RAK
    W Warszawie nie wierzyli, że w Koninie potrafimy wybudować wieżowce

    W Warszawie nie wierzyli, że w Koninie potrafimy wybudować wieżowce

    1058 odsłon
    W Warszawie nie wierzyli, że w Koninie potrafimy wybudować wieżowce

    Sześćdziesiąt lat temu najwyższe budynki w Koninie nie miały więcej jak pięć kondygnacji. Ale w marcu 1966 roku rozpoczęto betonowanie fundamentów pierwszego w naszym mieście wieżowca. Choć w Warszawie obawiano się, czy w Koninie potrafią stawiać tak wysokie konstrukcje, budynek przy ulicy Tuwima 3 stoi do dzisiaj.

    Mało tego, stoi wszystkie siedem wieżowców, które w założeniach planistów miały stanowić dominantę centrum nowego Konina, w tym samym czasie przygotowywano bowiem wykopy pod fundamenty dwóch następnych wysokościowców przy Tuwima 1 i 5.

    Przy „Czarnej Mańce”

    Wszystko to działo się na moich oczach, bo mieszkałem wtedy w sąsiednim bloku przy Tuwima 2, ale że miałem wtedy niespełna pięć lat, a poza tym wkrótce się stamtąd wyprowadziliśmy, moja pamięć nie zachowała żadnych obrazów z tego miejsca. Zresztą cały nowy Konin (a trzecie osiedle w tamtym czasie szczególnie) był jednym wielkim placem budowy, więc krzątanina robotników i maszyn wokół trzech wielkich dołów nie była niczym nadzwyczajnym.

    Pamiętam już jednak, kiedy pod koniec lat sześćdziesiątych oddawano lokatorom do zasiedlenia kolejne wieżowce przy ulicy Dworcowej. Pierwszy stanął w grudniu 1969 roku zaraz za „Czarną Mańką” a tuż przy skrzyżowaniu Dworcowej z Poznańską numer 5, a po nim kolejno 7, 9 i - tuż przy wybudowanej w tym samym czasie reprezentacyjnej siedzibie Narodowego Banku Polskiego – jedenastka.

    Drzwi w windzie

    Patrzyliśmy z dumą i podziwem na zupełnie nowe w konińskim krajobrazie wielgachne konstrukcje, ale że w roku szkolnym 1969/1970 byliśmy uczniami drugiej klasy, głównym tematem naszych rozmów były... windy. Rzecz w Koninie całkowicie nowa a że przypominała atrakcje wesołego miasteczka, wkrótce co śmielsi spośród nas stali się zmorą mieszkańców. Punktem w ówczesnym dźwigu osobowym najbardziej wrażliwym były bowiem wewnętrzne wahadłowe drzwi, które trzeba było bardzo dokładnie domknąć, żeby winda ruszyła z miejsca. A po każdej takiej szarpaninie z nimi młodego amatora wędrówek z parteru na dziesiąte piętro i z powrotem, domknąć je było trudniej.

    Zlikwidować ubikacje

    Do 1965 roku w Koninie i innych miastach powiatowych nie wolno było stawiać większych budynków niż czteropiętrowe. Aż Józef Karykowski, który pracował przez pewien czas w Warszawie, a w 1962 roku został kierownikiem Dyrekcji Budowy Osiedli Robotniczych (DBOR) w Koninie, doszedł do wniosku, że wieżowce nadadzą inny, bardziej wielkomiejski charakter osiedlu na prawym brzegu Warty. Ale nie tylko o wygląd chodziło. Mieszkań potrzeba było coraz więcej, a że socjalistyczne państwo nie nadążało ich stawiać, wymyślano wciąż nowe sposoby, żeby ich budowę przyspieszyć i potanić. Jednym z pomysłów były mieszkania bez... łazienek.

    • Na początku 1963 roku dostałem od Ofierskiego, on był dyrektorem Wojewódzkiej DBOR w Poznaniu, polecenie, żeby tak przerobić dokumentację bloków na czwartym osiedlu, które akurat zaczęliśmy stawiać, by – jak powiedział – „potanić to budownictwo i zlikwidować łazienki, a ubikacje przenieść na półpiętra, żeby cała klatka z nich korzystała” – opowiadał mi dwanaście lat temu.

    Wzięli odpowiedzialność

    Józef Karykowski wymyślił, że zamiast budować mieszkania bez łazienek, obniży koszty, stawiając w Koninie wieżowce. W tym celu musiał uzyskać zgodę samego wicepremiera Juliana Tokarskiego. Żeby szybko nadać całej sprawie bieg, koninianin poprosił o protekcję konińskiego posła.

    • Kazimierz Graczyk pracował w komisji budownictwa w Sejmie i poprosiłem go o wyjednanie drogi do premiera – zaczął swoją relację Józef Karykowski. - Po jakimś czasie Kaziu przychodzi i mówi, że jesteśmy umówieni.

    Podczas wizyty w rządowym gabinecie panowie byli pytani o wydajność budownictwa mieszkaniowego w Koninie, o postęp prac i temu podobne rzeczy.

    • Na koniec pyta: „co chcecie” – kontynuował swoją opowieść mój rozmówca. - Wyjaśniamy, a on, że tego nie wolno. „No, ale premier może to zmienić” - mówimy. „A mocno chcecie”. „Mocno, nie mocno - chcemy!”. „A w Koninie będą umieli to zrobić?”. „Będą”. „Bierzecie odpowiedzialność za to?”. „Bierzemy”. „To macie zgodę. Ministerstwo budownictwa wyda wam zezwolenie” – usłyszeli na koniec emisariusze z Konina.

