Warszawie, bo tylko i wyłącznie tam to się odbywa. To ten konkretny sędzia podejmuje ostateczną, kluczową decyzję i formalnie zarządza uruchomienie techniki operacyjnej. Mówimy więc o potrójnym, niezależnym od siebie systemie bezpieczników prawnych.
A potem przed kamery wychodzi Igor Tuleya i mówi, że on nie wiedział, na co wydaje zgodę.
Ja też mogę dziś publicznie powiedzieć, że nie wiedziałem, że pan Tuleya jest sędzią, i patrząc na poziom tej wypowiedzi, chyba bym się specjalnie nie pomylił. Przecież to jest absolutna kpina z powagi instytucji państwa i wymiaru sprawiedliwości. Jeżeli pan sędzia chce nam wszystkim publicznie powiedzieć, że tak wąska, elitarna grupa sędziów, która zajmuje się tak niezwykle wrażliwą sferą, podpisuje kluczowe dokumenty i nie wie, pod czym się podpisuje, to ja już nie mam pytań.
Przed komisjami śledczymi stawać musieli doświadczeni, liniowi funkcjonariusze, którzy zjedli zęby na technice operacyjnej. Tłumaczyli merytorycznie, czarno na białym, jak wyglądają procedury i zabezpieczenia, ale ich profesjonalne argumenty były całkowicie ignorowane. Zamiast tego, w tym politycznym teatrze, ekspertem dla opinii publicznej stawał się właściciel naleśnikarni, którego zdanie jakaś część opinii publicznej w tym całym cyrku uznawała za prawdę objawioną.
Jeżeli wszystko było dobrze, to dlaczego straciliśmy dostęp do Pegasusa?
Jeżeli chodzi o taki czy inny zaawansowany system kontroli operacyjnej, polskim służbom nigdy nie cofnięto licencji z powodu rzekomego niewłaściwego lub niezgodnego z prawem użycia. To kolejna manipulacja, która ma uderzać w nasz profesjonalizm.
Mogę jedynie państwu powiedzieć, że już znacznie wcześniej w geopolitycznej przestrzeni wyraźnie rysował się głęboki konflikt interesów pomiędzy Izraelem a Stanami Zjednoczonymi na tle podmiotów rozwijających i produkujących tego typu zaawansowane technologie. Na arenie międzynarodowej pojawiały się tam wątki i napięcia zupełnie z Polską niezwiązane. Dochodziło do globalnych zgrzytów oraz konkretnych działań strategicznych na najwyższym szczeblu mocarstw, które ostatecznie przyniosły takie, a nie inne konsekwencje dla krajów korzystających na co dzień z globalnego rynku nowoczesnych rozwiązań.
Sprowadzanie tego przez obecnych polityków do rzekomych nadużyć w kraju jest pokazem kompletnej ignorancji w zakresie realiów międzynarodowego obrotu technologiami specjalnymi.

Na zdjęciu płk rez. Andrzej Stróżny podczas rozmowy z dziennikarzami Zero.pl (fot. Daniel Krakowiak / Kanał Zero)
Był pan w Izraelu?
W Izraelu akurat nie byłem. Jako były szef służby specjalnej posiadam oczywiście szerokie kontakty międzynarodowe, w ramach których odbywałem liczne spotkania oraz dyskusje z naszymi zagranicznymi partnerami na temat ogólnych kierunków rozwoju technologicznego i narzędzi, jakimi nowoczesne formacje mogą lub powinny dysponować. Jest rzeczą oczywistą i naturalną w tym środowisku, że zaprzyjaźnione służby nigdy nie chwalą się przed sobą nawzajem specyfikacją czy szczegółami tego, czego konkretnie w danej chwili używają do realizacji zadań.
Z tego też powodu nie jestem w stanie ani zrozumieć, ani tym bardziej zaakceptować obecnego procederu jawnego rozliczania służb z nieistniejących przewinień w ramach bezpardonowej walki politycznej.
Na arenie międzynarodowej sojusznicy po prostu przecierają oczy ze zdumienia i tracą do nas zaufanie. Jak w tak skrajnie nieodpowiedzialnej sytuacji zachować wiarygodność wobec partnerów z NATO czy innych struktur bezpieczeństwa? Trudno funkcjonować ze świadomością, że wrogie nam zewnętrzne służby wywiadowcze jedynie siedzą, obserwują ten medialny spektakl i wyciągają wnioski z bezmyślnego obnażania naszych zdolności operacyjnych.
Komisji śledczej też pan unikał.
Nie unikałem. Świadomie i celowo odmówiłem stawiennictwa, opierając się na obowiązującym wyroku Trybunału Konstytucyjnego. Co najważniejsze – tę batalię formalno-prawną z komisją bezwzględnie wygrałem przed sądami w Warszawie. Sądy dwóch instancji każdorazowo, bezdyskusyjnie odrzucały wnioski posłów o nałożenie na mnie kar finansowych oraz o przymusowe doprowadzenie, wprost wytykając komisji szereg rażących błędów prawnych.
[

Ustawa medialna znów się opóźnia. „Może w ogóle nie uda się jej przyjąć”](/news/ustawa-medialna-z-coraz-wiekszymi-problemami-marta-cienkowska-nie-dotrzymala-terminu)
[

Święczkowski: W Trybunale Konstytucyjnym zasiada obecnie 11 sędziów, a nie 15](/news/spor-ws-sedziow-tk-prezes-bogdan-swieczkowski-prezydent-nie-ma-obowiazku-odbierania-slubowania)
[

