RAK
    Oszczepnik, który został księdzem i ekspertem od medali

    Oszczepnik, który został księdzem i ekspertem od medali

    575 odsłon
    Oszczepnik, który został księdzem i ekspertem od medali

    Ks. kanonik Jan Stachowiak, zmarły pod koniec czerwca, był nietuzinkową postacią: w młodości utalentowanym oszczepnikiem, który osiągał lepsze wyniki niż Janusz Sidło. Później został księdzem i stworzył jeden z najcenniejszych na świecie zbiorów numizmatów papieskich. Kolekcję tę przekazał w darze Diecezji Kaliskiej na kilka lat przed śmiercią.

    Ks. kanonik Jan Stachowiak s tworzył jeden z najcenniejszych na świecie zbiorów numizmat ów papieski ch. Na kilka lat przed śmiercią przekazał go w darze D iecezji Kaliskiej . Zmarły pod koniec czerwca kapłan był pod wieloma względami postacią nietuzinkową. W młodości był na przykład wielką nadzieją polskiego oszczepnictwa, uzyskując lepsze wyniki niż legendarny Janusz Sidło.

    Przyszedł na świat w 1935 roku w Tłokach koło Wolsztyna. Wspominał, że gdy obchodził pierwsze urodziny, zgodnie z tradycją wyłożono przed nim książkę, różaniec i monetę. Bez wahania sięgnął po monetę i to nie byle jaką. Ojciec był wytrawnym kolekcjonerem, stąd na stole pojawił się unikalny egzemplarz z 1932 roku z podobizną Nike. Widząc, że potomek sięga po tak bezcenny okaz, Stachowiak senior orzekł, że ma godnego następcę. Tak też się stało, ale czas pokazał, że syn przerósł ojca.

    Od obrazków kolędowych do medali

    Okres dzieciństwa przypadł na okupację i trudne lata powojenne, więc udało mu się wtedy zbierać jedynie obrazki kolędowe. W wieku dorosłym pochłonęły go znaczki pocztowe. Pragnął jednak, aby kolekcjonowanie szło w parze z badaniami naukowymi. Porzucił więc znaczki dla monet, stwarzając w krótkim czasie bardzo imponujący zbiór. Gdy i tu możliwości badawcze się wyczerpały, przestawił się na medale, gdzie mógł z powodzeniem łączyć pasję z systematycznym poszerzaniem wiedzy historycznej i artystycznej. Każdy kolejny eksponat, jaki trafiał w jego ręce był natychmiast szczegółowo opracowywany pod kątem sposobu wykonania, wydarzeń, które upamiętniał, czasów, w jakich powstawał. Gdy doszedł do pułapu 8 tysięcy monet i 10 tysięcy medali uznał, że najpiękniejsze ze wszystkich są medale papieskie i postanowił na nie ukierunkować swoją kolekcję.

    Dzięki ścisłej specjalizacji stał się posiadaczem najcenniejszego takiego zbioru w Polsce i jednego z największych na świecie. O jego wartości niech świadczy fakt, że znalazły się w nim 24 medale wykonane z masy wulkanicznej z Pompejów – miasta zalanego lawą w 79 roku n.e. Udało mu się również zgromadzić 60 medali zwanych “annuale”, wydawanych raz w roku dla upamiętnienia ważnych wydarzeń wszystkich pontyfikatów, począwszy od papieża Marcina V do Franciszka, czyli przez okres 600 lat. Swoją wiedzę pogłębiał naukowo, uzyskując doktorat na podstawie rozprawy „Medale papieskie 1417–1527”. Fachowość ks. Jana doceniono, wybierając go do składu Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Archeologicznego i Numizmatycznego, gdzie zasiadał w latach 1987-92. Był jedynym duchownym we władzach tej organizacji w ciągu 200 lat jej istnienia. W tym czasie miał nawet propozycję objęcia funkcji kustosza nowo utworzonego Muzeum Numizmatycznego w Warszawie. Warunkiem była rezygnacja z kapłaństwa, więc temat upadł równie szybko, jak się pojawił…

    Kolekcjonerskie perełki

    Kapłan był niejednokrotnie pytany o to, który medal szczególnie sobie cenił. Wskazywał wtedy na egzemplarz z 1773 roku, na którym umieszczono trzech odchodzących jezuitów oraz Chrystusa ze św. Piotrem i papieżem Klemensem XIV. Pod nimi umieszczono słowa “Nigdy wszyscy ode mnie nie odchodźcie”.

    – Jezuici, prowadząc misje w Ameryce Południowej, szczególnie w Paragwaju, mówili, że wszyscy ludzie są równi. Nie spodobało się to wielu środowiskom w Europie, stąd naciski na papieża Klemensa XIV, aby rozwiązał ten zakon. Mimo, że był franciszkaninem, pod naciskiem dyplomatów zrobił to. Jezuici za to przepowiedzieli mu, że wkrótce umrze i rzeczywiście niecały rok potem zakończył życie na rękach św. Pawła od Krzyża – wyjaśniał.

    Dużym sentymentem darzył także medal z 1417 roku, jaki wybito po soborze w Konstancji w ilości zaledwie 30 sztuk. Wykonał go artysta i autor fresków w Bazylice św. Jana na Lateranie Antonio Pisanello na zlecenie księcia Giovanniego Medici. Kiedy gotowy medal wręczono ówczesnemu papieżowi Marcinowi V był tak zachwycony, że postanowił wydawać taki medal co roku. Niezwykły jest również medal z papieżem Innocentym XI z roku 1685. Na jego odwrocie jest treść depeszy, jaką Jan III Sobieski wysłał do papieża po zwycięskiej odsieczy wiedeńskiej: ,,Przybyliśmy, zobaczyliśmy, Bóg zwyciężył”.

