RAK
    Europejskie koncerny zdradziły własne państwa. Tak wielki biznes oddaje naszą gospodarkę Chińczykom

    Europejskie koncerny zdradziły własne państwa. Tak wielki biznes oddaje naszą gospodarkę Chińczykom

    2736 odsłon
    Europejskie koncerny zdradziły własne państwa. Tak wielki biznes oddaje naszą gospodarkę Chińczykom

    Grzegorz Sroczyński — Jeżeli pas rdzy się rozleje na południowe Niemcy, Austrię, Włochy, Polskę i Czechy, miasta zaczną się zapadać tak, jak zapadały się miasta amerykańskie, to pożegnamy się z demokracją. Gdy się wie, jak bardzo konsekwentnie chiński mechanizm jest ustawiony przeciwko nam, wtedy trud

    Jeżeli pas rdzy się rozleje na południowe Niemcy, Austrię, Włochy, Polskę i Czechy, miasta zaczną się zapadać tak, jak zapadały się miasta amerykańskie, to pożegnamy się z demokracją. Gdy się wie, jak bardzo konsekwentnie chiński mechanizm jest ustawiony przeciwko nam, wtedy trudno mieć złudzenia, że rynek sam to ureguluje - z wiceszefem Ośrodka Studiów Wschodnich Jakubem Jakóbowskim rozmawia Grzegorz Sroczyński

    sroczynski_chinski_szok-listing-1

    (fot. Kanał Zero)

    Grzegorz Sroczyński, Zero.pl: Jaki jest stan gry między USA a Chinami?

    Jakub Jakóbowski, wicedyrektor Ośrodka Studiów Wschodnich: Chiny górą. Mamy nową rzeczywistość, która jest korzystna dla Chińczyków. Widać, że stali się nieprawdopodobnie pewni siebie. 

    Bo uważają, że wygrali?

    Nie. Natomiast przekonali się, że mogą Ameryce podsunąć pięść pod nos i że to działa. Cały zeszły rok Trump podpiekał Chiny, nakładając cła i restrykcje eksportowe. Zastosował identyczną strategię jak w swojej pierwszej kadencji, czyli że trzeba Chińczyków zgrillować, wymusić ustępstwa, a potem ogłosić sukces. Tyle że Chińczycy od tego czasu odrobili lekcje. Ufortyfikowali się, zrobili bardzo wiele, żeby uniezależnić swój przemysł od USA. I zamiast ustępować, weszli w brutalną licytację. Jak Amerykanie dali cła 50 proc., to Chińczycy też 50 proc., jak Amerykanie dali 100 proc., no to Chińczycy tak samo 100 proc. Było tylko jedno pytanie: kto pierwszy mrugnie. Trump spojrzał na rynki finansowe, wysłuchał pielgrzymek biznesu amerykańskiego, które go namawiały, żeby zbastował, bo to psuje interesy, i to on zrobił krok w tył. Ta sama sekwencja powtórzyła się pod koniec roku na jesieni, kiedy Amerykanie dopisali do listy sankcyjnej kilkanaście tysięcy chińskich firm. W odwecie Pekin nałożył nowe restrykcje na pierwiastki ziem rzadkich. Na Zachodzie wybuchła panika, że zabraknie magnesów neodymowych, bez których niemożliwa jest produkcja nowoczesnych samochodów elektrycznych, smartfonów, zaawansowanej broni, turbin wiatrowych, co grozi całkowitym paraliżem cyfrowej i zielonej transformacji oraz utratą bezpieczeństwa militarnego. I znów Ameryka się cofnęła. To nie jest tak, że Chińczycy wygrali konfrontację ze Stanami, ale w bijatykach z Trumpem znakomicie wytrenowali sobie pięści. Nauczyli się jednego: warto bić tak mocno, żeby Amerykę zabolało, bo można trzymać ją w ryzach.

    To nie jest przepis na eskalację?

    Mamy nową równowagę. Coś, co Chińczycy nazywają w oficjalnej partyjnej nowomowie „konstruktywną stabilnością”. W tym pozornie łagodnym sformułowaniu ukryta jest groźba, która wybrzmiała również w trakcie majowej wizyty prezydenta Trumpa w Pekinie. Przewodniczący Xi przyjął go po cesarsku, wpuścił do zakamarków Zakazanego Pałacu, grał umiejętnie na ego Trumpa, ale w jedwabnej rękawiczce ukrył żelazną pięść. Przekaz był jasny: słuchaj, może być tak jak teraz, czyli miło, ale jeżeli zaczniesz coś kombinować, to my pójdziemy na całość. To się odnosi zarówno do kwestii gospodarczych, jak i do kwestii geopolitycznych. Obecna „konstruktywna stabilność” w stosunkach chińsko-amerykańskich zbudowana jest na groźbie.

    Wcześniej tak nie było?

    Było inaczej. Przez ostatnie 10 lat dynamika tej relacji była taka: Ameryka napiera, a Chińczycy próbują wytrzymać. Bali się, że Ameryka ich zadusi, osaczy, zrobi kordon sanitarny, poodcina od rynków, komponentów, technologii. I próbowali odwlec ten moment. A teraz jest nowa dynamika: patrzcie, wytrzymaliśmy, ustaliśmy, daliśmy radę. Chińczycy są z tego dumni.

    Czy Amerykanie też tak widzą stan gry? „Chińczycy ustali, no trudno, nie daliśmy im rady, trzeba się z tym pogodzić”. 

