
Kasjan Owsianko — Koalicja Obywatelska na rok przed startem kampanii wyborczej złapała największą zadyszkę od dawna. Tymi, którzy mogą na niej skorzystać, budując siebie, są ich rządowi partnerzy – z Nową Lewicą na czele. W dowodzonym przez Włodzimierza Czarzastego ugrupowaniu słyszymy zapewnienia
Dawid Kacprzyk, 27-letni lekarz-milioner, wywodzi się z Koalicji Obywatelskiej. Szpital Południowy, w którym pracował, a wokół którego raz za razem wybuchają kolejne afery, jest pod nadzorem rządzących od dwóch dekad w Warszawie polityków Koalicji Obywatelskiej. Ministerstwo Zdrowia, na którym ciążą problemy w ochronie zdrowia – zarówno ten dotyczący Szpitala Południowego, jak i wszystkie inne – jest zarządzany przez Koalicję Obywatelską. W końcu: na czele rządu, który powinien uporać się z aferą, stoi Donald Tusk, uosobienie Koalicji Obywatelskiej.
Temu wszystkiemu przyglądają się Nowa Lewica, Centrum, Polska 2050 i PSL. I choć wszystkie te partie są otwarcie oburzone, to oburzeniem następnych wyborów nie wygrają.
[

Pfizer blokuje pieniądze dla Polski. Zamrożono ponad 80 proc. przychodów PAŻP](/news/polska-kontra-pfizer-ponad-80-proc-przychodow-dla-pazp-zablokowane)
[

Ujawniamy: Finansowa katastrofa w Instytucie Pileckiego w USA. Milionowe straty, śledztwo CBA i prokuratury](/news/instytut-pileckiego-mial-pokazac-historie-polski-amerykanom-pokazal-finansowa-katastrofe)
[

Trzaskowski „wycina” polityków z miejskich spółek. W innych miastach na razie się na nim nie wzorują](/news/trzaskowski-usuwa-politykow-z-miejskich-spolek-w-warszawie)
Sytuacja całej tej czwórki nie jest identyczna. Wystarczy spojrzeć na sondaże, żeby się w tym upewnić:
PSL, Polska 2050 czy Centrum nie mają szans na samodzielne przebicie progu wyborczego. Trudno mogłoby im być nawet, startując jakimś cudem wspólnie – i to przy założeniu, że wybraliby walkę pod sztandarem jednego ugrupowania, żeby mierzyć się z pięcio- a nie ośmioprocentowym progiem. Pozostaje im jedynie start z list Koalicji Obywatelskiej, jeśli ta zgodzi się całą trójkę przyjąć.
Inaczej rysuje się przyszłość Nowej Lewicy. Ta nie dość, że ma szanse na spokojne samodzielne przebicie progu wyborczego, to jeszcze może to zrobić z dość dobrym wynikiem. Tyle że musiałaby zacząć myśleć o tym już teraz.
Do ostatnich wyborów partia szła wspólnie z Razem. Na jednej scenie występowali ramię w ramię Włodzimierz Czarzasty, Anna Maria Żukowska, Magdalena Biejat, Adrian Zandberg, Joanna Scheuring-Wielgus i Robert Biedroń. Przyświecało im dźwięczne hasło: „Serce mam po lewej”. Tyle że po wyborach to serce pękło na pół.
Tym, co podzieliło dwie lewicowe partie, było podejście do kształtowania polityki. O ile Nowa Lewica chciała wejść do rządu i zrealizować chociaż ułamek swoich postulatów, o tyle Razem wolało nie legitymować gabinetu Tuska – co do czego też nie było w ugrupowaniu pełnej zgodności, przez co aż pięć parlamentarzystek postanowiło je opuścić na rzecz najbliższego konkurenta.
Spór o to, które podejście było słuszne, trwa do dzisiaj i jest w zasadzie jedyną stanowczą linią podziału, nie licząc osobistych animozji. I mam wrażenie, że interesuje on jedynie samych członków obu partii i ich najzagorzalszych zwolenników. Zwykłym wyborcom zależy wyłącznie na tym, żeby ich postulaty zostały zrealizowane.
Na pytanie, kto te postulaty realizuje bardziej – współtworząca rząd lecz musząca iść na ustępstwa w niemal wszystkim Nowa Lewica czy niemające kagańca ani realnego wpływu opozycyjne Razem – będą musieli sobie odpowiedzieć wyborcy. Bo przecież spójrzmy na to obiektywnie: obie strony mają rację.
Gdyby Nowa Lewica nie weszła do rządu, nie byłoby renty wdowiej, kwestie związków pozamałżeńskich nadal stałyby w miejscu, definicja zgwałcenia pamiętałaby zeszły wiek, a umowy śmieciowe udawałyby, że nie są problemem dotykającym setek tysięcy osób.
Gdyby zaś Razem weszło do rządu, musiałoby się podpisać pod nieakceptowalnym z ich perspektywy budżetem, strategią migracyjną czy obniżeniem składki zdrowotnej dla przedsiębiorców. No i nie mogłoby mówić wprost, co im nie pasuje.
Jest jednak jedna główna różnica – Razem nie może wejść do rządu i pokazać sprawczości, Nowa Lewica za to może z niego wyjść i powiedzieć: – Zrobiliśmy, co tylko byliśmy w stanie, ale nie możemy już dalej godzić się na działania Koalicji Obywatelskiej, jej butę, nadużywanie władzy i napędzanie spirali nienawiści.
Nie ma lepszego momentu na taki ruch niż teraz.
Po pierwsze, w związku z ostatnimi aferami Koalicja Obywatelska złapała największą zadyszkę od dawna, która zbyt szybko się nie skończy, a która nie obciąża żadnej innej z rządzących partii, o ile te nie zaczną ugrupowania Donalda Tuska bronić. No a przecież w obliczu takiej afery nikt nie będzie zdziwiony decyzją o wyjściu z rządu.
Po drugie, poparcie Nowej Lewicy trzyma się stałego poziomu, który – o ile nie wybuchnie żadna mocniejsza od aktualnej afera z udziałem jej polityków – nie powinien znacznie spaść do kolejnych wyborów, przez co o obawie o nieprzekroczenie progu można zapomnieć.
Po trzecie, do startu kampanii wyborczej został rok, a to wystarczająco długo, żeby zbudować wizerunek konstruktywnej opozycji, a zarazem wystarczająco krótko, żeby ludzie zapomnieli o dokonaniach w rządzie.
[

