„Zdychaj, chłopie!”. Największy kryzys na wsi od 30 lat. Dlaczego rolnik bankrutuje, choć żywność drożeje?

    „Zdychaj, chłopie!”. Największy kryzys na wsi od 30 lat. Dlaczego rolnik bankrutuje, choć żywność drożeje?

    825 odsłon
    „Zdychaj, chłopie!”. Największy kryzys na wsi od 30 lat. Dlaczego rolnik bankrutuje, choć żywność drożeje?

    Grzegorz Sroczyński — Sytuacja rolników jest najgorsza od 30 lat, a nastroje jak w latach 90., kiedy Lepper prowadził marsze gwiaździste na Warszawę. Tyle że ludzi w mieście to nie interesuje. Skoro mogą mieć ziemniaki, cebulę i czosnek z Egiptu, a pomidory, paprykę i maliny z Maroka, to po co w ogóle

    Sytuacja rolników jest najgorsza od 30 lat, a nastroje jak w latach 90., kiedy Lepper prowadził marsze gwiaździste na Warszawę. Tyle że ludzi w mieście to nie interesuje. Skoro mogą mieć ziemniaki, cebulę i czosnek z Egiptu, a pomidory, paprykę i maliny z Maroka, to po co w ogóle to krajowe rolnictwo? – z Aleksandrą Bilewicz z Instytutu Rozwoju Wsi i Rolnictwa PAN rozmawia Grzegorz Sroczyński.

    rolnicy-listing

    (fot. Inne)

    Grzegorz Sroczyński, Zero.pl: Co się dzieje na wsi?

    Aleksandra Bilewicz, Instytut Rozwoju Wsi i Rolnictwa PAN: Trwa kryzys w rolnictwie. Największy od czasów transformacji. Dzieje się to poza głównym obiegiem medialnym, my w mieście o tym w ogóle nie wiemy. Punktem zwrotnym był wybuch wojny w Ukrainie w lutym 2022 r. Prowadziłam badania wśród rolników – we wsiach na pograniczu Mazowsza i na Podkarpaciu. Oni niemal od razu przeczuwali, że przez wojnę będą bankrutować.

    I bankrutują?

    Tak. Naukowcy ze Szkoły Głównej Handlowej mierzą koniunkturę w rolnictwie na próbie 2 400 gospodarstw – wskaźnik jest na najniższym poziomie od 30 lat. Nastroje są takie jak w latach 90., kiedy Lepper organizował marsze gwiaździste na Warszawę. Z innego badania – kondycji finansowej polskich rolników – wynika, że co trzeci ma problem z płynnością finansową. Od 2010 do 2020 r. – czyli między dwoma spisami rolnymi – ubyło 13 proc. gospodarstw. Dużo. Nie mam nowych danych, ale jestem pewna, że teraz ten proces przyspieszył.

    Umiesz opisać mieszczuchowi mechanizm tego kryzysu?

    To są nożyce cenowe. Wybuchła wojna, zaczęły skakać ceny nawozów, oszalały ceny gazu, od których zależy produkcja nawozów azotowych. Nawozy są dużym wydatkiem w gospodarstwie, w przypadku produkcji roślinnej to nawet połowa kosztów. A jednocześnie nastąpił spadek cen płodów rolnych, rolnicy muszą się godzić na coraz niższe stawki. Zjawisko rozwierania się nożyc cenowych – czyli dysproporcja między cenami skupu a kosztami produkcji – znane jest w rolnictwie przynajmniej od czasu wielkiego kryzysu sprzed stu lat. To powraca co pewien czas, teraz w Polsce przybrało skalę naprawdę ogromną. Do tego dochodzi drugi czynnik, jakim jest utrzymująca się od kilku lat susza.

    Protesty rolnicze wybuchły na początku 2024 r., teoretycznie dotyczyły Zielonego Ładu i importu ukraińskich produktów, ale były symptomem szerszego kryzysu polskiej wsi. Poczytasz o tym w prasie rolniczej, natomiast z mainstreamowych mediów ewentualnie się dowiesz, że znowu był najazd rolników na Warszawę i jakieś swoje partykularne interesy wyrażali, z którymi nie mamy nic wspólnego.

    Czytaj również: Jak Bruksela pasie alt-prawicę. „Braun się modli o zakaz kotłów gazowych”

    Ale czegoś nie rozumiem. Przecież żywność od wybuchu wojny na pełną skalę w 2022 r. cały czas drożała. I to rekordowo. Rolnicy nie zobaczyli tych wyższych cen?

