RAK
    Dwa gole, które upokorzyły Anglię. Jeden był oszustwem, drugi czystym geniuszem

    Dwa gole, które upokorzyły Anglię. Jeden był oszustwem, drugi czystym geniuszem

    1904 odsłon
    Dwa gole, które upokorzyły Anglię. Jeden był oszustwem, drugi czystym geniuszem

    Przemysław Rudzki — Gdyby w 1986 r. istniał VAR, słynna „Ręka Boga” zapewne nie przeszłaby do historii, a losy mundialu w Meksyku mogły potoczyć się zupełnie inaczej. Być może to Anglia, a nie Argentyna, awansowałaby do półfinału i sięgnęła po tytuł. Niewiele meczów mistrzostw świata wywołało jednak

    Gdyby Diego Maradona żył, z całą pewnością zasiadłby w loży VIP na stadionie w Atlancie, żeby dopingować Leo Messiego i spółkę. Udzieliłby setek wywiadów, raz jeszcze skrupulatnie odtworzył przebieg zdarzeń z 22 czerwca 1986 r. Oczywiście na tyle, na ile pozwoliłby mu na to zniszczony używkami umysł.

    Ale Diego nie ma wśród nas od blisko sześciu lat. Zostały wspomnienia z jego niezwykle barwnej kariery, pełnej wzlotów i upadków. Momentów, w których świat kłaniał się przed jego geniuszem, i takich, gdy wszyscy odwracali głowy z odrazą. Zakładano jego kościoły, czyli „Iglesia Maradoniana”, a nawet biorąc pod uwagę fakt, że ten ruch miał zabarwienie humorystyczne, sto tysięcy jego członków z całą pewnością traktowało go jak Boga.

    Czytaj też: Mundial 2026. Jude Bellingham bohaterem Anglii. Dwa gole dały awans do półfinału MŚ.

    W każdym razie – mecz przeciwko Anglii na Estadio Azteca, w obecności 114 tys. widzów, był idealną metaforą życia Maradony. „Pół anioł, pół diabeł” – napisał francuski dziennik sportowy „L’Equipe” po tamtym spotkaniu. Za anielskie, bez wątpienia, uznając zdobycie bramki po przedryblowaniu kilku angielskich rywali, zaś za diabelskie – strzelenie gola ręką, tak ordynarną, tak oczywistą i widoczną, że jeśli w istocie, jak to tłumaczył Diego, była boska, to diabeł musiał się z nim zamienić rolami na tę jedną chwilę.

    Po raz trzeci: sprzedana za 7142500 funtów

    Angielscy piłkarze mieli po meczu sporo wątpliwości, czy wymieniać się z Argentyńczykami koszulkami. Nikt nie miałby do nich pretensji, w końcu rozczarowanie porażką 1:2 w tak skandalicznych okolicznościach w pełni ich usprawiedliwiało. Steve Hodge, piłkarz, który po dobrym sezonie w Aston Villi przeniósł się do Tottenhamu za sporą sumkę – 650 tys. funtów (jak to dzisiaj brzmi!) – uznał jednak, że warto podejść do Maradony i z perspektywy czasu można uznać tamten przebłysk w upale na Azteca za myśl strategiczno-biznesową.

    Całkiem serio zaś – wątpliwe, by pomocnik reprezentacji Anglii w istocie przewidział, co wydarzy się ponad trzy dekady później. Najpierw oddał bowiem koszulkę Maradony do Muzeum Futbolu w Manchesterze (polecam, genialne miejsce), a następnie, po 16 latach ekspozycji, została wystawiona na aukcji w Sotheby's. Licytacja przerosła oczekiwania zarówno domu aukcyjnego, jak i sprzedającego. Trykot osiągnął cenę 7142500 funtów. Został kupiony przez anonimowego milionera.

    – Możliwość gry przeciwko jednemu z najwybitniejszych i najbardziej niezwykłych piłkarzy wszech czasów była dla mnie ogromnym zaszczytem – tak Hodge tłumaczył swoją wymianę z Maradoną świeżo po spotkaniu w Meksyku.

    Co ciekawe, to on próbował wybić piłkę, która ostatecznie pofrunęła wysoko i pozwoliła Maradonie zdobyć niesławną bramkę ręką. Anglicy protestowali jak szaleni, ale sędzia nie zwracał na to uwagi. Był nim Ali Bin Nasser z Tunezji, który po latach stwierdził:

    – Nie zauważyłem zagrania ręką.

    Do dziś nie wiadomo, jakim cudem ubzdurał sobie, że malutki Diego przeskoczył wielkiego Petera Shiltona i głową sięgnął wyżej niż bramkarz Anglii rękami. Wyszedł tutaj brak doświadczenia na takim poziomie.

    Zresztą obwiniali się wzajemnie z asystentem z Bułgarii, który na linii także się zdrzemnął. Bogdan Doczew nie zasygnalizował głównemu arbitrowi nieprawidłowości. Co więcej, tłumaczył to tak, że FIFA nie pozwalała asystentom ingerować w decyzje głównych. Bin Nasser już nigdy nie pojechał na mundial. Obaj na zawsze pozostaną jednym z najbardziej skompromitowanych duetów w historii futbolu. Jeśli ktoś ma wątpliwości co do sensu istnienia VAR-u, niech obejrzy sobie tego gola.

    O ile więc Polakom Bin Nasser mógł się 40 lat temu kojarzyć dobrze – to on sędziował mecz Polski z Portugalią (1:0), jedyny zwycięski na tamtym mundialu – to już Anglikom nie. Oliwy do ognia dolał po latach – jak to miewał w zwyczaju – sam Maradona. W 2015 r. Argentyńczyk odwiedził tunezyjskiego arbitra, którego określał mianem „wiecznego przyjaciela”. Dał mu prezent – koszulkę reprezentacji Argentyny ze swoim podpisem. Pewnie również jest sporo warta.

    Artykuł sponsorowanyAD
    PKO BPBlisko Ciebie, blisko Twoich spraw

    Co o tym sądzisz?