
Piątek, 17 lipca 2026R. IMIENINY: Anety, Aleksego, Julietty
21.3°C
Fot. (Okładka płyty) To niewiarygodne. Minął zaledwie rok, gdy w tym miejscu napisałem szerzej o płycie „Look Up” byłego muzyka zespołu The Beatles Ringo Starra. Były perkusista zespołu i dawniej z całej czwórki najmniej eksponowany, wydał znowu płytę z tytułem „Long Long Road”. Można wręcz mieć wrażenie, że dwaj żyjący muzycy grupy The Beatle, ścigają się jak za najlepszych czasów. Przypomnę, że w połowie czerwca Paul McCartney zaprezentował nowy solowy album „The Boys Of Dungeon Lane”. Panowie są już po 80., a wolą spędzać czas w studiach nagrań niż na ławeczce w parku.
Wiele przemawia za tym, żeby uznać najnowszą płytę Ringo Starra za kontynuację poprzedniego krążka. Prawdę mówiąc Ringo Starr nigdy nie był rewolucjonistą, muzykiem burzącym ład rocka lub podążającym za nowymi trendami. Kochał zawsze tradycję rock and rolla, miał sentyment do muzyki, którą podziwiał jako nastolatek i w tych krótkich, piosenkowych formach rytmicznych czuł się najlepiej. Ostatnie lata Ringo Starra to flirt z dźwiękami na styku country, americany i właśnie rock and rolla. Znalazł też chyba bratnią duszę jaką jest producent T-Bone Burnett. Mógłbym napisać osobny elaborat o tym człowieku, ograniczę się tylko do przypomnienia, że T-Bone Burnett jest gitarzystą, kompozytorem i potrafi wykreować w nagraniach określone, indywidualne brzmienie. Na płytę „Long Long Road” to właśnie T-Bone Burnett przygotował 6 z 11 piosenek. Współautorem kilku utworów jest również Ringo Starr. Wśród autorów piosenek znaleźć można jeszcze jedno cenne nazwisko Paula Kennerley’a. Nie ma wątpliwości, że materiał wyjściowy na płytę przygotowali twórcy gwarantujący dobre kompozycje. Z kolei przy realizacji nagrań znalazło się wielu wspaniałych instrumentalistów, na czele z takimi wirtuozami jak Colin Linden, Billy Strings i Paul Franklin. Do grona znakomitości dopisać trzeba wokalistkę Sheryl Crow i gitarzystkę Molly Tuttle.
Słuchając płyty „Long Long Road” nie mam wątpliwości, że wszyscy wymienieni artyści i kilku innych, czerpali wielką przyjemność z samego nagrywania. Tę swobodę, luz i radość czuć i słychać od pierwszego utworu „Returning Without Tears”. Nikt nie wyrywa się do popisów instrumentalnych, muzyka płynie lekko i tylko co parę taktów słychać, jak muzycy ze sobą dialogują, jak reagują na drobne ornamenty lub mocniejszy akcent muzyczny. Jeszcze bardziej przyciąga nagranie „Baby Don’t Go”. W drugiej połowie płyty piosenki „Choose Love” i „bonusowa „Couldn’t Love You More” przywołują styl muzyki zespołu The Beatles. Brzmienie muzyki idealnie oddaje klimat lat 50. i początku lat 60. Gitary elektryczne w starym stylu, mieszają się z akustycznymi, gdzieś wskoczą na moment skrzypce lub mandolina. Ringo Starr śpiewa w manierze jego idoli z młodości. Płyta utrzymana jest w stałym pulsie rytmicznym, bez skoków tempa i dynamiki. Nastrój piosenek jest także zrównoważony, czasem wręcz relaksowy lub melancholijny. O ile Paul McCartney na ostatniej płycie nawiązuje do dzieciństwa i młodości w rodzinnym Liverpoolu, to Ringo Starr zawęził tematykę piosenek do miłości, jest w tym rozpamiętywaniu uczucia czasami rozczulający. Jest godne podziwu jak potrafi ciągle pielęgnować miłość i śpiewać. Dużo sentymentalnych nut czasem nawet trochę ckliwych. Ten niezmienny optymizm i pogoda ducha Ringo Starra na tej płycie bardzo artyście pasują.
SERWIS INFORMACYJNY
Źródło: Radio Poznań (d. Radio Merkury)