    Trudno powiedzieć, bo tu wjeżdża trumpologia i ten cały chaos sprzecznych komunikatów. Łatwiej dziś czytać Chiny niż wielogłos dochodzący z administracji amerykańskiej. Ale gdybym miał na coś stawiać, to widzę taką myśl: parkujemy problem z Chinami, odkładamy, bo za chwilę dostaniemy do rąk magiczną różdżkę i wtedy wszystko załatwimy. 

    [

    Wujek Sam umarł. Ukraina, Chiny i koniec dominacji USA](/news/jak-wojna-w-ukrainie-zmienia-globalny-uklad-sil-rola-usa-chin-i-rosji)

    [

    „Mają nienasycony apetyt”. Donald Trump ogłasza naftowy biznes z Pekinem](/news/amerykanska-ropa-poplynie-do-chin-donald-trump-oglasza-handlowy-sukces)

    [

    Polskie firmy tracą grunt pod nogami. „Energia powinna być tania, dopiero potem zielona”](/news/cena-za-prad-rachunek-za-przyszlosc-polski-przemysl-wpadl-w-energetyczna-pulapke)

    Magiczną różdżkę?

    AGI. Część strategów amerykańskich wierzy, że nadejście tzw. ogólnej sztucznej inteligencji to będzie gamechanger. I nie jest to wiara całkiem bez podstaw. W pierwszym kwartale tego roku 75 proc. wzrostu gospodarki USA opierało się na inwestycjach w branżę AI, w centra danych i energii. Dlatego mimo trumpowych wojen handlowych amerykańska gospodarka cały czas rośnie. Mam wrażenie, że Amerykanie myślą o nadchodzącym przełomie w AI jako o Wunderwaffe, która odmieni stan gry w starciu z Chinami. Ich nowe modele już teraz potrafią rozłożyć na łopatki każdy system informatyczny. Amerykanie zabezpieczają przed tym swoje firmy, proponują niektórym sojusznikom, żeby na próbę się starli z Mythosem, który potrafi sparaliżować infrastrukturę krytyczną. Są przekonani, że w trwającej rewolucji technologicznej mają przewagę, a wielki przełom jest tuż-tuż. Chińczycy również mają swoją politykę dotyczącą AI i pewnie są drudzy po Stanach, ale jeśli spojrzeć na to, dokąd płynie krzem z całego świata i gdzie jest instalowany, to praktycznie w całości mamy do czynienia z rewolucją amerykańską. Może za trzy miesiące bańka pęknie i się okaże, że wcale nie ma tej rewolucji, gospodarka USA się na tym wyłoży, a my razem z nią, a może powstanie model AI, który zacznie z siebie wypluwać przełomy technologiczne, do których dostęp będą mieli tylko Amerykanie. Jeśli stanie się to drugie, wtedy przełom AI zdecyduje o geostrategicznej wygranej.

    Ameryka wierzy w przełom AI, a Chińczycy w co wierzą?

    To są prawdziwi marksiści, więc wierzą w bazę: najważniejszy jest przemysł i budowa nowych mocy produkcyjnych. Jeśli sprawy będą szły tak jak dotąd, to w ciągu pięciu, sześciu lat – według prognozy Międzynarodowego Funduszu Walutowego – Chiny zwiększą udział w globalnym przemyśle do poziomu 45 proc. To tyle, ile miały Stany Zjednoczone po drugiej wojnie światowej, czyli po rozjechaniu Japonii i Niemiec oraz przy zniszczonej Europie. Chińczycy właśnie teraz wykrwawiają przemysłowo resztę świata. I są przekonani, że czas działa na ich korzyść, a przewaga w mocach produkcyjnych będzie nadal rosnąć.

    I będzie?

    Ostatni rok tarć amerykańsko-chińskich pokazał, że Ameryka sama jest już za słaba, żeby Chińczyków zatrzymać. To nie jest tak, że wszystko się rozstrzygnęło, ale jeśli celem było zatrzymanie chińskiego pochodu, to Stany grając solo nie są w stanie tego zrobić. Mamy pat. Mamy starcie, które nie wytrąca Chin ze ścieżki wzrostu, bo wszystkie wojny handlowe i technologiczne nie powstrzymały chińskiego przemysłu, on dalej rośnie i rozlewa się po świecie. Jeśli Amerykanie nadal mają taki cel, żeby Chińczyków powstrzymać, to droga do tego wiedzie przez budowę sojuszy. Przecież państw rozjeżdżanych obecnie przez chiński walec przemysłowy jest mnóstwo: Japonia, Korea, cała Europa, ale tak samo globalne Południe. Chińczycy wykrwawiają przemysłowo niemal wszystkich, bo są równocześnie państwem rozwiniętym i rozwijającym się. 

    Co to znaczy?

    Że są dobrzy we wszystkim. Zarówno w klapkach plażowych i tosterach, jak i w procesorach czy satelitach. I wszystko robią taniej. Są w stanie zabijać w innych krajach wszelkie możliwe gałęzie przemysłu. 

    Problem polega na tym, że w tym wymyślaniu się Ameryki na nowo nie ma na razie miejsca na wielką strategię budowania sojuszy. Wręcz przeciwnie, widać dużo rewanżyzmu, pokazywania, że sojusznicy nas okradali, oszukiwali, doili. Po wizycie w Pekinie Trump dał długi wywiad, gdzie stwierdził, że Tajwańczycy też okradali Stany z technologii, ukradli procesory, niech teraz przenoszą produkcję do USA, bo nie wiadomo, co będzie za parę lat, Chiny mają do Tajwanu 60 mil, a my – czyli Ameryka – mamy 9500 mil. „Myślicie, że będę leciał tyle mil, żeby toczyć wojnę? Nie dążę do tego”. Czy Trump to tylko chlapnął, czy USA faktycznie nie zamierza bronić Tajwanu – można się spierać, pewnie tylko chlapnął. Ale ewidentnie straszy Tajwańczyków, przekazem, że czas przenosić biznes do USA, bo potem może być za późno. 