Ostatnie dni chłodu. Wkrótce rozpocznie się pierwsza fala upałów](/news/prognoza-pogody-wroci-fala-upalow-temperatura-przekroczy-30-st-c)
[

Zamieszki we Lwowie po zatrzymaniu poborowego](/news/lwow-tlum-zaatakowal-pojazd-wojskowy-po-zatrzymaniu-poborowego-prokuratura-wszczyna-sledztwa)
[

Prezydent powołał prezesa Sądu Najwyższego. Pokieruje kwestionowaną izbą](/news/izba-odpowiedzialnosci-zawodowej-sadu-najwyzszego-ma-nowa-prezes-prezydent-podjal-decyzje)
Ostatni punkt niesie za sobą jeszcze jedno – ewentualną podkładkę pod kolejną koalicję z Razem, do której niewykluczone, że będzie prędzej czy później musiało dojść. Spójrzmy jeszcze raz na sondaże.
Trzy sondaże, trzy pracownie, trzykrotnie Razem poniżej progu wyborczego. Oczywiście – kampania może wiele zmienić, ale czy aż tak wiele, że Aleksandra Owca i Adrian Zandberg postanowią zaryzykować samodzielny start? Tylko, z drugiej strony, jak mieliby jako opozycja startować z kimś, kto współrządzi?
Inaczej by było, gdyby Nowa Lewica wyszła z rządu. A gdyby pojawiło się miejsce na zwrot w kierunku Razem i przyznanie, że mylili się w osądzie Donalda Tuska, ale chcieli chociaż spróbować coś zmienić – i im się udało – to już w ogóle byłoby super. Tyle że to się oczywiście nie stanie.
Wyjście z rządu dałoby Nowej Lewicy kilka dodatkowych głosów, od których zależeć może układ sił w przyszłym parlamencie. Gdyby do wyborów poszła wspólnie z Razem, to w koalicji partie mogłyby zbliżyć się nawet do 15 proc. i ok. 70 miejsc w Sejmie – w końcu stosowana w Polsce do podziału mandatów poselskich metoda D’Hondta premiuje większych.
Równocześnie jednak odebrałoby jej aktualną wygodę – bezpiecznego, lewego skrzydła koalicji rządzącej, na którym nie spoczywa pełna odpowiedzialność, z którym Donald Tusk musi się odrobinę liczyć, a którego i tak nie da się realnie ocenić. Jak to określił poseł Koalicji Obywatelskiej Artur Łącki, zanim partia zabroniła mu mówić: „Nasza kanapowa, liberalna, kapitalistyczna Lewica”.
Niech więc nikogo nie zwiodą słowa, że Nowa Lewica wyjdzie z rządu, jeśli na czele Ministerstwa Sprawiedliwości stanie Roman Giertych lub jeśli ministra zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda nie zrealizuje założeń swojej wielkiej reformy. Nie wyjdzie. Choć ma na to najlepszy moment od dawna.