W Latarni na Wenei odbyło się spotkanie autorskie z reżyserem Janem Holoubkiem, znanym z produkcji takich jak „Rojst” czy „Wielka woda”. Uczestnicy mieli okazję poznać kulisy pracy przy głośnych polskich filmach. Holoubek opowiadał o swojej twórczości, w tym o debiucie „25 lat niewinności”.
W plenerowej przestrzeni Latarni na Wenei nad jeziorem Jelonek odbyło się spotkanie autorskie z Janem Holoubkiem – reżyserem znanym z takich produkcji jak „Rojst”, „Wielka woda” czy „Heweliusz”. Podczas spotkania uczestnicy mieli okazję poznać kulisy pracy przy wielu głośnych polskich produkcjach filmowych ostatnich lat.
Twórca ma na swoim koncie m.in. pełnometrażowy debiut „25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy”, wyróżniony na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, a także film „Doppelgänger. Sobowtór” oraz seriale „Rojst”, „Wielka woda” i „Heweliusz”, które zdobyły uznanie zarówno widzów, jak i krytyków. To, ale i ogólnie „polska filmowa” były motywem rozmowy, prowadzonej z Piotrem Buratyńskim przy udziale bardzo licznej publiczności.
– Od strony zawodowej uważam, że to jest przede wszystkim rzemiosło i ja stawiam na rzemiosło swoje i swoich wszystkich kolegów i koleżanek, z którymi robimy te filmy. Mimo, że są różne stresy, napięcia i różnie bywa z pogodą czy mamy różne swoje bolączki na planach filmowych, to jest to przede wszystkim zabawa, dziecięca radość, że stwarza się równoległy świat, w który potem wierzą nie tylko widzowie, ale i ja wierzę – przyznał Jan Holoubek.
Reżyser wyraził przy tym swoją opinię na temat kondycji polskiej edukacji filmowej wskazując na swoją ścieżkę edukacji, która przypadła na lata 90., a więc „eksplozję” rynku filmowego. Po latach niedoboru, wynikającego z ograniczeń stawianych przez PRL, Polska pierwszych lat wolności została zalana produkcjami, które chłonął i które, jak sam przyznaje, musiały mieć wtedy i mają wpływ dzisiaj na jego twórczość. Przy tej okazji wspomniał o swoich początkach filmowania kamerą VHS, z której to roli poniekąd nie wyszedł do dziś.
– Jeśli chodzi o to, gdzie stoi kamera, to jest mój język. Ja ustawiam kamery. Każdy reżyser, gdyby w pięciu dostałoby tę samą scenę, to każdy by nakręcił inaczej. Wydaje mi się, że to gdzie staje kamera, czy się używa wielu ustawień, które się potem montuje, czy się używa długich ujęć i chce montować wewnątrzkadrowo, już w tym ujęciu – każdy ma swój język. Ja mam swój i podążam ze swoim instynktem. Jest jedyna rzecz, której się trzymam, czyli słuchać tego, co mi podpowiadają – mówił, opowiadając o swoim warsztacie pracy, ale także o rolach na zapleczu planu filmowego i w ogóle współpracy, także pomiędzy reżyserami i operatorami, która jego zdaniem jest bardzo ważna.
Jak przyznał Jan Holoubek, sam osobiście lubi kino gatunkowe: – Przez wiele lat kino gatunkowe było traktowane jako coś gorszego od kina, społecznego, autorskiego, artystycznego, bo to jest np. kryminał, horror itd., ale jak się spojrzy na historię kina, które kochamy, to jest absolutnie kino gatunkowe i te filmy przekraczają ten gatunek i mówią coś więcej, ale używają gatunku, jako ramy, na której jest zbudowana fabuła, dramaturgia. Mam wrażenie, że od kilku lat jest u nas taki renesans filmu gatunkowego, z lepszym lub gorszym skutkiem, ale to jest bardzo dobre.
W trakcie spotkania była też okazja do zadawania pytań przez publiczność o konkretne produkcje, wspomnienia najtrudniejszych scen lub też te ulubione realizacje czy pozostające w pamięci historie.
Spotkanie zostało zorganizowane w ramach projektu „Kultura na glanc”, realizowanego dzięki dofinansowaniu z budżetu Miasta Gniezna.
#Tagi
W związku z dbałością o poziom komentarzy prowadzona jest ich moderacja. Wpisy mogące naruszać czyjeś dobra osobiste lub podstawowe zasady netykiety (np. pisanie WIELKIMI LITERAMI), nie będą publikowane. Wszelkie uwagi do redakcji należy kierować w formie mailowej. Zapraszamy do kulturalnej dyskusji.
Źródło: Gniezno24.com