    Dla nas w mieście żywność drożała, a jednocześnie zarobki rolników spadały. W lutym 2023 – czyli rok od wybuchu wojny – inflacja cen żywności skoczyła do 24 proc., tymczasem ceny skupu podstawowych produktów rolnych w tym samym roku spadły – uważaj – o 20 proc. Ta magiczna sztuka jest możliwa między innymi dzięki temu, że duża część rynku żywności w Polsce to kilka największych sieci handlowych i holdingów przetwórczych. W innych krajach Unii też często występuje silna koncentracja, ale naszą specyfiką jest dominacja dyskontów. One szczególnie agresywnie naciskają na rolników, mają własne marki, dostawca żywności jest całkowicie anonimowy i wymienny. Sieci wykorzystują swoją przewagę kontraktową w celu maksymalizacji marży kosztem rolników. Po wybuchu wojny to zjawisko się nasiliło.

    [

    „Ten kraj nie ma mózgu”. Jak Polska marnuje KPO](/news/na-co-poszly-miliardy-z-kpo-rozsmarowalismy-je-jak-maslo-po-chlebie)

    [

    Polacy mają dość. Te decyzje rządu wywołały prawdziwą furię w sieci](/news/sondaze-i-decyzje-rzadu-donalda-tuska-dlaczego-polacy-sa-coraz-bardziej-wsciekli)

    [

    Jak Bruksela pasie alt-prawicę. "Braun się modli o zakaz kotłów gazowych"](/news/jak-bruksela-upasla-brauna-on-sie-modli-o-ets2-i-zakaz-kotlow-gazowych)

    Dlaczego?

    Mechanizm jest niezmienny od czasów wielkiego kryzysu w Stanach i powieści „Grona gniewu”: kiedy wielu rolników jest na krawędzi opłacalności produkcji, łatwiej ich docisnąć i zaszantażować. Kiedy kupujesz produkt oznaczony jako polski, to rolnik dostaje najczęściej około jedną dziesiątą tej ceny. Z danych Wielkopolskiej Izby Rolniczej wynika, że z każdej złotówki wydanej na żywność rolnik otrzymuje średnio 12 gr. Reszta trafia do przetwórców, firm transportowych, sieci handlowych. Ceny skupu są tragiczne, spadają, w grudniu 2025 r. znowu spadły o 10 proc., a ceny żywności przecież rosły. Formy drenowania rolników są bardzo pomysłowe. Przez pewien czas sieci masowo stosowały tzw. rabaty wsteczne: wtedy rolnik nawet nie wie, po jakiej cenie sprzedaje.

    Jak to nie wie?

    Niby umawia się na jakąś cenę, ale potem słyszy: „Mieliśmy urodziny naszej sieci i z tej okazji pańskie ogórki sprzedaliśmy w promocji i nie zapłacimy panu całej kwoty”. Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów zabronił tego, ale państwo nie nadąża za pomysłowością prawników, których wynajmują koncerny spożywcze.

    Czyli dzisiaj rolnicy dopłacają do tego, co produkują?

    Cena ziemniaków w skupie to jakieś 20 gr za kilogram. Kwota poniżej kosztów produkcji. Do tego dochodzi też presja ze strony żywności z importu. Zostańmy przy przykładzie ziemniaków, bo to flagowy polski produkt, ale i tak tonami sprowadzany jest z zagranicy. 60 proc. tego importu ziemniaków idzie z Niemiec. Przecież trzeba te ziemniaki przywieźć, a na miejscu mamy mnóstwo tanich ziemniaków od polskiego rolnika. Jaki to ma sens? Otóż taki, że nawet jeśli sieci dopłacą do ściągniętych z zagranicy pomidorów, ziemniaków czy ogórków, to dzięki temu docisną lokalnych producentów. „Nie chcecie podpisać umowy na niższą cenę? To ściągniemy wszystko z Holandii, nie jesteście nam niezbędni, tania żywność jest wszędzie”.

    Czytaj również: Ujawniamy, jak pracował 28-letni lekarz milioner. Telewizja i polityka zamiast leczenia

    Żywność importowana jako straszak?

