
Michał Walkiewicz — Pomimo medialnego szkwału oraz miesięcy żeglugi po wzburzonych wodach internetu „Odyseja” wreszcie zadokowała w kinach. Na szczęście dla nas filmu nie nakręcili ani historycy z Facebooka, ani domorośli tłumacze ze starożytnej greki. Z pożytkiem dla kina, choć w subtelnym akcie sp
„Spędziliśmy tam cztery dni. W całkowitej ciemności, we własnych szczynach i gównie” – relacjonuje swój pobyt wewnątrz konia trojańskiego mężny Odyseusz, autor najsłynniejszego podstępu w dziejach europejskiej kultury. Fortel ów – podobnie jak wybudowana przez Oppenheimera bomba atomowa – jest w obiektywie Christophera Nolana monumentalnym symbolem upadku cywilizacji, świadectwem triumfu zwierzęcych instynktów nad kolektywnym społecznym wysiłkiem. Tym razem powrót do domu nie wystarczy. Odyseusz musi jeszcze dojść do ładu z własnymi demonami.
Zaniepokojonych tym fabularnym zwrotem przez rufę uspokoję słowami Homera (w genialnym przekładzie Jana Parandowskiego): „Azaliż nie tej pieśni słuchamy najchętniej, co czymś nowym w sercu słuchacza odtętni?”. Kimże jesteśmy, żeby spierać się z facetem, który – o ile istniał i nie był anonimowym kolektywem artystycznym – własnoręcznie wylał fundamenty pod europejską literaturę?
Pisząc scenariusz „Odysei”, Christopher Nolan nie korzystał oczywiście z przekładu Parandowskiego. Nie wziął też na tapet hołubionego w anglosaskich kręgach tekstu George’a Chapmana, ani wiernego greckiej składni tłumaczenia Richmonda Lattimore’a. Skorzystał natomiast z wersji klasycystki Emily Wilson – pierwszej kobiety, która przełożyła Homera na angielski i przy okazji odkryła, że jej szanowni poprzednicy dorzucali sobie tu i ówdzie seksistowskie frazy. „A więc wojna!” – wrzasnęli internauci, znając jej przekład wyłącznie ze słyszenia.
Sam Neill nie żyje. Gwiazdor „Parku Jurajskiego” miał 78 lat
Wbrew obiegowej opinii, wersja Wilson nie jest żadną biblią feminizmu, ani instruktażem, jak wykastrować Odyseusza w sześciu krokach. Jasne, kobiety (i niewolnicy) mają w niej nieco więcej do powiedzenia, lecz gdyby określić ją jednym słowem, byłby to przymiotnik „wstrzemięźliwa”.
Autorka znacznie upraszcza język, wystrzega się archaizmów i rezygnuje z heksametru, zachowując jednocześnie płynność poetyckiej frazy. Przykładowo: słówko „polytropos” tłumaczy dosłownie jako „skomplikowanego człowieka”, nie zaś jako „przebiegłego mędrca”, „chwackiego lisa”, „męża nad mężami”, albo „największego kozaka, jakiego kiedykolwiek nosiła Matka Ziemia”.
W klasycznej heroicznej opowieści „skomplikowany człowiek” byłby oczywiście balastem. Sęk w tym, że Nolanowi z tego rodzaju wstrzemięźliwością po drodze. Jego kino odznacza się tym szczególnym rodzajem realizmu, który pozwala umocować wszystkie mitologiczne elementy w surowej, niemal dokumentalnej fakturze obrazu. Dość powiedzieć, że to przydatna umiejętność. Zwłaszcza w opowieści o wystawionych na próbę, ojcowskich cnotach.
Ojcowie nie mają w kinie Christophera Nolana lekko. Brytyjski reżyser porzuca ich daleko od domu i obserwuje, jak miłość staje się paliwem dla desperacji. Tak było w „Interstellar”, gdzie międzygwiezdny podróżnik pokonał czas i przestrzeń, by znów spotkać się z córką. Podobnie – w „Incepcji”, w której pułapka spiętrzonego snu nie powstrzymała bohatera przed powrotem do rodziny. Nic dziwnego, że w swoich poszukiwaniach Nolan musiał w końcu przywitać się z Homerem; cofnąć się do praopowieści o ojcu wszystkich ojców oraz jego wiecznej tułaczce.
Co ten Uwe? Nie kłóćmy się o „Citizen Vigilante”, stać nas na więcej
Nie potrafię nachwalić się tej decyzji. Przede wszystkim dlatego, że „Odyseja” jest najbardziej „ludzkim” – w znaczeniu zainteresowania ludźmi oraz ich faktycznymi emocjami – filmem w dorobku reżysera. Na poły historyczne, na poły mitologiczne figury splatają się w fascynującym klinczu; w ciągłej gorączce potrzeb, pragnień, ambicji i obsesji. Rozkwita dzięki tym zderzeniom intrygująca opowieść o dziedzictwie, które zostawiamy kolejnym pokoleniom oraz o naturze mitu. Czy może być ufundowany na piramidalnym i niemoralnym kłamstwie, a jednocześnie inspirować do godnego życia?
