
Tomasz Czapla — Nie ma znaczenia, czy rządzą sanatorzy, ludowcy, postkomuniści, PiS czy KO. Mechanizm pozostaje ten sam: oburzenie na nadużycia poprzedników szybko ustępuje miejsca własnym układom, znajomościom i przywilejom. Polska polityka od stu lat udowadnia, że władza demoralizuje niezależn
„Wszyscy zgadzają się ze sobą, a będzie nadal tak, jak jest” – tak śpiewał przed laty Kuba Sienkiewicz. Tekst pochodzi co prawda z 1997 r., ale kolejne dekady pokazały, że niezależnie od tego, czy za sterami okrętu „Polska” stoi lewica, czy prawica, każda rządząca ekipa ma swoich „złotych chłopców”. Dwanaście ciężkich, szczerozłotych koron co prawda nie zdobi jeszcze głowy Dawida Kacprzyka, ale już ponad milion, który trafił na jego konto, to fakt. A zarazem wierzchołek góry lodowej, bo lista zarzutów, na razie medialnych, wobec byłego radnego KO i koordynatora SOR w Warszawskim Szpitalu Południowym jest znacznie dłuższa.
Czytaj również: „A PiS to...”, czyli wiecznie żywa propaganda. Jak politycy i media manipulują Polakami
Wizyty w studiach telewizyjnych w godzinach pracy, zorganizowanie dla polityków Koalicji Obywatelskiej zacisznego saloniku VIP z kanapą, fotelami i telewizorem, prowadzenie lekarskiej „spółdzielni pracy” z 40 CV w ręku itd., itd. Co szybsi działacze głównej partii rządzącej zaczęli usuwać zdjęcia z Kacprzykiem ze swoich mediów społecznościowych, ale jak głosi najważniejsza zasada internetu, w sieci nic nie ginie. W XX wieku politycy mieli chociaż o tyle łatwiej, że wystarczyło podrzeć lub spalić niewygodne fotografie, a na przyszłość publikować podretuszowane.
Niedoścignionym mistrzem historyczno-fotograficznego liftingu pozostaje do dziś Stalin. Gdy pod koniec lat 30. pozbywał się szefa NKWD, Nikołaja Jeżowa – najpierw ze stanowiska, potem fizycznie – zadbał również o usunięcie go ze wspólnych zdjęć. W 1937 r. czytelnik sowieckiej prasy oglądał więc Generalissimusa przechadzającego się wzdłuż kanału Moskwa–Wołga wraz ze swoim „krwawym karłem” (Jeżow miał tylko 151 centymetrów wzrostu). W 1940 r. w miejscu ministra tajnej policji widniała już tylko pustka.
„Afera szpitalna” przypomniała przy okazji, że główną moralnością panującą, nie tylko zresztą w polskiej polityce, jest moralność Kalego. „Nie ma pieniędzy na służbę zdrowia. Nie ma terminów dla pacjentów. Jest za to 1,6 mln zł dla młodego działacza KO i SOR-Express dla innych polityków KO” – oto Przemysław Czarnek, prosto z X. Jeszcze tylko hashtag #ElitaKOryta i można udać się na kolejny wiec.
[

Kacprzyk wciąż nieprzesłuchany. Trela: Dziwi mnie to](/news/sprawa-lekarza-milionera-kiedy-przesluchanie-kacprzyka-komentuje-polityk-lewicy)
[

Czerwona strefa SOR Dawida Kacprzyka. Jak młody lekarz zajmował się najtrudniejszymi przypadkami](/news/czerwona-strefa-sor-w-szpitalu-poludniowym-nowe-ustalenia-zero-pl)
[

Tam też pracował Dawid Kacprzyk. Tym razem chodzi o szpital poza Warszawą](/news/sprawa-lekarza-milionera-gdzie-jeszcze-pracowal-dawid-kacprzyk)
Jacek Sasin? Jest i on, tym razem w Radiu Republika: „Moralna zgnilizna, obrzydlistwo, ekipa przeżarta patologiami”. Słuchacz niebędący PiS-owskim ultrasem zadałby natomiast pytanie: „OK, platformersi to może i moralne dno i wodorosty, ale czy jak wrócicie wy, to nie pojawią się kolejni «Misiewicze»?”.
