
Kasjan Owsianko — Choć łaska premiera na pstrym, sondażowym koniu jeździ, tym razem się udało – Jolanta Sobierańska-Grenda nie pożegnała się ze stanowiskiem ministry zdrowia. Pożegnać się za to z łapaniem piratów na dwa tygodnie będą musieli oddelegowani do papierkowej roboty funkcjonariusze Główn
Praca w korpo nie jest łatwa. Z jednej strony mobbingujące szefostwo i problemy ze współpracownikami, z drugiej zaś ciągła presja wyników i deadliny. Niemniej, jak się okazuje, ostatnia z wymienionych wad potrafi czynić cuda – np. pokazać, że z polską ochroną zdrowia nie jest aż tak źle. Bo przecież gdybyśmy faktycznie mieli się czym martwić, to stworzenie dla niej programu naprawczego trwałoby nieco dłużej niż odrobinę przedłużony weekend, prawda?
Od piątkowego popołudnia do godz. 13 w środę. 121 godzin. Tyle dokładnie – lub raczej dokładnie, jeśli mnie matematyka zmyliła, trwało ultimatum postawione przez premiera Donalda Tuska ministrze zdrowia Jolancie Sobierańskiej-Grendzie.
– Jeśli nie otrzymam satysfakcjonujących rekomendacji, precyzyjnych, to podejmę odpowiednie decyzje, także personalne – przestrzegał szef rządu pod koniec ubiegłego tygodnia. Skoro personalnych decyzji ani widu, ani słychu, wniosek jest tylko jeden: lider Koalicji Obywatelskiej został usatysfakcjonowany.
Co więc tak usatysfakcjonowało premiera? Propozycji resortu zdrowia jest kilka – m.in. ograniczenie do 240 zł/h brutto maksymalnych poziomów wynagrodzeń lekarzy (zarówno w postaci zachęty dla placówek się ich trzymających, jak i konsekwencji dla tych przekraczających), jawność konkursów, weryfikacja konkursów oraz systemy e-rejestracji i e-kolejki.
Może i większość z tych propozycji słyszeliśmy już wcześniej, ale trzeba przyznać: zwłaszcza w kwestii ograniczeń wynagrodzeń mają rozmach. Wystarczy zapytać Naczelną Izbę Lekarską, żeby odczuć, jak znaczny ten rozmach jest.
Niezależnie od tego, czy te propozycje satysfakcjonują kogoś więcej niż Donalda Tuska, cieszę się, że Jolanta Sobierańska-Grenda została na stanowisku. Może i nie spełnia wszystkich oczekiwań, może i nie spełnia nawet znacznej części z nich, a te, które spełnia, i tak nie zdążą się ziścić do następnych wyborów, może ochrona zdrowia się wali, ale chociaż nie musimy się martwić o to, kto przyjdzie na jej miejsce.
Z tymi ministrami zdrowia to w ogóle nigdy nie jest prosta sprawa. Weźmy takiego Adama Niedzielskiego, który najpierw zdecydował się na zakontraktowanie ogromnej liczby szczepionek przeciw COVID-19 od firmy Pfizer – co jeszcze można wytłumaczyć troską o zdrowie Polaków podczas walki z wówczas nadal nieprzewidywalną pandemią – a potem zdecydował się ten kontrakt zerwać, argumentując to stanem wyższej konieczności wynikającym z rosyjskiej napaści na Ukrainę – co wytłumaczyć jest już znacznie trudniej.
[

Rocznica rzezi wołyńskiej. Zełenski: potrzebne chrześcijańskie upamiętnienie ofiar](/news/rocznica-rzezi-wolynskiej-zelenski-potrzebne-chrzescijanskie-upamietnienie-ofiar)
[

Kryzys paliwowy w Rosji. Nauczyciele i urzędnicy pilnują porządku na stacjach](/news/rosja-nauczyciele-i-urzednicy-kierowani-na-stacje-paliw-z-powodu-kryzysu)
[