    Dla nas ta „konstruktywna stabilność” między Chinami i USA co oznacza?

    Główna konsekwencja odprężenia jest taka, że jedni i drudzy mogą się skupić na nas. 

    Na nas?

    Na załatwianiu swoich spraw z państwami średnimi i małymi, podporządkowaniu tych państw, wymuszaniu różnych rzeczy. Na tle gospodarczych kolosów większość państw jest mała i średnia, włączając w to Niemcy, Francję czy Kanadę. W zasadzie to wszyscy poza USA i Chinami. Chińczycy na przykład skupiają się na tym, żeby mniejszych spacyfikować i uniemożliwić im wszelkie próby obrony rynków przed zalewem chińskiej nadwyżki produkcyjnej. Chiny mają spokój z Ameryką, więc mogą się zająć konsumowaniem słabych.

    Polski?

    Robią to. Pierwsza lepsza historia ze Śląska: chińska firma chodzi po kontrahentach w swojej branży i mówi, że na swoje komponenty zaoferuje cenę minus 30 proc.

    Minus 30 proc. od czego?

    Od ceny każdego innego oferenta. Ktoś ich w końcu zapytał: „Ale jak to możliwe? Sprzedacie nam towar z ujemną marżą?” Odpowiedzieli: „My w KPI na ten rok mamy wpisany wolumen sprzedaży, a nie dochód”. 

    KPI to kluczowe wskaźniki efektywności, z których rozliczany jest management. Z tego wynika, że nie muszą walczyć o zyski?

    Tak. Chodzi o to, że często w celach, z których rozliczani są chińscy menedżerowie, nie jest ważny dochód firmy, tylko ilość sprzedanego towaru.

    Nawet ze stratą?

    Chiny są w stanie permanentnego przemysłowego przegrzania. Wbrew stereotypom ich model gospodarczy nie był dotąd oparty na eksporcie, tylko na inwestycjach wewnętrznych, bo przeniesienie prawie miliarda ludzi ze wsi do miast oznaczało, że trzeba było wszystko zbudować. Stal, beton, fabryki, mieszkania – właśnie to przez ostatnie dwie dekady ciągnęło ich w górę. Ten silnik w końcu się zatarł, Chiny nie mogły dalej tak funkcjonować. Długo mówiło się, że jedyna alternatywa to podkręcenie konsumpcji wewnętrznej, czyli że Chińczycy dostaną więcej pieniędzy, partia komunistyczna pozwoli na szybszy wzrost płac, wprowadzi państwowe emerytury, ludzie zaczną więcej wydawać, a mniej odkładać na starość. To się nie wydarzyło. Zamiast tego przewodniczący Xi postanowił zrobić coś, co w świetle naszych stereotypów Chiny robią od dawna: eksportować na potęgę. Dopiero teraz to ruszyło jak lawina. Wystarczy spojrzeć, dokąd idą kredyty z chińskiego systemu bankowego, który w całości jest państwowy i sterowany przez partię. W 2021 r. nagle przełożono wajchę, finansowanie mieszkaniówki wyschło, a kredyty na budowę nowych mocy przemysłowych popłynęły szerokim strumieniem. Cały czas stawiają nowe fabryki, budują skalę. Mają już taki poziom nasycenia technologią, że nie potrzebują zachodniego know-how, potrafią samodzielnie być innowacyjni w wielu obszarach i dominować technologicznie. Wiele tych inwestycji jest nieracjonalnych, czyli nie odpowiadają na realny popyt, tylko po prostu buduje się te nowe moce za państwowy kredyt. To sprawia, że wewnątrz Chin konkurencja stała się absurdalnie krwiożercza. Wszyscy zjechali z marżami prawie do zera albo dają marże negatywne, wyrzynają się nawzajem, widać to w branży samochodowej czy w fotowoltaice. Wewnątrz Chin firmy po prostu się same pożerają. Nawet partia komunistyczna widzi, że konkurencja jest już nadmierna, firmy tak mocno tną koszty, że to zaczyna im szkodzić. Gdzie jest wentyl bezpieczeństwa? Na rynkach zagranicznych. Chińskie firmy wychodzą na cały świat i nie dość, że są subsydiowane, mają dostęp do państwowego kredytu i innych dopłat, to jeszcze pochodzą ze świata, który jest dużo bardziej konkurencyjny niż nasz. Chińskie firmy to same mięśnie i ścięgna, żadnego tłuszczu, są agresywne, elastyczne, szybkie. Przychodzą do Europy, która jest ugruntowanym rynkiem z zasadami, oligopolami, układami. I się się okazuje, że oni są w stanie wejść tu jak w masło. To zjawisko ma już nawet nazwę: Chiński szok 2.0. Europa znalazła się w stanie absolutnej paniki. W ostatnich miesiącach intensywnie rozmawiam z polskim przemysłem i w różnych branżach słyszę bardzo podobny komunikat: Chiny nas pożerają. Takich historii, jak ta ze Śląska, jest multum. Postępuje wycinanie firm w całej Europie. Polska branża meblarska, która radziła sobie bardzo dobrze, wpadła w stagnację pod chińskim naporem. Bo to nie tylko procesory, fotowoltaika i samochody elektryczne, ale w meblach Chińczycy też są mocni! 