„Służby zatrudniały youtuberów”. Burza po słowach byłego szefa Agencji Wywiadu](/news/piotr-krawczyk-byly-szef-agencji-wywiadu-ujawnia-kulisy-pracy-sluzb-eksperci-oburzeni)
Jak konkretnie wyglądała ta sekwencja wezwań i wniosków o ukaranie?
W listopadzie 2025 r. rzutem na taśmę przewodnicząca komisji wysłała do mnie jednorazowo cały pakiet trzech wezwań na tę samą czynność, czyli przesłuchanie, wyznaczone na 11, 17 i 19 grudnia.
W związku z tym, że nie zamierzałem dobrowolnie się stawić, każdorazowo automatycznie wnioskowano o nałożenie na mnie kar finansowych po 3 tys. zł oraz o zatrzymanie i przymusowe doprowadzenie.
Idąc tym kuriozalnym tokiem rozumowania, członkowie komisji mogli mi przecież wysłać kilkanaście wezwań na jeden dzień, rozpisując je co godzinę. Mogliby wtedy otwierać posiedzenie raz za razem, za każdym razem odnotowywać moją nieobecność i taśmowo wnioskować o kolejne kary. Z pewnością drastycznie poprawiłoby to ich wynik w statystykach i podkręciło dolegliwość finansową, jaką tak usilnie próbowano na mnie wymusić.
Ostatecznie jednak ta prawna hucpa spaliła na panewce, wszystkie te wnioski w pierwszej instancji zostały rozstrzygnięte na moją korzyść, po czym w drugiej instancji trafiły do jednego sędziego, a ostatecznie z nieznanych powodów zostały potajemnie rozdzielone.
To znaczy?
Początkowo wszystkie trzy zażalenia komisji trafiły do jednego, wylosowanego sędziego. 24 marca br. wydał on pierwsze postanowienie na moją korzyść, odrzucając wnioski posłów i całkowicie miażdżąc fikcję proceduralną doręczeń wezwań.
Sytuacja stała się jednak kuriozalna zaledwie trzy dni później, 27 marca. Z nieznanych powodów, już po wcześniejszym przydzieleniu, dwie pozostałe sprawy odebrano pierwszemu sędziemu i przepisano innej sędzi. Ta, na podstawie dokładnie tych samych dokumentów, wydała skrajnie odmienne orzeczenie. Utrzymała kary finansowe, argumentując to moim wykształceniem prawniczym i stopniem oficerskim, co w państwie prawa jest absolutnym ewenementem procesowym.
Co jednak kluczowe, wniosek komisji o moje przymusowe doprowadzenie i tak okazał się bezskuteczny, sędzia musiała go oddalić, ponieważ wnioskowany przez posłów termin zatrzymania po prostu minął.
Jak pan interpretuje fakt, że te same dokumenty trafiły do dwóch różnych składów i doczekały się odmiennych ocen?
Ten sam pakiet pism z jednej koperty, ten sam budynek sądu i skrajnie wykluczające się wyroki w odstępie kilku dni, to dowód, że ktoś celowo rozbił wynik przydziału spraw, byle tylko uciec przed sromotną porażką u jednego, rzetelnego sędziego.

Na zdjęciu przedstawiciele komisji śledczej ds. Pegasusa: Magdalena Sroka oraz Witold Zembaczyński podczas posiedzenia, na którym nie stawił się płk rez. Andrzej Stróżny w styczniu 2025 r. (fot. Rafał Guz / PAP)
Wspominał pan o próbach załatwienia sprawy polubownie. Komisja próbowała się z panem dogadać?
Mogę tylko powiedzieć, że ze strony członków komisji śledczej dochodziło do prób skontaktowania się ze mną w sposób całkowicie nieformalny, jednak konkretne nazwiska tych osób na tę chwilę zachowam wyłącznie dla siebie. Próbowano zakulisowo zaproponować mi pewien układ, konkretnie zależało im na tym, żebym ustąpił i stawił się chociażby na niejawną część posiedzenia komisji.
W zamian za co?
To nie zostało wprost wyartykułowane. Moja odpowiedź jako oficera i prawnika była krótka, jednoznaczna i ucinała jakiekolwiek zakulisowe gierki: oświadczyłem, że stawię się przed komisją tylko i wyłącznie wówczas, gdy prawomocnie zdecyduje o tym niezawisły sąd.
Jak pan myśli, co stało za tą propozycją?
Myślę, że chodziło tylko o to, że byłem ostatnim z szefów służb, który jeszcze nie został doprowadzony przed komisję. Uznałem, że była to próba domknięcia tematu na siłę. Wynik prac tej komisji jest znany od początku. Zmierzam do tego, że fakty i prawda nie mają dla niej żadnego znaczenia, bo teza została z góry narzucona.
I jak ona brzmi?
Ta teza została sformułowana w mediach na długo przed pierwszym posiedzeniem: polskie służby miały rzekomo działać jako bezwzględna, polityczna policja, która masowo, nielegalnie i bez żadnej kontroli inwigilowała konkurencję partii rządzącej. Z jakiegoś powodu komisja i obecni rządzący całkowicie stracili z pola widzenia to, jak potworną i nieodwracalną szkodę wyrządzili tą nagonką. I to nie tylko samym służbom, ale przede wszystkim całemu państwu polskiemu w sferze naszego wspólnego bezpieczeństwa.
*pułkownik Andrzej Stróżny – wieloletni funkcjonariusz policji (1992–2006) oraz służb specjalnych, związany przez lata z Agencją Bezpieczeństwa Wewnętrznego (2006–2020) i Centralnym Biurem Antykorupcyjnym (2020–2023). Był m.in. dyrektorem delegatury ABW w Katowicach oraz szefem CBA. W grudniu 2023 r. został odwołany ze stanowiska przez premiera Donalda Tuska.