RAK
    Tradycja niemal zniknęła bez śladu. Dziś zachwyca ludzi nawet na drugim końcu świata

    Tradycja niemal zniknęła bez śladu. Dziś zachwyca ludzi nawet na drugim końcu świata

    3609 odsłon
    Tradycja niemal zniknęła bez śladu. Dziś zachwyca ludzi nawet na drugim końcu świata

    Aleksandra Cieślik — Jeszcze kilkadziesiąt lat temu kobiety paliły tu swoje wełniane spódnice albo darły je na szmatki. Kojarzyły im się z biedą i przeszłością, o której chciano zapomnieć. Dziś te same stroje są powodem do dumy. Kurpie przeżywają renesans tradycji.

    Jeszcze kilkadziesiąt lat temu kobiety paliły tu swoje wełniane spódnice albo darły je na szmatki. Kojarzyły im się z biedą i przeszłością, o której chciano zapomnieć. Dziś te same stroje są powodem do dumy. Kurpie przeżywają renesans tradycji.

    Elżbieta Cieloszczyk to kolejna bohaterka cyklu „Polska od środka”.

    Elżbieta Cieloszczyk to kolejna bohaterka cyklu „Polska od środka”. (fot. Julia Castro Cabrera)

    • Na Kurpiach tradycja nie trafiła do muzeum. Żyje w domach, warsztatach i rękach ludzi, którzy przekazują ją kolejnym pokoleniom.
    • Elżbieta Cieloszczyk pokazuje, jak z lokalnego rękodzieła stworzyć społeczność liczącą dziesiątki tysięcy osób – od Kurpi po Meksyk.
    • Przez lata kurpiowskie stroje i rękodzieło kojarzyły się z biedą. Dziś przeżywają renesans, a ich odrodzenie wsparły m.in. fundusze unijne.
    • Reportaż z wakacyjnego cyklu Zero.pl „Polska od środka”. Prezentujemy w nim historie osób pielęgnujących tradycję i pokazujących różnorodne oblicze naszego kraju. Kolejne publikacje w każdy wakacyjny piątek.

    – Ale pamiętaj, że będąc na Kurpiach, nie możesz powiedzieć, że jesteś na Podlasiu. Oni by się obrazili – usłyszałam od jednej z osób, której radośnie oznajmiłam, że wybieram się w ten rejon.

    Nie musiałam czekać dłużej niż kwadrans, by temat ten pojawił się w rozmowie z Elżbietą Cieloszczyk, mistrzynią rękodzieła i prowadzącą zagrodę edukacyjną „Na patyku zakręcone” w Ksebkach. – My jesteśmy co prawda w województwie podlaskim, ale do typowego Podlasia nam daleko – podkreśla z uśmiechem drobna kobieta po pięćdziesiątce.

    Elżbieta Cieloszczyk. (fot. Julia Castro Cabrera / Zero.pl)

    Choć pogoda jest fatalna – leje i wieje – Elżbieta wita nas serdecznie, mając na sobie tradycyjny kurpiowski strój. Od zawsze zachwycają mnie takie ubrania. Całość tradycyjnego wizerunku zakłóca czarny smartwatch wystający spod rękawa.

    – Mój mąż śmiał się, że ten zegarek wybitnie tu nie pasuje, ale postanowiłam połączyć tradycję z nowoczesnością – śmieje się kobieta.

    Pani Elżbieta kręcąca stokrotkę. (fot. Julia Castro Cabrera / Zero.pl)

    Siadamy przy stole na przeszklonym patio. Zwykle – w ramach działań zagrody edukacyjnej – odbywają się tu warsztaty rękodzieła. Na stole ciasta – drożdżak i chlebek watykański. Elżbieta upiekła je specjalnie na tę okazję. Do szklanki nalewam wody z cytryną i pomarańczą.