    Polscy rolnicy są słabo zorganizowani, więc łatwiej ich robić w bambuko niż niemieckich. Rzadko łączą się w grupy producenckie, nie mają silnej reprezentacji, żeby w tych negocjacjach z sieciami tupnąć nogą: „A to sprowadzajcie wszystkie ziemniaki z Niemiec i pomidory z Holandii, proszę bardzo, od dziś żaden polski rolnik nic wam nie sprzeda, zobaczymy, kto szybciej wymięknie”.

    I wielkie sieci by wymiękły?

    No oczywiście. Nie ściągną wszystkiego z zagranicy, bez polskich rolników by padły.

    Importowana żywność przyzwyczaja też konsumenta, że o każdej porze roku może kupić wszystko, co sprawia, że lokalni producenci przestają być dla mieszkańców miast ważni. Skoro możesz mieć ziemniaki, cebulę i czosnek z Egiptu, a pomidory, paprykę i maliny z Maroka, w dodatku niemal przez cały rok, to po co w ogóle to krajowe rolnictwo? W Polsce miejska klasa średnia jest dość podatna na argumenty, że to nasze rolnictwo to dziadostwo, właściwie należałoby ze wsi zrobić skansen turystyczny, grajków ludowych w chałupach poustawiać, makatki zawiesić, a całą żywność ściągać z różnych kierunków. Do tego dochodzi mocny dyskurs antyrolniczy, że to grupa roszczeniowa, skoro gospodarstwa upadają, to takie jest prawo rynku, a w ogóle słabsze gospodarstwa powinny zniknąć, bo wtedy następuje konsolidacja ziemi, większe gospodarstwa będą bardziej wydajne i tak dalej.

    A tak nie jest?

    Nie. Po pierwsze nie mamy tu wolnego rynku. Nawet czysty neoliberał to przyzna: rynek przetwórstwa i skupu skonsolidowany w rękach kilku największych graczy to – fachowa nazwa – oligopson. Kartel kupujących. Rynek jest wtedy, kiedy jako rolnik możesz sprzedać towar do sieci hipermarketów albo w pięć innych miejsc. U nas w zasadzie nie możesz. Funkcjonuje jakiś margines spółdzielni czy mniejszych hurtowni, ale ceny dyktują ci wielcy.

    To dlaczego, gdy rolnicy przyjeżdżają protestować do Warszawy, raczej wznoszą hasła przeciwko Ukraińcom, a nie przeciwko dyktatowi sieci, dyskontów i przetwórców?

    Protestują też przeciwko dyskontom. Na tej kwestii wyrósł Michał Kołodziejczak i jego ruch, który potem się wypalił. Staram się być ostrożna w wypowiedziach na temat importu żywności z Ukrainy, bo uważam, że trzeba jak najmocniej wspierać ich walkę z rosyjskim najazdem, ale to oczywiste, że konkurencja z ukraińską żywnością wpływa na polskie rolnictwo. Kiedy zostały otwarte kanały importu zboża, nasz rynek zareagował bardzo silnie, ceny pszenicy spadły. Jednocześnie w głównych mediach eksperci powtarzali: nic się nie dzieje, przecież to zboże przejeżdża tranzytem, niemożliwe, żeby ceny spadały z tego powodu, jak ktoś twierdzi inaczej, to populista.

    Rolnicy się wściekali również dlatego, że czuli się kompletnie niewidziani. Bardzo bym chciała, żeby Ukraina weszła do Unii, ale nie możemy udawać, że to nic na wsi nie zmieni, a jeśli protestują, to zmanipulowała ich kremlowska propaganda. Na Ukrainie rolnictwo wygląda zupełnie inaczej niż w Polsce, połowa ziemi jest w rękach wielkich agroholdingów. Konkurencja nie będzie równa. Mamy tragiczne zapętlenie, bo strona liberalna w ogóle nie słucha rolników, uznaje ich żądania za przesadzone i wydumane, więc zagospodarowują ten gniew siły polityczne, które są antyukraińskie. Na protestach rolniczych w 2024 r. widać było hasła typu: „Putin, zrób porządek z Ukrainą”. Na wsi rośnie Grzegorz Braun, który jest jawnie antyukraiński, ma tam już 17 proc. poparcia. I widać tu korelacje z kryzysem w rolnictwie. Braun pojawia się na protestach rolniczych, nie pojawiają się na nich przedstawiciele tej drugiej strony.

    Drugiej strony? Czyli posłowie KO?