    [

    Bez bomb, bez strzałów. Jak USA i Chiny walczą o chipy](/news/trump-w-chinach-tajwan-chipy-i-najwieksza-technologiczna-wojna-xxi-wieku)

    [

    Putin wraca z Pekinu na tarczy. „Chiny wiedzą, że Rosja jest pod ścianą”](/news/putin-bez-sukcesu-w-pekinie-budowa-nowego-gazociagu-wciaz-wymyka-mu-sie-z-rak)

    [

    Jeszcze Niemcy nie zginęły. Tak wygląda odpowiedź na szturm chińskich elektryków](/news/porsche-cayenne-s-electric-oraz-bmw-ix3-test-niemiecka-odpowiedz-na-chinskie-elektryki)

    Analityk SpotData Gabriel Chrostowski pisze tak: „W Polsce produkcja wyrobów tekstylnych od 2023 r. załamała się o 20 proc., sprzętu elektrycznego aż o 26,5 proc., a produkcja mebli tkwi w stagnacji — zaledwie 1,9 proc. wzrostu przez ostatnie trzy lata. To właśnie w tych trzech branżach import z Chin rośnie najszybciej”.

    Tak. Bo chiński szok 2.0 dotarł do Polski. Wycinane z rynku są nasze produkty końcowe, ale przede wszystkim trwa rewolucja w europejskich łańcuchach dostaw. Wiele zachodnich koncernów, które całkowicie się oderwały od swoich społeczeństw, nie kalkuluje interesem gospodarczym własnych państw, tylko wyłącznie zyskiem kwartalnym. Koncerny doszły do takiej oto konkluzji: skoro nie umiemy z Chińczykami wygrać, bo ich maszyna produkcyjna jest zbyt rozpędzona, to trzeba się przyłączyć. I widać to w wielu obszarach, takich jak biznes samochodowy. Wszystkie koncerny europejskie wchodzą teraz w sojusze z chińskimi firmami, zaczynają produkować chińskie samochody w europejskich fabrykach, robią wspólne rzeczy w obszarze badań i rozwoju, nowe technologie powstają w Chinach, a nie na Zachodzie, efekt tego jest taki, że czapa – czyli zarząd i administracja zachodniego koncernu – utrzymują się na powierzchni, ale cała reszta jest wycinana. Długofalowo skończy się to tym, że z tych zachodnich korporacji zostaną tylko marki i znaki handlowe, bo wszystko inne będzie wypłukane. Na razie dzięki współpracy z Chińczykami ta czapa zostaje, pozornie koncern jako tako sobie radzi, sprawozdanie finansowe się dopina, tyle że wycinany jest cały dotychczasowy europejski łańcuch dostaw.

    Jak wycinany?

    Poprzednie generacje samochodów były wymyślane w Europie, konstruowane w Europie, łańcuch dostaw był europejski. Koncern kupował komponenty i technologię w północnych Włoszech, części brał od niemieckich średnich i małych firm, kupował w Austrii, w Polsce, Czechach – to był cały długi łańcuch dostaw. To dotyczyło samochodów spalinowych. Teraz nowe generacje samochodów elektrycznych powstają na platformach – bateria, układ jezdny, koła – a te platformy są wymyślane w Chinach i stamtąd są importowane. Europejski koncern nakłada na to karoserię i swoje logo, a wszystkie bebechy, które kiedyś pochodziły z europejskiego łańcucha dostaw, pochodzą z Chin. I ta historia powtarza się w kolejnych branżach, bo niemal we wszystkim Chińczycy są silni. W instalacjach fotowoltaicznych, siłowniach wiatrowych, bateriach, magazynach energii. W efekcie cały ekosystem gospodarczy, który powstał w Niemczech i wokół nich, krwawi coraz mocniej. Związki zawodowe zaczęły podnosić larum, bo widzą, że Niemcy są rozdzierane przez wewnętrzny konflikt interesów. Cała szeroka baza średnich firm i pracowników – podstawa niemieckiej stabilności i dobrobytu – znajduje się pod ogromną presją, a z kolei wielkie koncerny nie czują z ich interesem żadnej solidarności. Dotąd wszystko integrowały, a teraz idą własną drogą z Chińczykami, bo chcą za wszelką cenę przeżyć – choćby w formie wydmuszki – a nie martwić się o resztę. I ten podział idzie w poprzek państw. Już nie jest tak, że mamy konflikt interesów Niemcy kontra Polska czy Niemcy kontra Włochy, tylko mamy wielkie koncerny grające coraz częściej przeciwko własnemu przemysłowi i własnym narodom. Cała Europa aż od tego huczy, w Radzie Europejskiej wreszcie otwarcie się o tym problemie mówi, urzędnicy brukselscy próbują wymyślać nowe instrumenty, żeby krwawienie europejskiego przemysłu zatamować. Ameryka okazała się dużo mądrzejsza, postawiła wysokie bariery, ich rynek jest spory i izolowany, próbują swój przemysł odbudowywać, wrócił amerykański protekcjonizm. Tymczasem Unia, która została zbudowała na otwartości, swobodzie przepływu ludzi, towarów i kapitału, wciąż nie umie dostosować się do nowego świata. A ponieważ brakuje amerykańskiego przywództwa w starciu z Chinami, tylko każdy sobie rzepkę skrobie, Trump nie próbuje budować szerszych koalicji, więc zostajemy na placu boju sami z naszym unijnym organizmem ekonomicznym, który pochodzi z pogodnych czasów liberalnego świata. Kompletnie nadzy i nieuzbrojeni znaleźliśmy się nagle w dżungli, w której więksi zjadają mniejszych, silni dominują słabych i nie panują żadne inne zasady. I Polskę też to w końcu dosięgnie. 