    Od dziada pradziada

    Cała rodzina Elżbiety jest z Kurpi – od pradziadów, tylko wioski się zmieniały. Z dzieciństwa pamięta najpierw wspomniany już drożdżak na święta i wędzonkę, bo na co dzień tego nie było. Nie tak jak teraz, gdy wszystko jest w sklepie. I napój robiony z podpiwka, który każda matka przyrządzała w domu, żeby dzieci miały co pić.

    Dla dorosłych piwo kozicowe.

    – To takie robione z ziarna jałowcowego – wyjaśnia Elżbieta. – Trochę fermentuje, trochę gazuje – to jest tylko nasze. Teraz panie jeszcze to robią, sprzedają w butelkach na imprezach. Jak nie spróbujesz piwa kozicowego na Kurpiach, to co ty właściwie na Kurpiach byłaś.

    Ojciec grał na harmonii pedałowej. Jak był młody, grywał na weselach i wiejskich muzykach. Moja rozmówczyni ma sentyment do tego instrumentu.

    Zagroda pani Elżbiety. (fot. Julia Castro Cabrera / Zero.pl)

    Krosna u babci

    Co robiło się dawniej na Kurpiach? Zimą kobiety tkały chodniki na krosnach. Nie dla ozdoby, a po to, żeby zarobić i mieć z czego żyć. Babcia Elżbiety też.

    – Pamiętam, jak próbowałam się wtrącić, dotknąć wełny, a ta wyganiała mnie, krzycząc: „Uciekaj, ciorciuku, bo mi popląces”.

    To zdanie zostało jej w głowie najmocniej. Dość dobrze pokazuje, jak wtedy wyglądała rzeczywistość, za którą nie zawsze stały pieniądze. Kult pracy to coś, co dziecko mogło podpatrywać od starszych. Stać obok. Patrzeć, ale nie dotykać, bo się poplącze.

    – Kiedyś to wszyscy tylko na gospodarce siedzieli, nawet i osiem osób. Nie było innej możliwości zarabiania. Potem, po wejściu Polski do Unii Europejskiej, trochę się to wszystko pootwierało.

    Wieś Ksebki, po drodze do pani Elżbiety. (fot. Julia Castro Cabrera / Zero.pl)

    Elżbieta krosna nigdy nie przejęła.

    [

    „Polska od środka”, czyli pojadę na koniec kraju i porozmawiam z kimś ciekawym. Bo czemu nie?](/news/polska-od-srodka-wakacyjny-cykl-zero-pl-o-ludziach-tradycji-i-najciekawszych-regionach-kraju)

    [

    Tutaj nikt nie jest do końca stąd. W tej części Polski to normalne](/news/polska-od-srodka-gorajec-i-folkowisko-miejsce-gdzie-w-ciagu-jednego-zycia-mozna-bylo-mieszkac-w-czterech-panstwach)

    [

    46 miesięcy strachu. Życie w oblężonym Sarajewie](/news/rocznica-oblezenia-sarajewa-co-mowia-swiadkowie-historii)

    Wstyd

    Tradycja kurpiowska przez długie lata kojarzyła się z biedą. Trochę o niej zapomniano, choć nigdy nie wyginęła. Przełom lat 80. i 90., komunizm się kończy, ludzie dostają dostęp do innych rzeczy. Krosna i lokalne zwyczaje przypominają o trudnych finansowo czasach.

    Kobiety same niszczyły swoje wełniane spódnice albo przerabiały je na szmatki. Te same, które teraz każdy by chciał mieć. Elżbieta ma taką jedną – 120-letnią, po praprababci. To rzadkość, bo większość po prostu się tych strojów pozbyła.

    – Moja babcia pieczołowicie przechowywała te ubrania. Dzięki Bogu! – uśmiecha się kobieta.

    Punkt zwrotny? Unia Europejska, a konkretnie pieniądze. Nie żaden zryw patriotyczny ani moda na „bycie lokalnym”.

    Polacy zaczęli dostrzegać swoją tożsamość regionalną.