Dla przypomnienia: Bartłomiej Misiewicz, student Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej ojca Rydzyka, w 2015 r. został szefem gabinetu ministra obrony narodowej. Będąc prawą ręką Antoniego Macierewicza, wkrótce dał się poznać jako „złote dziecko” PiS.
Przyjmowanie nienależnych honorów od żołnierzy („Czołem, panie ministrze!”), zasiadanie w radach nadzorczych państwowych spółek mimo braku wyższego wykształcenia, balowanie w nocnych klubach w trakcie służbowych delegacji – Dawid Kacprzyk miał godnego poprzednika. Politycy „dobrej zmiany” przez wiele tygodni krytyczne uwagi pod adresem Misiewicza sprowadzali do „nagonki na młodego człowieka, patriotę”, ale do czasu.
Najpierw ulubieniec Macierewicza trafił przed oblicze partyjnej komisji dyscyplinarnej, a potem stracił ministerialny stołek. Gdy dziennikarze dopytywali o jego pokaźne zarobki w Polskiej Grupie Zbrojeniowej (PGZ – jako pełnomocnik zarządu do spraw komunikacji miał zarabiać kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie), odpowiadał jeszcze hardo:
Gdzie mamy zdobyć to doświadczenie? Gdzie mamy nauczyć się tego warsztatu [...], aby skutecznie, słusznie i w pełni pracować dla Polski?
Czy w celi – w 2019 r. spędził tam pięć miesięcy, oskarżany m.in. o płatną protekcję i zawieranie fikcyjnych umów w PGZ – rozmyślał o dalszej pracy dla kraju?
Tego nie wiemy, ale od tamtej pory wokół byłego rzecznika MON zapadła, z małymi wyjątkami, medialna cisza. Teraz jego miejsce zajął Kacprzyk, po wyborach w 2027 r. objawi się natomiast kolejne „złote dziecko”. Czy raczej cała „złota rodzina”, bo posłów, senatorów, radnych i ministrów korzystających ze swojej pozycji znajdziemy po obu stronach politycznej barykady bez liku. Jako że nazwisko zobowiązuje, posłanka Koalicji, Małgorzata Pępek, nie tak dawno poczuła się pępkiem świata, pardon, szpitala w Żywcu i zadbała, aby czekać na badania nie 2 lata, a 3 tygodnie.
Czytaj również: Polityczna emerytura w Polsce: dlaczego Tusk i Kaczyński nie odchodzą
Z kolei Tomasz Lenz za załatwienie sobie po znajomości zabiegu medycznego dla syna (chodziło o usunięcie wrastającego paznokcia) zapłacił wyrzuceniem z „uśmiechniętej” partii. Ale, ale – przecież nie dlatego, że zrobił to, co zrobił, tylko dlatego, że sprawę ujawniła Wirtualna Polska. Zasada „równi i równiejsi” obowiązywała zresztą również za pierwszych rządów Donalda Tuska, wystarczy sięgnąć po „Puls Biznesu” z 2012 r. Artykuł „Kto jest kim w zielonym imperium” zawierał listę 408 osób powiązanych z PSL-em, od działaczy, przez krewnych, po przyjaciół, którzy od 2007 r. przewinęli się przez spółki i instytucje państwowe. Zwykle jako kierownicy, dyrektorzy lub prezesi.