    Dar dla diecezji

    Bogaty zbiór z biegiem czasu coraz bardziej się rozpraszał przez liczne włamania i kradzieże, m. in. w czasie odprawiania przez kapłana Pasterki w 1983 roku. Ostatecznie postanowił on przekazać całą swoją unikalną kolekcję do Muzeum i Archiwum Diecezji Kaliskiej. Dołączył do tego obszerną i bardzo szczegółową dokumentację oraz bibliotekę licząca około tysiąca specjalistycznych książek poświęconych numizmatyce.

    Sobie zostawił jedynie na pamiątkę teczki z wizerunkami wszystkich medali by móc do nich w każdej chwili wrócić i przypomnieć sobie związane z nimi historie, okoliczności ich pozyskania czy epokę, z której pochodzą. Zawsze bowiem powtarzał, że każdy medal ma dwie historie – tę, którą upamiętnia, jak i tę własną. Ciekawostką jest, że ks. kanonik Jan Stachowiak sam również został uwieczniony na medalu. W 1990 roku wydano egzemplarz z jego wizerunkiem i napisem: ZNAWCY MEDALI PAPIESKICH – PRZYJACIELOWI PRZYJACIELE.

    Niedoszły rekordzista świata

    W młodości ks. Jan Stachowiak był dobrze zapowiadającym się sportowcem. 23 czerwca 1954 roku na stadionie Olimpii w Poznaniu został mistrzem Wielkopolski juniorów w rzucie oszczepem. Jego nazwisko znalazło się nawet w notatniku trenera kadry narodowej Jana Mulaka. W wieku 16 lat legitymował się wynikiem o 1 metr lepszym niż w analogicznym wieku miał późniejszy medalista olimpijski Janusz Sidło. Próbowano go „wyciągnąć” z seminarium duchownego, twierdząc, że w Kościele kariery nie zrobi, ale w sporcie jest to bardzo możliwe. Ostatecznie jednak przestał uprawiać tę konkurencję. Paradoksalnie stało się to po oddaniu rzutu, który aspirował do rekordu świata. Ks. Jan wspominał ten dzień z uśmiechem, bo trafił w… dolną część pleców sędziego, który nieopatrznie znalazł się na linii rzutu. Co prawda arbiter uciekał przed oszczepem, ale nieskutecznie. A ponieważ zatrzymał się, wraz z oszczepem, na 108 metrze, wynik rzeczywiście mógł robić wrażenie. Niestety, nie został uznany… A pechowy sędzia może mówić o sporym szczęściu. Nie dość, że nie doznał poważniejszego uszczerbku na zdrowiu, to podobnie jak oszczepnik, został księdzem.

    Uprowadzony z klasztoru

    Święcenia kapłańskie ks. Jan Stachowiak przyjął 26 maja 1960 roku z rąk arcybiskupa Antoniego Baraniaka w Archikatedrze Poznańskiej i zaraz potem trafił na 3 lata do parafii NMP w Ostrowie. Po rocznym pobycie w parafii św. Marcina w Swarzędzu znalazł się u OO. Kamedułów w Krakowie. Tam przeżył najpiękniejsze trzy lata swojego życia, doznając odnowy ducha i przebudzenia intelektualnego, a także otrzymując imię Bogumił. Niestety, ten okres przyniósł też poważną chorobę. Wtedy sprawę w swoje ręce wzięła trójka jego szwagrów. Odwiedzili go i podczas spaceru, wbrew jego woli, zapakowali do samochodu. Zabrali go do domu rodzinnego. A dowiedziawszy się, że przez 3 lata nie jadł mięsa obficie nakarmili go kiełbasami i szynkami. Ledwie przeżył to “porwanie”.

    Na dwa lata objął wikariat w Koźminie, by w roku 1969 zostać proboszczem w Przedborowie. Tam spędził 31 lat. W tym czasie przeprowadził generalny remont kościoła, ufundował dzwony dla parafii, rozbudował plebanię w celu organizacji rekolekcji oazowych i stworzył obserwatorium astronomiczne z teleskopem powiększającym spektrum nieba 800 razy.

    Powrót do Ostrowa

    Kolejne sześć lat spędził w Lublinie, gdzie miał wspaniałe warunki do pracy naukowej i gdzie przeżył pobyt w szpitalu, doświadczając śmierci klinicznej. Spodziewając się rychłego nadejścia tej biologicznej, przewieziono go do Ostrowa, skąd miałby bliżej na cmentarz w Przedborowie. Tam bowiem, wśród swoich parafian, chciał być pochowany. Osiedlił się na terenie parafii konkatedralnej, gdzie pomagał w posłudze duszpasterskiej, dopóki pozwalało mu na to zdrowie. Gdy sił zabrakło sprawował Eucharystię z zaciszu domowym. W 2025 roku zamieszkał w Domu Księży Emerytów przy ul. 3 Maja. Zmarł 28 czerwca, w wieku blisko 91 lat.


    Źródło: Kurier Ostrowski

    Co o tym sądzisz?

    Artykuł sponsorowanyAD
    SamsungGalaxy AI - nowa era