    – A Unia – w ramach swoich programów – dała możliwości dofinansowania na dziedzictwo kulturowe i znów zagospodarowaliśmy to poletko. Nawet stroje ludowe kupowane były z unijnych pieniędzy. Zagrody edukacyjne również powstały z programów UE. Chociaż jak powstawała moja – dodaje Elżbieta ze śmiechem – to z tych pieniędzy nic nie dostałam.

    Ksebki i zagroda Elżbiety Cieloszczyk na mapie Polski. (fot. Zero.pl)

    Stokrotki, róże, słoneczniki

    Elżbieta nie zawsze była zaangażowana w rękodzieło. Dziś na jej podwórku stoi stodoła, w której możemy zobaczyć multum przepięknych dzieł – małe i duże kwiatki z krepiny: róże, słoneczniki, żonkile, irysy, stokrotki…

    – Niektóre kręciłam długie godziny – mówi skromnie, odpowiadając na serię moich zachwytów.

    Rękodzieło autorstwa Elżbiety Cieloszczyk. (fot. Julia Castro Cabrera / Zero.pl)

    Ale to nie wszystko. Kobieta tworzy też figurki, pająki ludowe, wycinanki, a także palmy. To właśnie od nich i legendarnego konkursu na palmę kurpiowską wszystko się zaczęło.

    Wycinanka. (fot. Julia Castro Cabrera / Zero.pl)

    Szkoła, do której chodziły dzieci Elżbiety, brała w nim udział. Kobieta zobaczyła jedną taką – w połowie skończoną – palmę i przepadła. Dosłownie. To było w 2003 r.

    – To było tak jakby... nie wiem. Taki błysk, miłość od pierwszego wejrzenia. Po prostu mi się spodobało. Stwierdziłam: matko, muszę się tego nauczyć. Poszłam do sklepu, kupiłam sobie dwie bibuły, bo kiedyś nie było krepiny, i zaczęłam tworzyć. Bibuł naniszczyłam bardzo dużo.

    Fani z Meksyku

    W miarę zgłębiania świata rękodzieła Elżbieta odkrywa coraz to więcej jego zasad. W pewnym momencie zaczyna nagrywać filmiki, by ludzie przestali mylić podstawowe pojęcia.

    – Irytowało mnie, gdy ktoś nazywał krepinę tradycyjną. Tradycyjna palma kurpiowska to żywa zieleń i bibuła. Krepina przyszła może z piętnaście lat temu, jest wygodniejsza, trwalsza, ale to dodatek, nie tradycja.

    I tak powstała facebookowa grupa „Kręcimy na patyku razem”. Grupa zakręconych rękodzielników obecnie ma 38 tys. członków, a profil z pracami pani Eli ,,Na patyku zakręcone'’ – 37 tys. obserwujących.

    Wycinanki kurpiowskie pod okiem pani Elżbiety. (fot. Julia Castro Cabrera / Zero.pl)

    Konta w mediach społecznościowych założyła Elżbiecie koleżanka. Ona szybko zauważyła coś, w co Elżbieta długo nie wierzyła – że to, co powstaje z bibuły przy stole w Ksebkach, jest czymś wartym pokazania całemu światu.

    – Robiłam to, bo robiłam, ale nie uważałam tego za coś wspaniałego, fantastycznego. Mówiłam: e tam, kartka z bibuły. Ludzie robią fajniejsze rzeczy.

    Zaczęło się jednak szaleństwo. Odbiorcy chcieli zamawiać kwiaty, pisali wiadomości z prośbami o możliwość nauki. Malutka zagroda na Kurpiach stała się też znana na skalę światową.

    Drugi kraj po Polsce, z którego Elżbieta ma najwięcej obserwujących? Meksyk.

    – Bardzo dużo osób robi tam kwiaty. Bibuła ich fascynuje. Cały proces nakręcam telefonem. Czasami wstawiam kwiatki, czasem porady. Jestem uzależniona od kręcenia bibuły, codziennie muszę coś zrobić – wybucha już po raz kolejny serdecznym śmiechem.