A PiS? Kto lepiej pamięta czasy pandemii, kojarzy, że przez jakiś czas cmentarze pozostawały zamknięte na głucho. Ale nie dla Jarosława Kaczyńskiego, który limuzyną wjeżdżał na Powązki, aby odwiedzić grób matki. To 2020 rok. Natomiast 2019 r. przyniósł „aferę samolotową” z Markiem Kuchcińskim w roli głównej. Marszałek Sejmu miał wielokrotnie zabierać na pokład rządowych maszyn bliższych i dalszych krewnych oraz partyjnych działaczy. Choć Kaczyński przekonywał, że „[Kuchciński] nie złamał prawa. [...] nie złamał też istniejących w tym obszarze obyczajów”, druga osoba w państwie podała się do dymisji.
Wyższych standardów moralnych próżno też szukać u poprzedników KO-PiS-u: SLD, AWS-u czy UW. Historycznie przed nadużyciami nie uchronił się nikt, nawet obóz marszałka Piłsudskiego, który hasło „sanacji moralnej” niósł przecież na sztandarach. I prędzej czy później wszystkich rządzących, niezależnie od barw partyjnych, dopada zjawisko, które doskonale opisał „Kusy” w jednym z odcinków „Rancza”. „Wam się już wszystko popieprzyło. Państwowe z własnym, zaradność ze złodziejstwem. Jak wszy żeście to państwo obsiedli i krew pijecie, ile który da radę” – cytat ponadczasowy, nieważne, czy mówimy o II, czy o III RP.
„Staję do walki, tak jak i poprzednio, z głównym złem państwa: panowaniem rozwydrzonych partyj i stronnictw nad Polską, zapominaniem o imponderabiliach, a pamiętaniem tylko o groszu i korzyści” – tak Józef Piłsudski, w maju 1926 r., zareagował na powstanie rządu Wincentego Witosa.
Niebawem walka ta z prasowych łam przeniosła się na ulice Warszawy, a naprzeciw siebie stanęli polscy żołnierze. Jedni w obronie Witosa i jego ministrów, drudzy wierni Marszałkowi. Trzydniowe starcia zakończyły się kapitulacją premiera i jego dymisją, a w składzie nowego gabinetu znalazł się zwycięzca, czyli Piłsudski.
Formalnie pełnił tylko rolę ministra spraw wojskowych, ale w rzeczywistości od tej pory dysponował władzą, której mógł mu pozazdrościć niejeden dyktator. Jak z niej skorzystał? Nie miał pod ręką teczki wypchanej planami reform, program polityczny byłego Naczelnika Państwa można by w zasadzie streścić do kilku punktów. Pierwszy, czyli wzmocnienie prezydenta i rządu kosztem parlamentu, udało się wprowadzić w życie jeszcze latem 1926 r. dzięki zmianie konstytucji, tzw. „noweli sierpniowej”. Kolejny – nowy system kierowania wojskiem – również został zrealizowany w ciągu kilku miesięcy od przewrotu majowego.
Od tego momentu Marszałek, łączący do śmierci stanowiska ministra spraw wojskowych i generalnego inspektora sił zbrojnych, mógł prowadzić politykę obronną według swojego uznania. A miał co robić, jak przekonywał w jednym z wywiadów, „minister [wojska] mieć musi obecnie do czynienia z dziesiątkami kryminalnych spraw o nadużycia pieniężne, popełniane przez protegowanych obu kiepskiej pamięci rządów: p. Wincentego Witosa [rządu z 1923 r.] i p. Władysława Grabskiego”. Dostawało się zwłaszcza Witosowi: „tacy panowie, jak on i jego koledzy [...] brudną nieraz ręką często mącili sumienie wojska”.
Piłsudski zapomniał tym samym o tym, że w 1920 r. ramię w ramię z chłopskim premierem odpierał nawałę bolszewicką. Mało tego, później myślał jeszcze o przywódcy PSL „Piast” jako dobrym kandydacie na prezydenta. Gdy jednak Witos nawiązał bliższą współpracę ze znienawidzoną endecją, stał się dla Komendanta wrogiem publicznym numer 1. Premierostwo ludowca w 1923 r. kojarzyło się mu wyłącznie z przekupstwami i nadużyciami „bez ceremonii we wszystkich kierunkach dla partyjnych i prywatnych korzyści”. W wywiadzie poprzedzającym zamach majowy zarzucił wręcz Witosowi korumpowanie ludzi ze swojego otoczenia.