    Kiedy i jak?

    Nasza gospodarka dobrze przechodziła kolejne kryzysy i zakręty, bo jest bardzo zróżnicowana i elastyczna. Gdy jeden sektor popada w kłopoty, to inne mają się dobrze i nas ciągną. Mamy swoje atuty, ale jeśli kolosy przemysłowe w zachodniej Europie będą krwawić, to nas też to pociągnie w dół. A druga rzecz, że nasze małe i średnie firmy ledwo okrzepły, akurat teraz zaczynają wyżej boksować, rosnąć i niestety nie dostaną nawet chwili na okrzepnięcie, tylko od razu zostaną poddane chińskiej presji.

    Teza o chińskim szoku 2.0 nie jest przesadzona. Pierwszy chiński szok Europę w zasadzie ominął, to były lata 1990-2000, kiedy Chińczycy nie byli zbyt dobrzy w zaawansowanych produktach, kupowali w Europie maszyny, kupowali know-how, i na tym zachodnie firmy zarobiły ogromne pieniądze. My zresztą dostarczaliśmy do tego dużo komponentów, które szły np. do Niemiec. Tyle że Europa zachowała się jak ten bajkowy pasikonik, który się obijał i zjadał zapasy, gdy mrówka dzielnie pracowała. Koncerny wypłacają bajeczne dywidendy, zamiast inwestować w rozwój. Budzimy się w chwili, kiedy Chińczycy nauczyli się od nas wszystkiego, wyssali technologie i stali się lepsi. Eksportują do nas absolutnie wszystko. Niemcy mają więcej samochodów z Chin niż tam wysyłają.

    Może Cię także zainteresować: „Zdychaj, chłopie!” Na wsi trwa kryzys, który miasto ma gdzieś

    Da się coś z tym robić?

    Albo się prowadzi własną politykę przemysłową, albo zostaje się biorcą polityki cudzej, dziś najczęściej chińskiej. Polski też to dotyczy. Uważam, że to jedna z podstawowych odpowiedzi w tym nowym świecie. Musimy zacząć prowadzić politykę przemysłową, bo czas, gdy wszystko swobodnie przepływało po świecie, wystarczyło być konkurencyjnym, żeby zarabiać i rosnąć, już się kończy. Państwa zaczynają wchodzić z butami do swoich gospodarek, tworzą blokady tam, gdzie nie chcą konkurencji innych państw, zaczynają aktywnie używać różnych zależności do tego, żeby innych blokować, stopować, odcinać – taka jest nowa rzeczywistość, w której musimy zacząć pływać. W wymiarze wojskowym odrobiliśmy w Polsce lekcję, wiemy, że trzeba się zbroić i utwardzać. Teraz musimy wziąć się za drugą część tej układanki i zrozumieć, że w wymiarze handlowo-przemysłowym również obowiązują nowe brutalne reguły gry. Nie chodzi tylko o to, że administracja państwowa powinna zacząć projektować polityki gospodarcze, ale żeby polski biznes zrozumiał, że nie ma innego wyjścia niż współpraca z państwem, zasilanie go wiedzą. Tylko przedsiębiorcy rozumieją, jak funkcjonują ich rynki, ich branże i konkretne łańcuchy dostaw, bo to są rzeczy nieskończenie skomplikowane. Jeżeli do tego spotkania biznesu i państwa nie dojdzie, nie nastąpi przełamanie bariery, w jakiej żyliśmy przez 30 lat, to sobie nie poradzimy. Do każdego zapuka taka chińska firma i go wykończy. 

    Polityka przemysłowa się u nas od zawsze nie udaje.

    Bo państwa poważne potrafią współpracować ze swoimi firmami. Natomiast myśmy ostatnie 30 lat całkiem dobrze żyli w takim paradygmacie, że państwo nie chce kontaktu z biznesem, bo to jest korupcjogenne i podejrzane, a z kolei biznes mówił: wszystko zrobimy sami bez państwa, a nawet przeciwko państwu, które rzuca nam kłody pod nogi, niczego się od państwa nie spodziewamy. I takie podejście po obu stronach trzeba zmienić. Gałąź, na której siedzimy, jest coraz słabsza, w dodatku wszystkie nowoczesne rzeczy, o których marzymy, takie jak polskie technologie kosmiczne czy deep tech, mogą zostać pozbawione paliwa, bo ze strony Chin, USA czy nawet innych państw Europy będzie agresywna blokada. 

    „Niemcy lunatykują w kierunku dezindustrializacji, jakiej doświadczyły Stany Zjednoczone 25 lat temu” – pisze brukselski think tank CER. Dodają nawet, że w Niemczech powstaje nowy pas rdzy jak w USA. Przesadzają?

    Nie. To się już dzieje. Z wyliczeń Brukseli wiemy, że co tydzień w Europie tracimy 10 tys. miejsc pracy w przemyśle. Krwawienie trwa. I pułapka polega również na tym, że możemy źle wskazać winnych. 

    Źle? Czyli?

