
Prawie trzydzieści lat temu jeden z mieszkańców galeriowca zawiadomił policję, że u sąsiadów słyszał huki, jakby ktoś użył broni palnej. Może by uznał to za halucynacje słuchowe, bo skąd w spokojnym blokowisku strzelanina, gdyby nie fakt, że wcześniej zza ściany od wczesnego ranka dochodziły krzyki,
Prawie trzydzieści lat temu jeden z mieszkańców galeriowca zawiadomił policję, że u sąsiadów słyszał huki, jakby ktoś użył broni palnej. Może by uznał to za halucynacje słuchowe, bo skąd w spokojnym blokowisku strzelanina, gdyby nie fakt, że wcześniej zza ściany od wczesnego ranka dochodziły krzyki, a potem odgłosy szamotaniny i wreszcie bójki. Dyżurny natychmiast wysłał na ulicę Powstańców Styczniowych radiowóz.
Na miejscu funkcjonariusze zastali gospodarza mieszkania obficie krwawiącego z licznych ran. Miał też - co ustalił później lekarz – złamany nos a na głowie rany od rozbitej butelki. Ale nikt do niego nie strzelał, zapewniał stróżów prawa, którzy odnieśli też wrażenie, że mężczyzna bagatelizuje całe zdarzenie, a intruzami nie są czterej obecni w jego mieszkaniu mężczyźni, tylko policjanci.
Bez urazy
Mężczyzna zaprzeczył też, jakoby ktokolwiek do niego strzelał. Zapytany, skąd w takim razie huk, który słyszeli sąsiedzi, odparł, że to musiała być broń gazowa, której faktycznie użyto, ale to przecież nic takiego i on do nikogo urazy nie żywi.
Może i udałoby się tę nieszczęsną strzelaninę zatuszować, gdyby jeden z policjantów nie dojrzał na suficie – pechowo dla zainteresowanych świeżo odnowionego, a więc i czystego jak alba przed komunią – otwór idealnie pasujący do ostrego pocisku. Na niewiele się to jednak zdało, bo Przemysław (pozostańmy przy samych imionach, bo w tej historii nie chodzi o personalia) – mimo odniesionych obrażeń - nie zgłaszał do nikogo pretensji, a jeszcze mniej mieli do powiedzenia jego goście.
Poszło o jeepa?
Faktom nie dało się jednak zaprzeczyć, a rany poszkodowanego były zbyt groźne, żeby dało się je przemilczeć. Policjanci ustalili, że nieproszeni goście wtargnęli do mieszkania pana Przemka o szóstej rano, a jeden z czterech intruzów rozbił na jego głowie butelkę i przy pomocy noża poczynił mu liczne dziury w klatce piersiowej i przedramionach. Strzelał z nielegalnie posiadanego pistoletu Jacek, nikt natomiast, łącznie z poszkodowanym, nie wiedział, kto złamał gospodarzowi nos.
Największą zagadką dla śledczych była przyczyna konfliktu. Zarówno napastnicy, jak i poszkodowany zdecydowanie zaprzeczali, żeby miała ich dzielić jakakolwiek różnica zdań. Ustalono tylko, że krótko przed zdarzeniem policja zabrała panu Jackowi jeepa grand cherokee. Samochód był bowiem zarejestrowany na kobietę, która nie miała pojęcia, że jest właścicielką tak kosztownego pojazdu. A pośrednikiem w jego zakupie był właśnie nasz poszkodowany. Czy właśnie dlatego ów Jacek strzelał w mieszkaniu pana Przemka? – zastanawiali się śledczy.
Policyjna fuszerka
Kiedy prokuratura wysłała już do Sądu Okręgowego w Koninie akt oskarżenia, czwarty z uczestników owego zdarzenia oddalił się z miejsca zamieszkania w nieznanym kierunku, więc w przybytku Temidy przy ulicy Energetyka stawiło się tylko trzech sprawców najścia na mieszkanie w galeriowcu. W pierwszym wyroku sąd uznał, że razem z kilkoma innymi oskarżonymi panowie tworzyli zorganizowaną grupę przestępczą, która zmuszała właścicieli dyskotek w Patrzykowie i Modlibogowicach do zatrudniania wskazanych przez nich ochroniarzy i comiesięcznego opłacania haraczy oraz handlowała narkotykami.