    Nie chodzi o polityków KO – zostaliby wygwizdani, albo i gorzej – chodzi o przedstawicieli społeczeństwa obywatelskiego czy organizacje, które by widziały problem w inny sposób. Ten liberalny mainstream w ogóle rolników nie słucha, no to słuchają ich inne siły polityczne.

    Mówiłam ci już, że główny wskaźnik koniunktury w rolnictwie jest najniższy od 30 lat, oni są duszeni od góry i od dołu. I co? Temat nie istnieje. A jeśli już istnieje, to zaraz wytaczana jest kanonada liberalnego myślenia. Byłam przedwczoraj na proteście środowiska naukowego pod hasłem „3 procent dla nauki”. I nikt nie twierdził, że to wyrażanie partykularnego interesu naukowców, którzy są roszczeniowi, czegóż to oni nie chcą. Kiedy w 2024 r. miało miejsce apogeum protestów rolniczych, to prof. Andrzej Rychard napisał, że to jest „interes klasowy skrywany pod interesem narodowym”. Oto rolnicy ubierają się w płaszcz interesu narodowego, twierdzą, że żywność jest sprawą całego społeczeństwa, a tak naprawdę jest to ich partykularna sprawa. Takiego zarzutu nie wysunięto wobec protestu naukowców, chociaż tak samo byłoby można.

    Uważasz, że rolnictwo to interes narodowy?

    Jak najbardziej. Można oczywiście myśleć – to na szczęście nie jest wciąż dominujące – że rolnictwo nam niepotrzebne. W „Obserwatorze Gospodarczym” przeczytałam tekst o polskiej wsi pod tytułem „Zaorać i posypać solą”, bo rolnictwo jest niewydajne, dopłacamy do niego, można polegać głównie na imporcie, po co produkować lokalną żywność. Tyle że po pandemii i wybuchu wojny w Ukrainie jesteśmy o jakąś wiedzę mądrzejsi, na przykład rozumiemy, że kanały importu mogą w każdym momencie zostać zerwane. Przypomina nam o tym niemal codziennie niepewna sytuacja geopolityczna – nawet jak zniknie problem blokady cieśniny Ormuz, to zaraz może być inny kłopot, który zaburzy łańcuchy dostaw. Nie można myśleć w przestarzały liberalny sposób, że międzynarodowy wolny handel to jakieś remedium. Trzeba budować sojusz rolników i konsumentów, którzy mają w gruncie rzeczy wspólne interesy.

    Które gospodarstwa są teraz w najtrudniejszym położeniu?

    Będziesz zdziwiony, bo mamy tu do czynienia z tzw. paradoksem modernizacji. W kłopoty wpadają często gospodarstwa najnowocześniejsze, nastawione na monokulturę. Przez lata mówiono rolnikom, że należy konsolidować ziemię, że małe gospodarstwa nie mają racji bytu, trzeba mieć co najmniej 50 hektarów i więcej, żeby się utrzymywać z rolnictwa. Okazało się, że część wyspecjalizowanych gospodarstw jest nieodporna na kryzysy.

    Dlaczego?

    Z powodu kolejnych odsłon geopolitycznej zawieruchy i wahań rynku. Najgorzej mają teraz ci, którzy skoncentrowali się na nowoczesnej produkcji zbożowej. Cena skupu jest bardzo niska. Mówiono im: „Masz 50 hektarów, weź w dzierżawę kolejne 50, zdecyduj się na jakiś rodzaj produkcji, wyspecjalizuj się, rolniku, i wtedy będzie dobrze”. Teraz nagle okazuje się, że ci, którzy się wyspecjalizowali – toną, a ci, którzy mają zdywersyfikowaną produkcję, radzą sobie lepiej. Nagle słychać zupełnie inną melodię niż kilkanaście lat temu: „Trzeba się specjalizować? Nie. Trzeba się dywersyfikować”.

    Z badań koniunktury SGH wynika, że te mniejsze gospodarstwa radzą sobie teraz lepiej. Wiem, że to, co mówię, jest totalnie w kontrze do głównej narracji, że rolnik powinien się utrzymywać tylko z rolnictwa. Małe gospodarstwa dywersyfikują również źródła dochodów, rolnictwo często nie jest jedynym sposobem zarobkowania. To było kiedyś źle oceniane, a tak naprawdę daje poduszkę bezpieczeństwa. Poza tym w tych małych gospodarstwach często łączy się produkcję roślinną z produkcją zwierzęcą, co z kolei daje równowagę i jest też korzystne ekologicznie.