    Unia nie jest bez grzechu, ale moim zdaniem zaczyna się ogarniać, bo po prostu musi. I już dziś powinniśmy głośno mówić, z czego wynikają nasze europejskie problemy. Bo jakieś siły polityczne ten temat podejmą na pewno, nakręcą spiralę destabilizacji i polaryzacji wewnątrz państw Europy, zaczniemy obwiniać się sami nawzajem o przeróżne rzeczy, a przegapimy prawdziwe przyczyny problemów. Jeżeli pas rdzy się rozleje na południowe Niemcy, Austrię, Włochy, Polskę i Czechy, miasta zaczną się zapadać tak, jak zapadały się miasta amerykańskie, to pożegnamy się z demokracją. Gdy się wie, jak bardzo konsekwentnie chiński mechanizm jest ustawiony przeciwko nam, wtedy trudno mieć złudzenia, że rynek sam to ureguluje. Słyszę takie głosy: przecież niemożliwe, żeby oni tak ciągle i ciągle inwestowali w te swoje fabryki i eksportowali wszystko po kosztach. No właśnie jest to możliwe, bo nie mamy do czynienia z systemem rynkowym. W chińskim systemie panuje co prawda ogromna konkurencja, ale reguły gry są totalnie nierynkowe. Partia komunistyczna zdecydowała, że państwowy system bankowy  będzie dawać pieniądze na budowę fabryk i nieważne, czy one mają teraz popyt, czy nie mają, bo chodzi o to, żeby nadmuchać chińską bazę przemysłową i wypłukać przemysł z reszty świata. „Jak długo to może tak działać? Oni w końcu się wywrócą, chińska bańka pęknie” – słyszę. Oczywiście, że pęknie. Tylko problem jest taki, że to może działać znacznie dłużej, niż my możemy wytrzymać. Ta cała konstrukcja zacznie Chińczykom trzeszczeć, ale do tego czasu nasza przemysłowa baza zostanie wypłukana, okaże się, że już nie ma europejskich czy polskich firm, które cokolwiek własnego produkują. 

    [

    Mistrzowie kopiarki. Dlaczego Polska jest innowacyjna bez innowacji? [Wywiad Sroczyńskiego]](/news/pulapka-sredniego-rozwoju-to-totalna-bzdura-polska-jest-mistrzem-high-tech-sufitu-nie-widac)

    [

    Jak Bruksela pasie alt-prawicę. "Braun się modli o zakaz kotłów gazowych"](/news/jak-bruksela-upasla-brauna-on-sie-modli-o-ets2-i-zakaz-kotlow-gazowych)

    [

    Piekło liberałów. „Jesteśmy wściekli, bo lud nas nie słucha”](/news/pieklo-liberalow-jestesmy-wsciekli-bo-lud-nas-nie-slucha)

    „Niemcy to kraj gorączkowo poszukujący odpowiedzialnych za swoje problemy gospodarcze, na razie zrzucają wszystko na wysokie ceny energii i nadmierną biurokrację” - pisze brukselski CER. Niemcy nie widzą, że główny problem mają z Chinami? 

    Opowiem ci anegdotę. Parę miesięcy temu wspólnie z koleżanką z Niemiec napisaliśmy raport w duchu tego chińskiego szoku 2.0, czyli znalazły się tam rzeczy, o których ci tutaj mówię, pisaliśmy o presji na biznes, na wielkie koncerny, które zaczynają kombinować wbrew interesom własnych krajów, pisaliśmy o postępującej dewastacji Mittelstandu, czyli sektora niemieckich małych i średnich przedsiębiorstw oraz ich polskich i czeskich poddostawców. A druga część tego raportu to były różne pomysły, jak odzyskać konkurencyjność i odeprzeć napór Chińczyków, idąc wspólnym frontem Europy Środkowej. Z mojego punktu widzenia wartością dodaną raportu były te pomysły na wyjście z kłopotów, bo uznawałem, że diagnoza jest oczywista. W Polsce dla każdego, kto się tym interesuje, jasne jest, że Niemcy są obecnie pożerane przez Chiny. Tymczasem nasz raport miał spory oddźwięk w Niemczech, prasa o nim pisała, ale największe zainteresowanie wywołało to, że Niemcy w ogóle mają jakiś problem z Chinami: „Niesamowite, ktoś to wreszcie powiedział!” „No, faktycznie, nasze koncerny mogą mieć problem, bo Chińczycy nas zaczną wycinać z rynku”. To pokazuje, że faktycznie oni mają poważny problem z diagnozą. 

    Bo to niewygodne?

    Tak. Skoro wszystko działało świetnie przez 30 lat, to trudno wyjść z kolein. Sześć lat temu byłem w Berlinie na dużej konferencji o Chinach, uczestniczył w niej jeden z niemieckich prezesów wielkiego przemysłu, który mówił wtedy tak: „No, może Chiny rosną, ale jesteśmy 15 lat przed nimi w technologii, oni nas nigdy nie dogonią”. Ten sam człowiek w tym roku napisał artykuł, że być może jest już za późno, żeby wygrać z Chinami i jedynym wyjściem będzie sprzedaż niemieckich koncernów Chińczykom, bo przynajmniej możemy coś jeszcze na tym zarobić. To właśnie ta samolubna strategia, o której mówiłem: ocalmy zarządy, zostaną niemieckie czempiony wydmuszki, dobre i to, premie dla zarządów nie spadną. 

    Niemcy wrócą do rozumu? 

    Wracają. Nie warto widzieć tej sprawy płasko, czyli że wszyscy Niemcy są głusi i ślepi, albo że nas sprzedali, chcą się dogadać z Chinami, żeby jeszcze trochę zarobić, a reszta Europy niech tonie. Przegapimy wtedy ogromną część Niemiec, która myśli trzeźwo i chce coś z chińskim problemem zrobić. Uważam, że dla nas jest niezwykle ważne, żeby szukać takich Niemców, którzy mogą mieć z nami wspólny punkt widzenia: niemieckich firm, organizacji, związków zawodowych, których interes leży dużo bliżej naszych polskich, niż ponadnarodowych niemieckich koncernów. 