    Rękodzieło autorstwa pani Elżbiety. (fot. Julia Castro Cabrera / Zero.pl)

    Nie zawsze szczęśliwie

    Za moją rozmówczynią, na parapecie, stoi kurpiowska para lalek – on i ona. Przepiękne stroje zdobią kilkudziesięciocentymetrowe ciałka. Naturalne jest więc pytanie o małżeństwa.

    A te na Kurpiach – przynajmniej dawniej – niewiele miały wspólnego z miłością.

    – Kiedyś to nawet jak pary się wiązały i małżeństwa były, to po prostu zawierano je w okolicy. Nawet z tej samej wioski, nawet po sąsiedzku.

    Jej praprababcia wyszła za mąż, bo dwie rodziny miały sąsiadujące kawałki ziemi. Syn z jednej strony, córka z drugiej.

    – No to co? To zeswatają ich i będą mieli kawałek ziemi, będą mieli co robić. Takie to było małżeństwo. Kiedyś tak się robiło. Tak im nakazano. Pani młoda nie miała nic do gadania. I to były bardzo często nieszczęśliwe związki. Żyli, bo tak nimi pokierowano.

    Korale z bursztynu, kolejna ważna kwestia przy ożenku. Im więcej sznurów ma na sobie panna, tym zamożniejsza rodzina i lepszy kandydat wybrany na męża. To coś jak waluta.

    – Bursztyn to kurpiowskie złoto.

    Elżbieta swój sznur dostała nie jako część posagu, ale już od męża, na prezent.

    Wesel w tradycyjnej formie praktycznie już nie ma – może jakaś dziewczyna od czasu do czasu takiego chce, ale to rzadkość. Co innego chrzciny. Elżbieta Cieloszczyk była już na kilku, na których rodzice pojawili się w kościele w strojach kurpiowskich, niosąc dziecko przyodziane w miniaturowy strój tego samego kroju.

    – To moda ostatnich lat. Ludzie około trzydziestki. Może nawet tradycja jest teraz tworzona? – dodaje po chwili namysłu.

    Elżbieta prowadzi warsztaty dla osób w różnym wieku, również dla dzieci. Zmiany pokoleniowe, ale też większą ciekawość i szacunek do tradycji, widzi coraz wyraźniej.

    – Są maluchy, które słuchają jak zaczarowane. Dopytują, jak jest to zrobione i tworzą te kwiatki z taką pasją. W niektórych na pewno to zostanie.

    Tak jak zostało w niej. Nie krosna babci – tamta nić się zerwała – ale sama potrzeba robienia czegoś rękami, przekazania tej wiedzy inną drogą niż ktokolwiek mógł przewidzieć: przez konkurs palm i bibułę ze sklepu.

    Szczera radość

    Dojadam trzeci już kawałek drożdżaka. Nieśmiało pytam Elżbiety, czy mogłaby nauczyć mnie kręcić kwiatki. Coś prostego, bo nie mam zbyt wielkiego talentu.

    W jej oczach pojawia się błysk. – Oczywiście, już idę po krepinę. Zrobimy stokrotki i potem różyczki. To jest naprawdę proste.

    Efekty warsztatów z panią Elżbietą. (fot. Julia Castro Cabrera / Zero.pl)

    Finalny efekt przerasta moje oczekiwania.

    Warsztaty tworzenia rękodzieła. (fot. Julia Castro Cabrera / Zero.pl)

    Do domu wracam nie tylko zachwycona rękodziełem Elżbiety, ale też – dzięki jej wskazówkom – z dwoma dowodami na to, że nawet najbardziej oporna na plastyce w szkole osoba jest w stanie zakręcić kwiatki. I to ze szczerą radością.

    Artykuł sponsorowanyAD
    PKO BPBlisko Ciebie, blisko Twoich spraw

    Co o tym sądzisz?