[

Kierwiński odcina się od Kacprzyka. „Nie byłem jego promotorem”](/news/marcin-kierwinski-broni-sie-przed-dymisja-nie-rekomendowalem-zatrudnienia-kacprzyka)
[

SOR dwóch prędkości, prokuratura jednej. Powolnej](/news/cba-w-urzedzie-warszawy-i-szpitalu-poludniowym-po-miesiacu-zabezpieczaja-dokumenty)
[

Po serii publikacji Zero.pl. Resort: limity wynagrodzeń lekarzy, padła stawka](/news/afery-w-szpitalu-poludniowym-minister-zdrowia)
„[Jego ministrowie] otoczyli mnie płatnymi szpiegami, przekupywano pieniędzmi i awansami każdego, kto mnie [...] zdradzał, szukano, jak to śmiem twierdzić, mojej śmierci” – tyle Marszałek. Z tych wszystkich oskarżeń potwierdził się może promil, jak widać, nawet główny ojciec polskiej niepodległości nie stronił od populizmu. Gdy wczytać się w jego wywiady z lat 20. i 30., można odnieść wrażenie, że nie tylko Witos, ale i wszyscy inni politycy od lewa do prawa to jedno wielkie partyjniactwo. W przeciwieństwie do piłsudczyków, którzy są lepsi moralnie i odporniejsi na rozdawanie urzędów po znajomości, branie łapówek czy wykorzystywanie państwowych pieniędzy do prywatnych celów.
Stąd głoszone przez Komendanta hasło „sanacji” życia publicznego, którym z czasem zaczęto określać cały obóz piłsudczykowski. Co ciekawe, wydaje się, że Piłsudski autentycznie wierzył, iż jego podwładni są dużo uczciwsi i ofiarniejsi od socjalistów, ludowców czy endeków. Jak przekonywał najbliższych sobie polityków podczas jednej z narad w Belwederze, demokratyczne zasady „dają siłę wszystkim szujom, natomiast [...] wyrzucają poza nawias tych wszystkich, którzy bezsennie spędzali noce z myślą o Niepodległości lub dla Niej pracowali”. Innymi słowy, obojętnie, czy ludzie głosują na lewicę, czy prawicę, każda partia to z zasady szemrane towarzystwo.
Czytaj również: Czy referendum może zmienić więcej niż zamach stanu? Polska historia w tle
Co innego my, piłsudczycy, którzy w legionowych szeregach walczyliśmy o wolną Polskę i ją wywalczyliśmy. Z tego tytułu władza nam się po prostu należy, a że jesteśmy ludźmi idei, nie grozi nam jakakolwiek prywata. Tak myślał Marszałek, ale rzeczywistość szybko i dosyć brutalnie zweryfikowała to przekonanie. Wystarczy porównać prezydenta Ignacego Mościckiego i jego poprzednika, Stanisława Wojciechowskiego, aby przekonać się, że politycy sanacji potrafili korzystać z uroków władzy. Podczas gdy Wojciechowski potrafił zrezygnować z 10 proc. swojej pensji i miał do dyspozycji 2–3 samochody, Mościcki podwyższył sobie wynagrodzenie o ponad 100 proc. i mógł się poszczycić kolekcją ponad 20 aut!
Opozycja nie mogła przegapić tak wystawionej piłki i na każdym kroku podkreślała nadmierne wydatki głowy państwa i jej kancelarii. Gdy zatem przeciętny zjadacz chleba czytał, że w USA podatnicy płacą „na prezydenta” 3,8 miliona złotych rocznie, a w Polsce 4,5 mln, miał prawo złapać się za przysłowiową kieszeń. A nierzadko i nóż mu się w tej kieszeni otwierał, gdy dowiadywał się, że robotnik wypracowałby sobie miesięczną pensję Mościckiego po... 17 latach. Liczby robią negatywne wrażenie tym bardziej, że mówimy o latach Wielkiego Kryzysu. Czasach, w których w szczytowym momencie bez pracy było w Polsce około miliona ludzi. I to tylko w miastach, bo doliczając tzw. „ludzi zbędnych” na wsi, bez perspektyw pozostawało nawet 6,5 mln osób nad Wisłą.