Chaotyczny bieg z bykami w Pampelunie. Kilkanaście osób trafiło do szpitala](/news/hiszpania-mezczyzna-raniony-podczas-biegu-z-bykami-w-pampelunie)
Nie ma co się dziwić, że argument ten nie przekonał ani Pfizera, ani belgijskiego sądu, który nieprawomocnie orzekł, że Polska ze względu na nieodebrane szczepionki winna jest farmaceutycznemu gigantowi ok. 5,6 mld zł.
Belgowie nie zamierzali jednak czekać, aż wyrok się uprawomocni, i już zamrozili pochodzące z opłat trasowych wierzytelności odpowiedzialnej za bezpieczeństwo na krajowym niebie Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej należne jej ze strony Europejskiej Organizacji ds. Bezpieczeństwa Żeglugi Powietrznej.
Teraz o to, skąd wziąć finansowanie dla PAŻP – i to niemałe, bo środki z EUROCONTROL stanowią ponad 80 proc. przychodów agencji – martwić się musi minister infrastruktury Dariusz Klimczak. I to nie jest jego jedyne zmartwienie w tym tygodniu, choć to drugie jest nieco zabawniejsze.
Jak ujawnili w piątek dziennikarze Zero.pl – dla odmiany Patryk Słowik, tym razem w duecie z Pawłem Figurskim – na blisko dwa tygodnie z dróg znikną łapiące na co dzień kierowców o ciężkiej stopie nieoznakowane pojazdy Głównego Inspektoratu Transportu Drogowego. Tak nakazał im zastępca głównego inspektora Marek Konkolewski. Powód? W ostatnich miesiącach GITD, które odpowiada przede wszystkim za fotoradary i odcinkowe pomiary prędkości, wystawiło tyle mandatów, że nie jest w stanie obrobić się z ich wysyłką, więc z obawy o przedawnienie musi ściągnąć wszystkich do biura, aby wysyłkę tę nadrobili.
Aż dziw bierze, że inspektorat nie postanowił tego problemu rozwiązać w inny sposób. O ile fajniej byłoby, gdyby np. urządził letnie losowanie mandatów, dla ironii losując pechowców, którzy musieliby zapłacić. Albo mógłby, jak starzy, dobrzy wykładowcy uniwersyteccy, podzielić wszystkie mandaty na kupki i wybrać bez żadnego kryterium kupki, które mają szczęście i nie płacą.
Oczywiście, pewnie mógłby też zatrudnić kilka dodatkowych osób, ale wtedy nie mielibyśmy się z czego śmiać, a czasem trzeba – to dobrze robi relacjom, nawet tym najchłodniejszym.
Takie wspólnie „śmianie się” na pewno dobrze zrobiłoby prezydentowi Karolowi Nawrockiemu oraz wicepremierom Władysławowi Kosiniakowi-Kamyszowi i Radosławowi Sikorskiemu, którzy mieli tę nieprzyjemność razem lecieć na szczyt NATO w Ankarze. Wieść gminna niesie, że na pokładzie atmosfera była tak gęsta, że można było ją ciąć nożem – a przecież nie trzeba być fizycznym omnibusem, żeby wiedzieć, że na wysokości lotu powinno być wręcz przeciwnie.
Tym, co wprowadziło tak nieprzyjemny nastrój na pokład samolotu, miały być słowa prezydenckiego ministra Marcina Przydacza, który tuż przed lotem w rozmowie z mediami zarzucił ministrowi obrony narodowej, że ten zachowuje się jak tchórz, nie chcąc się przyznać do wydania zgody na przekazanie Ukrainie rakiet Patriot. Cóż, o ile dobrze pamiętam, to jeszcze nie tak dawno wspieranie w obliczu wojny sojusznika – nawet tego najtrudniejszego – było gestem odwagi, którym oba rządzące od wybuchu rosyjskiej agresji obozy chwaliły się na lewo i prawo, ale być może coś się zmieniło.
Czytaj też: „Powyżej oczekiwań”. Kosiniak-Kamysz i Sikorski podsumowali szczyt w Ankarze
Coś musiało się zmienić także w Ankarze, skoro Karol Nawrocki, pytany po powrocie o współpracę z Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem, choć podkreślił, że napięcia „były, być może są i będą”, to dodał: – Nasza współpraca była, powiedziałbym, modelowa.
Nic nie robi tak dobrze, jak wspólny wypad z kumplami do Turcji.
Chociaż kwestię pracy w upały udało się rozwiązać. Zawsze mogło być gorzej.