    Problem niemieckich elit z diagnozą sytuacji to sprawa absolutnie podstawowa. Mówią: winne ceny energii, unijna biurokracja oraz że „my Niemcy staliśmy się leniwi”. Kanclerz Merz wrócił z ostatniej wizyty w Chinach – był tam w lutym – i powiedział: „Nie może być już wolnych piątków i 7-godzinnego dnia pracy, jeśli chcemy z Chinami wytrzymać. Za mało pracujemy!” Ten naiwny błąd wynika z niemieckiego ordoliberalizmu, że zawsze jeśli będziesz jeszcze mocniej pracował, to w końcu wyjdziesz na prostą.

    A nie?

    Obecnie to już nie jest prawda. Na pewno nie w zderzeniu z chińską nadprodukcją przemysłową zwiększaną systematycznie i celowo. Ta chińska strona, owszem, jest pracowita, ultrakonkurencyjna, jak mówiłem: same mięśnie i zero tłuszczu, ale całość tej historii nie na tym polega. Państwo chińskie rozdaje im dopalacze. Jakby odjąć Chińczykom subsydia i darmowe kredyty, które przekrzywiają boiska w ich stronę, to wciąż mamy do czynienia z elastycznymi i żądnymi krwi chińskimi firmami, które są po prostu dobre i wiosłują szybko, ale wtedy można stanąć do uczciwej rywalizacji. Teraz równych szans nie mamy. 

    Wśród polskiego biznesu również panuje przekonanie, że gdybyśmy mieli niższe ceny energii i wyszli z systemu ETS, pozbyli się tej całej unijnej biurokracji, to byśmy sobie poradzili. Zgadzam się, że wszystkie te elementy należy zmienić i zreformować, bo polityki unijne zostały uszyte na inne czasy. Natomiast to nie wystarczy. Nawet gdybyśmy zlikwidowali ETS i zaczęli importować tanią energię nie wiem skąd, to wciąż będziemy z nimi przegrywać. Po drugiej stronie jest organizm, który działa zupełnie inaczej niż nasz. I musimy się zacząć z tym mierzyć. Należy reformować Unię, żeby była bardziej konkurencyjna, pozbyła się różnych głupich czy nieadekwatnych pomysłów z czasów dobrej pogody w geopolityce, ale nawet najlepsza reforma nie wystarczy. 

    Co Polska ma robić? Coś w ogóle może?

    Polska musi realizować swój interes w ramach Unii, bo prawda jest taka, że solo już się nie da. Stany Zjednoczone są za małe, żeby samodzielnie sobie z Chińczykami poradzić, Niemcy są za małe, żeby sobie poradzić, Polska tak samo. Musimy szukać sojuszników. I Unia jest jedynym najbliższym i wciąż działającym tworem, w którym można próbować znaleźć odpowiedź na problem chiński. Ale nawet jeśli te rozsądne zmiany w Unii się dokonają, nawet jak się z pewnych szaleństw w rodzaju Zielonego Ładu Bruksela wycofa, problem będzie dalej istniał. Wiele państw nie ma tych obciążeń co Unia, i również jest wykrwawiana przez Chiny. To daje pod rozwagę tym, którzy w odłączeniu od Unii widzą przepis na odzyskanie gospodarczego wigoru. Zostaniemy sami na placu boju, mierząc się z gospodarczym drapieżnikiem 20 razy większym od nas. Mali i średniacy muszą trzymać się razem, bo inaczej będziemy po prostu tortem do podziału.

    [

    Chiński superkomputer z drugim wynikiem na świecie. To efekt amerykańskich sankcji](/news/chinski-superkomputer-z-drugim-wynikiem-na-swiecie-to-efekt-amerykanskich-sankcji)

    [

    Niemiecki przemysł w opałach. To również problem dla Polski](/news/niemiecki-przemysl-w-opalach-czy-polskie-firmy-to-odczuja)

    [

    Olaboga, robot w Sejmie! Szkoda, że nie w przemyśle](/news/robot-influencer-w-sejmie-o-co-chodzi-w-akcji-konfederacji)

    Bruksela ma jakieś nowe pomysły, jak z Chinami sobie radzić?

    Cała Bruksela tym żyje. To się w Polsce nie przebija, ale oni - w przeciwieństwie do Niemców - mają pełną świadomość grozy sytuacji. Jak zacząłem się zajmować problemem chińskim kilkanaście lat temu, to brukselska biurokracja żyła w liberalnym lalalandzie, wolny handel, konkurencja, niech lepszy wygra, a problem Chin to sobie wymyślili Amerykanie. Tak było jeszcze 10 lat temu. Teraz nastąpiła całkowita zmiana. Gdy mam kontakty z Komisją Europejską i rozmawiam o problemie z chińską nadprodukcją, która nas zalewa, to oni natychmiast odpowiadają: „Macie jakieś pomysły, żeby odeprzeć ten zalew? Bierzemy wszystkie, jeśli tylko mieszczą się w traktatach”. Cła nakładane na chińskie towary to nie jest idealne narzędzie, bo łatwo się je omija. Ale mamy też restrykcje w dziedzinie cyberbezpieczeństwa, bo chińskie produkty nie tylko wycinają nasz przemysł, ale mogą też wysyłać do Chin nasze dane. Robimy w UE aukcje na energię odnawialną, gdzie wprost zostało napisane, że udział Chińczyków musi być zmniejszony. Mamy coś, co się nazywa Industrial Accelerator Act, chodzi o to, żeby zamknąć przed Chińczykami rynek i wpuścić ich tylko pod warunkiem, że będą tutaj lokować fabryki i przekazywać technologię, czyli zachować się po chińsku, zrobić to, co dawniej oni nam robili. Mamy nowy instrument przeciwko nadprodukcji, który w tych obszarach, gdzie nawałnica chińskich dotowanych towarów jest największa, stawia twarde bariery. Możliwe jest wycinanie Chińczyków z przetargów publicznych, dzięki temu instrumentowi został wycięty chiński dostawca wagonów metra w Portugalii, a w jego miejsce weszła polska Pesa. Dzieje się bardzo dużo. Tylko nie każdy w Europie to popiera, bo wciąż istnieją bastiony wolnego rynku i ideologicznego myślenia, że swobodny przepływ towarów, ludzi i kapitału załatwi wszystkie kłopoty. W dodatku Chińczycy niezwykle systematycznie torpedują wszystkie nowe rzeczy. 