Aby zatrudnić się gdziekolwiek, choćby przy noszeniu węgla, rąbaniu drewna czy odśnieżaniu, Polacy przemierzali kraj, zwykle na piechotę, wzdłuż i wszerz. Małżeństwo rekordzistów przeszło za pracą 2340 kilometrów, a do bilansu kryzysu trzeba jeszcze doliczyć tragiczne warunki mieszkaniowe. Tysiące bezrobotnych rodzin mieszkały bowiem w „biedadomkach”, tak prymitywnych dachach nad głową, jakie tylko można sobie wyobrazić. Były to, jak notował pamiętnikarz, „szałasy i budy, klecone z desek i darni, nędzne lepianki z gruzu, nory ryte w ziemi, na zboczach nasypów kolejowych i hałd oraz jaskinie drążone we wzgórzach”.
Prezydent tymczasem modernizował swoją rezydencję w Spale i budował nową siedzibę w Wiśle. Spore wątpliwości mogła też budzić polityka kadrowa Mościckiego. „Jeden z synów dostał urząd dworski, coś w rodzaju szambelana, drugi otrzymał godność dyplomaty, zięć – podsekretarza stanu” – niezależnie od kompetencji członkowie prezydenckiej rodziny jako wysoko postawieni urzędnicy kłuli w oczy. Kolejnego dowodu, że sanacyjna ryba psuje się od głowy, dostarczył natomiast w 1928 r. Bogusław Miedziński. W II RP m.in. poseł oraz minister poczt i telegrafów, a po śmierci Piłsudskiego marszałek Senatu.
Zaczęło się od informacji, że szef resortu część nadwyżki, pochodzącej z opłat telefonicznych, przeznaczył na specjalny fundusz. Problem w tym, że jego zawartość szła na opłacanie działalności „swojaków” – legionowych organizacji kombatanckich. Ponadto Najwyższa Izba Kontroli zarzuciła Miedzińskiemu korzystanie z ministerialnych pieniędzy na „wydatki osobiste [...] lub podyktowane względami społecznymi i towarzyskimi”. Pod tym pojęciem kryły się przyjęcia w restauracjach, bilety na spektakle czy propagandowe artykuły. Jeszcze większy skandal wiązał się z finansowaniem filmu o niepozornie brzmiącym tytule „Tajemnica skrzynki pocztowej” (1929).
Dziś próżno szukać tego obrazu w archiwach, toteż musimy zdać się na ówczesne recenzje. A te były miażdżące – dla przykładu PPS-owski „Robotnik” pisał: „Można by się zastanowić, czy nie zachodzi tu przypadek antyreklamy usług pocztowych”. Tygodnik „Kabaret” zaś podsumowywał:
Kina warszawskie wyświetlają wszechpotężny dramat krajowej produkcji »Tajemnica skrzynki pocztowej«. Na czoło wykonawców wysunęła się skrzynka. Tajemnica niech zostanie tajemnicą, nie chcemy jej oglądać.
Pierwotnie film zrealizowany za publiczną kasę miał promować usługi pocztowe. Na ekranie widzowie nie oglądali jednak listonoszy dziarsko przemierzających kolejne kilometry w deszczu i śniegu. Scen z paniami stemplującymi zwinnie paczki i koperty również zabrakło.