Za to oraz za usiłowanie zabójstwa pana Przemysława Sąd Okręgowy w Koninie skazał ich na kary od trzech do siedmiu lat pozbawienia wolności. Sąd Apelacyjny uchylił jednak wyrok w części dotyczącej zamachu na życie lokatora z ulicy Powstańców Styczniowych, ponieważ konińscy policjanci tak niedbale i nieprofesjonalnie zebrali ślady z miejsca zdarzenia, że nie sposób było rzetelnie ocenić wydarzenia, do których tam doszło. Dopiero po kilku kolejnych wyrokach i ich uchyleniach skazano Jacka na 4,5 roku, a Piotra na cztery lata pozbawienia wolności - obu za użycie broni palnej podczas napadu.
Policjanci kupili od „placków”
Mniej więcej 20 lat temu udało się wreszcie ściągnąć do Polski czwartego sprawcę najścia na lokatora mieszkania w galeriowcu. Zespół Poszukiwań Celowych KW Policji w Poznaniu namierzył pana Artura w Holandii siedem lat po wystawieniu za nim europejskiego nakazu aresztowania. Zdaniem stróżów porządku z Helmond, gdzie mieszkał Koninianin, mężczyzna nigdzie nie pracował i utrzymywał się z działalności przestępczej.
Ścigała go również Prokuratura Okręgowa we Wrocławiu, rozpracowująca wtedy konińskie gangi narkotykowe. Choć konińska policja deptała im po piętach już od pewnego czasu, to przyłapać handlarzy z dużą partią amfetaminy i ekstazy udało się dopiero funkcjonariuszom wrocławskiego Centralnego Biura Śledczego. W październiku 2005 roku podstawieni ludzie kupili od dwóch „placków” – jak ich nazywano - 79 tys. tabletek ekstazy i 400 gram amfetaminy. W ciągu kolejnych dwunastu miesięcy większość członków gangu znalazła się za kratkami.
Prochy za 7 mln zł
Owocem dociekań wrocławskich śledczych było kilka aktów oskarżenia, którymi zajmował się Sąd Okręgowy w Koninie. Sale rozpraw z trudem mieściły wszystkich oskarżonych, których na każdym procesie było po kilkunastu. Jednej z grup zarzucono sprowadzenie z Holandii milionów sztuk tabletek ekstazy i setki kilogramów amfetaminy i marihuany. Kupowało je małżeństwo holenderskich rezydentów gangu, a towar przemycano przez granicę w 10-kilogramowych opakowaniach od proszku do prania. Jednorazowo mieściło się w nich 20-30 tys. tabletek ekstazy lub do 2 kg marihuany.
W Koninie prochy trafiały najczęściej do „trzymaczy”, jak nazywano magazynierów. Ci przekazywali je najlepiej umięśnionym członkom gangu, którzy dostarczali narkotyki drobnym handlarzom i dbali o to, by na ulicy nie pojawiał się żaden obcy towar. Jeśli ktoś się nie podporządkowywał, dostawał łomot. Gangsterzy wywalczyli sobie wyłączność na konińskim rynku narkotykowym i począwszy od 2001 roku przez cztery kolejne lata wydali na zakup towaru prawie siedem milionów złotych. Zarobili kilkakrotnie więcej.
Wybuchające samochody
Dwa miesiące po strzelaninie w galeriowcu na Chorzniu i piątym osiedlu w Koninie doszło do dwóch wybuchów bomb pod samochodami należącymi do co prominentniejszych przedstawicieli grup handlarzy narkotyków w Koninie. A właściwie do jednego, bo drugi pojazd został wysadzony – jak się później okazało – przez pomyłkę. Marka – BMW oczywiście - była ta sama, ale właściciel inny, niż sądzili sprawcy. Panowie bili się o „skromne” zyski, które – jak zeznał jeden ze skruszonych gangsterów – wynosiły 20 lat temu około 10 tys. zł miesięcznie.
Tak wyglądały najbardziej spektakularne a więc i jedyne widoczne dla przeciętnego mieszkańca Konina rezultaty działalności narkogangów, które w naszym mieście swój złoty okres przeżywały pod koniec lat dziewięćdziesiątych i na początku dwutysięcznych.
Jako ilustrację do tekstu wykorzystano zdjęcie galeriowca Ryszarda Fórmanka
Źródło: LM.pl