„Odyseję” otwiera równolegle montowana sekwencja, w której cierpiący na amnezję Odyseusz próbuje poskładać do kupy skrawki wspomnień. W tym samym czasie jego syn Telemach dociera do punktu krytycznego – po trzech latach goszczenia zapijaczonych i agresywnych zalotników postanawia wyruszyć w poszukiwaniu ojca. To elegancka strategia kreślenia emocjonalnej mapy całej opowieści. Stawka jest oczywista, pionki stoją na szachownicy, akcja błyskawicznie spycha nas na krawędź fotela.
Odyseusz w interpretacji Matta Damona jest chodzącą mieszanką determinacji, melancholii oraz ledwie tłumionej agresji. Orbitujące wokół niego postaci dostają mniej czasu ekranowego, jednak zagrane są z podobną swadą. Anne Hathaway błyszczy jako Penelopa, w której Nolan dostrzega przede wszystkim cichą ofiarę patriarchalnego układu sił. Fantastyczny jest również Robert Pattinson jako herszt zalotników Antinoos – bezwstydny cynik, pragmatyk zwiastujący nadejście „nowego ładu” oraz żywy symbol wypaczonej ojcowsko-synowskiej relacji.

Odyseusz (Matt Damon) i Atena (Zendaya) w filmie „Odyseja”, reż. Christopher Nolan, 2026 r. (fot. materiały prasowe)
Dla tych, którzy czekają, aż na głowy Elliota Page’a oraz Lupity Nyong’o spadnie gilotyna, mam złą wiadomość. Page zostaje sprowadzony do roli sumienia Odyseusza. W kilku intensywnych scenach przywołuje duchy wielkich cierpiętników – od Prometeusza, po Joannę D’Arc. Tymczasem Nyong’o pojawia się w podwójnej roli Heleny Trojańskiej oraz jej siostry Klitajmestry. W obydwu wersjach pozostaje jednak przypisem do przypisu, postacią pozbawioną jakiejkolwiek fabularnej wagi.
Odyseusz ucieka z legowiska cyklopa, a z lasów Telepylosu przeganiają go olbrzymy. Staje też u bram Hadesu, targuje się z wiedźmą Kirke, zaś w wolnych chwilach śni koszmary o wojnie trojańskiej. Nolan inscenizuje te sceny z taką reżyserską swadą i przy tak minimalnym użyciu cyfrowych efektów specjalnych, że ręce same składają się do oklasków.
W jednej scenie jego film oddycha szerokimi planami. W kolejnej dusi się w klaustrofobicznych, oświetlonych punktowo wnętrzach. Sporo tu miękkiego surrealizmu, dzięki któremu zderzenie Odyseusza z beznamiętną przyrodą nabiera cech groteski. Jeszcze więcej – czystego kina grozy. W teorii to dla Nolana nieodkryta ziemia. W praktyce sekwencje w jaskini cyklopa oraz chatce Kirke są przepięknym hołdem dla klasyków horroru oraz europejskich baśni.
Sceny batalistyczne mają odpowiedni impet, dramatyczne ucieczki podkręcane są hipnotyczną, pulsującą muzyką Ludwiga Göranssona, a obcałowywane kamerą pejzaże dają nam odrobinę ukojenia. Dzięki popisom operatora Hoyte van Hoytemy wszystkie te atrakcje zyskują wiele na IMAX-owym ekranie.
Zaskakujące jednak, ile narracyjnej energii jest w scenach kameralnych, intymnych, wzniesionych wyłącznie na dialogu. To ważne w opowieści, w której chce się zmieścić zarówno faceta dumającego nad naturą wojny, jak i mackowatego stwora, który masakruje jego towarzyszy broni. Zaś jeszcze ważniejsze w filmie, który trwa tak długo, że w trakcie seansu sami zdążylibyśmy wrócić z Troi do Itaki.
„Kapitan Bomba” i „Wielki powrót”. Fani czekali 13 lat
Im bliżej finału, tym chętniej Nolan zbacza z kursu homeryckiej „Odysei” i zmierza w stronę jej współczesnej reinterpretacji. Nie spodziewajcie się jednak zamachu na kolektywny sen o starożytności. To raczej kwestia przesunięcia akcentów; przypomnienia nam, że „Odyseja”, mimo pozłotka heroicznego eposu, jest również opowieścią o porażce, wypaleniu i przewartościowaniu priorytetów.
W tej ostatniej czynności Nolan ewidentnie dostrzega coś szlachetnego. Wykorzystując steranego, umęczonego i wątpiącego Odyseusza, przekonuje, że to właśnie ona jest esencją człowieczeństwa. A ja się z nim zgadzam. Zawsze lepsze to niż zdziczeć i w imię cudzego interesu zniszczyć całą cywilizację.