    Czytaj również: „Ten kraj nie ma mózgu”. Jak Polska marnuje KPO

    Jak?

    Każdy nowy instrument wymyślony przez Brukselę przynosi nowe groźby ze strony Chin. Bardzo niewybrednie dają do zrozumienia, że jeśli będą wdrażane te instrumenty, to będą nas odcinać od komponentów, metali ziem rzadkich, magnesów. Parę razy to już zrobili. Zwykle sprytnie schodzą z groźbami na poziom konkretnych państw narodowych. To działa tak: powstaje w Brukseli jakiś pomysł wspólny, żeby się bronić, Chińczycy wiedzą, że musi on przejść przez cały złożony system decyzyjny, że w pewnym momencie głos państw członkowskich będzie kluczowy, wybierają sobie kilka ofiar i zaczynają grillowanie. Dokładnie miesiąc temu wypuszczono pierwszą propozycję nowego instrumentu, trzy tygodnie później Chińczycy już objechali kilka europejskich stolic i mówią: to macie usunąć, to macie złagodzić, to macie zawetować, bo inaczej odetniemy wam dostęp do rynku tu i tam. Ale jeśli będziecie nam pomagać, to wam coś damy, zainwestujemy. I niestety są w tym skuteczni. Po ostatnim roku, kiedy utarli nosa Amerykanom, poczuli się tak pewni siebie, że nawet do dużych państw europejskich podchodzą z nonszalancją: słuchajcie, nawet nie próbujcie nas blokować, bo będziecie mieli potężny problem. Byłem jakiś czas temu w Pekinie na takich nieformalnych negocjacjach chińsko-europejskich, z udziałem chińskiej administracji i partyjnych urzędników, gdzie miały zostać wspólnie wypracowane jakieś kompromisowe rozwiązania spornych spraw gospodarczych. Strona europejska mówiła: tu, tu i tu zalewacie Europę waszą nadprodukcją, co powoduje nierówne zasady gry w tych branżach, powinniście to zakończyć, bo inaczej zaczniemy się zamykać i robić te wszystkie niemiłe dla was rzeczy. A Chińczycy po drugiej stronie stołu odpowiadali: spróbujcie tylko, to zobaczycie! Czy wy wiecie, jak bardzo jesteście od nas zależni? Nie? To się przekonacie. 

    Uważasz, że Unia sobie z tym poradzi?

    Będzie wojna handlowa z Chinami, w każdym razie z Brukseli idzie taki przekaz. Państwa Europy w traktatach zgodziły się oddać sprawy handlu na poziom unijny, co zresztą miało sens, bo musimy to w jednym miejscu koordynować, jeśli mamy być skuteczni. Chińczycy w Brukselę uderzają niesamowicie mocno. W ogóle nie przyjmują europejskich urzędników, nie ma żadnego dialogu, są tylko wyzwiska. I będzie  gorzej. Konflikt Europy z Chinami wydaje się nieunikniony, bo jesteśmy coraz mocniej przyparci do muru, a Chińczycy nie chcą ustępować. Zrozumienie tego systemowego aspektu jest niezbędne, żebyśmy w Polsce na to sensownie odpowiedzieli. Bo potem wchodzą nowe cła, i nawet Polska popiera te cła, aż nagle jest wielki zonk i podnoszą się takie głosy ze strony biznesu: „Po co my te Chiny drażnimy? To taki wielki rynek, tyle jest szans gospodarczych w Chinach”.  Ukryta dynamika polskiej gospodarki, ten sekret, który mamy - że jesteśmy zdywersyfikowani, elastyczni, pracowici - może pozwoli nam przejść również przez ten zakręt, ale to się nie odbędzie bez ofiar, całe branże w Polsce będą padać. I powinniśmy rozumieć, że to znacznie szersza gra. Nie o jedną czy drugą branżę, tylko o to, jak cały system gospodarczy będzie działał. Czy będziemy mogli w tym nowym układzie dalej rosnąć i czy jako państwo średnie nauczymy się funkcjonować w dżungli.

    ***

    Jakub Jakóbowski (1989) jest wicedyrektorem Ośrodka Studiów Wschodnich i kierownikiem Zespołu Chińskiego OSW. Doktor nauk o polityce i administracji na SGH, stypendystą Taiwan Fellowship na Soochow University w Tajpej i MERICS w Berlinie.

    Artykuł sponsorowanyAD
    PKO BPBlisko Ciebie, blisko Twoich spraw