Nie zabrakło za to naiwnej historyjki o miłosnym trójkącie, której głównym „pocztowym” wątkiem było chowanie miłosnych listów głównego bohatera przez jego niedoszłą kochankę. Niemniej to, że film okazał się gniotem, mogło wzburzyć głównie krytyków. Z tego, że klapa frekwencyjna równa się klapie finansowej (koszty produkcji wyniosły 300 tys. zł, zyski zaledwie 60 tys. zł), zdawali sobie sprawę przede wszystkim znawcy finansów publicznych.
To jednak, że ekipa filmowa urządziła sobie ze zdjęć wycieczkę na koszt podatników, rozumieli wszyscy. Zakopane, Warszawa, Wiedeń, Paryż – to tylko niektóre z miejsc, gdzie kręcono „Tajemnicę...”. Jak powiedziałby Stefan „Siara” Siarzewski: „Mają rozmach, skur...yny”.
Wśród nich reżyser Aleksander Reich, który wcześniej realizował tylko króciutkie materiały dla Polskiej Agencji Telegraficznej. Najwidoczniej teraz „chciał się sprawdzić w filmie”, podobnie jak Stanisław Dobrzański, który za rządów koalicji SLD-PSL „chciał się sprawdzić w biznesie” i został prezesem Polskich Sieci Elektroenergetycznych.
Wróćmy jednak do Reicha – dziś jego filmowo-finansową beztroską zainteresowałoby się zapewne CBA. Wówczas nie tylko zwiedził z żoną i resztą towarzystwa pół Europy, ale zdążył jeszcze zakupić trzy scenariusze filmów erotycznych! Tyle dobrego, że pozostały one na papierze, bo przepaloną kasę liczylibyśmy nie w tysiącach, a milionach.
Gdy kulisy powstawania „Tajemnicy skrzynki pocztowej” wyszły na jaw, nie było chętnych, żeby wziąć odpowiedzialność za nadużycia. Człowiek, który z polecenia Miedzińskiego czuwał nad filmem – inżynier Edward Ruszczewski – miał zresztą inne problemy na głowie. Zajmował się bowiem również nadzorowaniem budowy poczty w Gdyni i zamiast pilnować materiałów budowlanych, rozdawał je na lewo kolegom.
Łącznie Ruszczewski i jego znajomi podprowadzili m.in. 110 metrów sześciennych drewna i dwa wagony cementu! Na szczęście sprawy nie udało się zamieść pod dywan i w 1933 r. cwany inżynier został skazany na sześć lat więzienia. Dodatkowo musiał zapłacić Skarbowi Państwa 1 345 000 zł.
Wszystko działo się podczas Wielkiego Kryzysu, o którym już wspomnieliśmy. A Miedziński? Pytany podczas procesu Ruszczewskiego o zatrudnienie go w resorcie, oświadczył:
Uznałem [...], że jest ideowy. A ideowość jest największym hamulcem przed nadużyciami.
Takich „ideowców” było w szeregach sanacji więcej i nic dziwnego, że Piłsudski pod koniec życia ubolewał nad tym, że jego obóz tak się zdegenerował. Lepszych kadr zaś nie miał – w rozmowie z dawną towarzyszką niepodległościowych bojów, Aleksandrą Zagórską, przyznawał, że „jeżeli musi się budować dom, a cegły do budowy są z gnoju, to buduje się dom z takich cegieł, jakie się ma.
Czytaj też: Jak Polacy pokłócili się o wybory na Węgrzech?
Dzięki temu Miedziński, który musiał w końcu opuścić ministerialny fotel, nie wypadł z gry i już w 1930 r., jako redaktor naczelny „Gazety Polskiej”, mógł przeprowadzić z Marszałkiem serię „wywiadów”. Cudzysłów nieprzypadkowy, bo były to monologi Piłsudskiego, poprzecinane pytaniami wychwalającymi władzę i krytykującymi jej przeciwników. Oni na taką taryfę ulgową liczyć nie mogli, a dobrze, jeśli w ogóle znajdowali się na wolności. Przed wyborami parlamentarnymi w 1930 r. za kratki trafiło bowiem łącznie około 5 tys. działaczy opozycji.