    Czytaj również: Fiasko rozliczeń, czyli jak zwalnia wywiad wojskowy

    Co jest lepsze: sto gospodarstw 10-hektarowych czy jedno gospodarstwo 1000-hektarowe?

    Sto małych. Zdecydowanie. Nie chodzi mi o to, żeby idealizować małe gospodarstwa. Niektórzy sypią i pryskają jak cholera – tak samo jak ci wielcy używają dużej ilości pestycydów i nawozów sztucznych. Nie jest tak, że mniejsze gospodarstwo jest automatycznie ekologiczne. Ale tradycyjny krajobraz rolniczy tworzyły mniejsze gospodarstwa i to one były ostoją bioróżnorodności. Przemiany w rolnictwie drastycznie zmniejszają bioróżnorodność, chodzi na przykład o to, że w tradycyjnym krajobrazie masz miedzę, masz zadrzewienia śródpolne, na tych polach tworzono oczka wodne dla bydła. To wszystko jest ostoją życia. Z punktu widzenia ekologii lepszy jest krajobraz rolniczy bliższy tradycyjnemu, a nie taki, w którym wycina się drzewa, żeby maszyny mogły zawrócić i żeby nic nie przeszkadzało zmechanizowanej produkcji.

    Czyli to, co uważaliśmy za zacofanie polskiej wsi – rozdrobnienie rolnictwa – było zasobem, a nie problemem?

    Tak uważam. Przy odpowiedniej polityce istniała szansa, żeby nasz kraj konkurował jakością produkcji rolnej i ekologią, a nie ilością i ceną. To w dużej mierze zaprzepaszczono. Co prawda według GUS nadal około połowa gospodarstw ma do 5 hektarów, ale to fałsz. One istnieją na papierze, ziemia jest dzierżawiona, często nieformalnie, wiele z tych gospodarstw nie funkcjonuje samodzielnie, natomiast zamula statystyki. Mówi się, że z miliona gospodarstw tylko 400 tys. jest aktywnych.

    Kto jeszcze ma teraz najgorzej?

    Producenci trzody chlewnej. Mniejsi zostali zmieceni z rynku. Z jednej strony dobiła ich konkurencja z wielkimi gospodarstwami, a z drugiej kwestie bioasekuracji związane z chorobą ASF. Wymogi stały się zbyt skomplikowane.

    Przecież byliśmy potęgą w hodowli trzody?

    Byliśmy. I nie jesteśmy. Trzymamy się mocno, jeśli chodzi o drób, jesteśmy pierwszym w UE producentem drobiu i trzecim eksporterem na świecie. Trudną sytuację widać u producentów rzepaku – tutaj bardzo szkodzi utrzymująca się od kilku lat susza. Tragicznie niskie są ceny skupu mleka. Ale najgorzej jest z produkcją roślinną, czyli głównie ze zbożami.

    Mercosur to dla polskiego rolnictwa strachy na lachy czy realne zagrożenie?

    Realne. Eksperci jak zwykle uspokajają, że kontyngenty żywności – wołowiny, mięsa drobiowego – będą bardzo małe, ale wiadomo, że te produkty nie spełniają europejskich norm środowiskowych. W Ameryce Południowej działają wielkie gospodarstwa, które dopuszczają o wiele więcej pestycydów, hormonów zakazanych w Unii, stosują antybiotyki i nie ma sprawnych mechanizmów kontroli. W ostatnich miesiącach zawrócono wiele transportów, znaleziono wołowinę z estradiolem, z salmonellą, Unia zakazuje od 3 września importu mięsa wołowego i drobiowego z Brazylii, bo zawiera antybiotyki przeznaczone dla ludzi oraz podawane jako stymulatory wzrostu. Jeśli wielcy producenci z Ameryki Południowej mogą pchać bez umiaru dopalacze w procesie produkcji, a rolnik europejski nie może – i zresztą słusznie, że Unia to ograniczyła – to kto ostatecznie wygra wyścig na cenę? Mercosur może uderzyć w naszych producentów wołowiny, drobiu, cukru. Przeciwko tej umowie protestuje Braun i dokleja do tego narrację, że skoro jest Mercosur, no to wyjdźmy z Unii. Istnieją organizacje ekologiczne, które również protestują, ale prawie nie mieliśmy reakcji ze strony społeczeństwa obywatelskiego. Zostawiliśmy rolników samych, no to podłączają się tacy jak Braun.