    W Gdańsku zaprojektowane

    Jednocześnie w pracowni urbanistycznej Politechniki Gdańskiej powstawał projekt zagospodarowania centrum nowego Konina, którego owe wieżowce miały być częścią. Zaczęło się od wizyty Stanisława Kruka, ówczesnego architekta powiatowego w gabinecie Józefa Karykowskiego.

    • Przyszedł kiedyś do mnie i mówi, że chciałby dla powiatu coś opracować, żeby powiat mógł się przenieść na osiedle – wspominał ówczesny szef DBOR.

    Z tej właśnie rozmowy zrodziła się idea, żeby zlecić wspomniane opracowanie zespołowi prof. Rębiszewskiego z gdańskiej politechniki, której Stanisław Kruk był absolwentem. Paradoksem jest, że nowa siedziba Urzędu Powiatowego, którą panowie widzieli na dzisiejszym placu Niepodległości tuż przy skrzyżowaniu Alei 1 Maja z ulicą Dworcową, ostatecznie nie powstała.

    Jak w Warszawie

    Również tam powstał projekt galeriowca wybudowanego za tartakiem, zamiast którego zbudowano później pawilony Domów Towarowych „Centrum”. One również zostały zaprojektowane przez gdańskich urbanistów, ale ich ostateczny kształt mocno odbiegał od założeń.

    • W 1973 roku to zostało przemeblowane całkowicie i jest inne, niż było zaprojektowane w latach 60 – dowiedziałem się od Józefa Karykowskiego. - To miało przypominać warszawskie centrum przy ulicy Marszałkowskiej naprzeciwko Pałacu Kultury - długi, elegancki, dwukondygnacyjny budynek handlowy. Tam się wszystko mogło mieścić. A przy dworcu miało być kino, nawet całodobowe, kawiarenka dla podróżnych. Dlaczego to zmienili? Chodziło prawdopodobnie o szybkość, żeby to zrobić na 30-lecie PRL.

    Mniej niż 3 metry w łazience

    Mieszkania w pierwszych konińskich wieżowcach są maleńkie. Na każdym piętrze zmieściło się ich osiem, z największym pokojem o powierzchni 16 m kw. Sześć lokali ma po dwa pokoje o powierzchni 11 lub 8 m kw. Największa kuchnia ma prawie 6 metrów, a najmniejsza zaledwie 4. Większość łazienek ma niespełna 3 m kw., największe 3,2 m kw. Jeszcze mniejsze są piwnice, w których trudno jest cokolwiek zmieścić.

    To z tego względu lokatorzy tych mieszkań często się zmieniali, bo jak tylko pojawiała się taka możliwość, rodziny starały się o coś większego. Tak było z Michałem Gruszczyńskimi, któremu huta obiecała własne lokum w umowie o stypendium fundowane. Zanim jednak wybudowano blok przy ulicy Bydgoskiej, w którym przydzielono mu docelowe lokum, w 1975 roku zamieszkał z żoną w wieżowcu przy ulicy Tuwima 3, który pełnił rolę hotelu pracowniczego Huty Aluminium „Konin”

    Ruchoma podłoga

    Ruch lokatorów był więc spory i dlatego trudno jest dzisiaj znaleźć osoby, które by tam naprawdę długo mieszkały. Jedną z nich jest Marzena Mitulska, której rodzina wprowadziła się tutaj w połowie lat siedemdziesiątych, kiedy ona miała cztery lata.

    • Mój tata Marian Pietrzak pracował w hucie - chyba na walcowni – dostał to mieszkanie – poinformowała mnie pani Marzena. – Zapamiętałam z tego czasu ruchome płytki PCV, którymi wyłożone były podłogi. Ponieważ się odklejały, służyły mi do zabawy.

    Okna mieszkania państwa Pietrzaków wychodziły na sąsiedni wieżowiec, w którym wtedy mieścił się hotel „Górnik”, przeniesiony z budynku dzisiejszego starostwa.

    • Miałam widok na piaskownicę, więc wiedziałam, kto jest na dworze, dalej przed blokiem Tuwima 4 był piękny plac zabaw, a bliżej banku (dzisiejszej biblioteki – dop. RO) siedziba harcerzy i organizacji młodzieżowych.

    Blisko do baru i cukierenki

    Mieszkanie Marianny Mitulskiej ma tylko dwa pokoje oraz maleńką kuchnię i łazienkę -  w sumie 35,3 m kw. Zamiast piwnicy ma na korytarzu schowek. Moja rozmówczyni pamięta, że w ich blok do windy można się było dostać bez klucza, za to bardzo często się psuła.

    • Często nie zdążyłam przez to do szkoły, a jeszcze gorzej było, kiedy stanęła między piętrami – opowiadała mi Marzena Mitulska. - Na szczęście na miejscu mieszkał pan Maciak, któremu huta płaciła za naprawianie bieżących usterek.

    Piąte piętro to oczywiście problemy z wodą, która nie zawsze miała na tyle duże ciśnienie, żeby docierać do wyżej położonych mieszkań.

    • Kiedy byłem dzieckiem, w spaniu przeszkadzały mi hałasy, jakie dochodziły z rur wodociągowych. To było takie dudnienie jak od kul do kręgli.

    Oprócz minusów mieszkanie przy Tuwima miało swoje plusy i pani Marzena z przyjemnością wspomina pączki z cukierenki „Mini”, która była obok „Domu Dziecka”, pyszne obiady w barze mlecznym czy zakupy w „Supersamie”.

    Fot. 1 i 2: Stanisław Baran


    Źródło: LM.pl

    Artykuł sponsorowanyAD
    SamsungGalaxy AI - nowa era

    Co o tym sądzisz?