    Co robić?

    Zmienić nasz sposób myślenia o polskim rolnictwie. Może wreszcie zrozumiemy, że musimy stawiać na jakość, nie na ilość i nie na przemysłową produkcję. Musimy tworzyć jakąś wartość dodaną, którą może dać produkcja z mniejszych gospodarstw, bardziej zrównoważonych, być może pojawi się w końcu większe wsparcie dla takich gospodarstw.

    Sama mówiłaś, że też sypią i pryskają.

    I to by trzeba zmienić. Doceńmy rozdrobnioną strukturę naszego rolnictwa, która jeszcze nie znikła do końca. Chrońmy te gospodarstwa 10-, 15-hektarowe, zostawmy je, niech zaczną produkować żywność, której nie będą musiały sprzedawać za zaniżone stawki monopolistom. Trzeba stworzyć alternatywne sieci dystrybucji, zrewitalizować spółdzielczość, żeby rolnicy mogli sprzedawać bezpośrednio do miasta. Taki model jest zresztą promowany przez ośrodki doradztwa rolniczego, tylko w tej sprzedaży bezpośredniej do miast przewagę mają rolnicy, którzy z tych miast wyemigrowali.

    Sprzedał mieszkanie, wyjechał na wieś, uprawia eko-ziemniaki, eko-ogórki i hoduje pszczoły?

    Tak. Robiłam badania wśród tych nowych rolników, mają rozwiniętą sieć odbiorców w mieście poprzez dawnych znajomych, a zwykły rolnik tych kontaktów nie ma. A chodzi o to, żeby zbudować kanały łączące wieś z miastem dla zwykłych rolników.

    Którzy sypią.

    Bo tak zostali nauczeni. Agrobiznes się kręci wokół nich i wciska im takie, a nie inne produkty.

    I co z tym robić?

    Po pierwsze trzeba się odczepić od pomysłu, że to będzie tylko certyfikowana produkcja ekologiczna. Żywność eko to margines produkcji w Polsce, istnieją poważne bariery rozwoju tego sektora związane na przykład z nadmierną biurokracją. Niech to nie będzie eko, wystarczyłoby ograniczyć chemię do rozsądnych ilości. W alternatywnych sieciach żywnościowych – tych wszystkich niszowych kooperatywach – są nie tylko gospodarstwa z certyfikatami eko, które od razu podnoszą ceny o sto procent, cała rzecz opiera się na zaufaniu. Powinniśmy budować system niekoniecznie certyfikowanej żywności eko, ale oparty na sprzedaży bezpośredniej i na tym, że wiemy, od kogo kupujemy.

    Czy ten „paradygmat modernizacyjny” – czyli że polscy rolnicy powinni zwiększać powierzchnię gospodarstw i w czymś się specjalizować – przestał działać na chwilę, na trzy, cztery lata czy już na zawsze?

    Że jak wojna w Ukrainie minie, to wrócimy do normalności? Nie będzie tak. Sytuacja na świecie jest niestabilna, może być za chwilę następna wojna i następna cieśnina Ormuz. Również susza nie jest zjawiskiem incydentalnym, ona z nami będzie. Dziś bezpieczeństwo rolnika to elastyczność i różnorodność produkcji.

    Czyli że on ma kury, krowy, ziemniaki, ogórki i coś jeszcze? Jak dawniej?

    Tak. Chodzi o to, że jak jedna rzecz ciągnie cię w dół, to nie upadasz całkowicie, tylko masz różne źródła. Taki powinien być model na czasy geopolitycznej zawieruchy i zerwanych łańcuchów dostaw: wieś różnorodna, która jest w stanie wyprodukować całą niezbędną żywność.

    ***

    Aleksandra Bilewicz (1984) – socjolożka, antropolożka społeczna, adiunktka w Instytucie Rozwoju Wsi i Rolnictwa PAN. Zajmuje się m.in. historią społeczną polskiej spółdzielczości, społecznymi aspektami dezagraryzacji, agraryzmem, studiami chłopskimi. Autorka książki „Społem 1906-1939: idea, ludzie, organizacja”.

    Artykuł sponsorowanyAD
    PKO BPBlisko Ciebie, blisko Twoich spraw

    Stanowski

    Co dzisiaj majstrujemy do sekcji polityka?

    Stanowski