
W Lipcu dopiero w okolicach godziny 18:00 Pierwsza Stolica zaczyna łapać upragniony oddech. Rozgrzane w południowym słońcu mury zabytkowej katedry oraz chodniki wokół gnieźnieńskiego Rynku powoli uwalniają zgromadzone ciepło, a miejskie życie, które przez najgorętsze godziny dnia kryło się w cieniu
W Lipcu dopiero w okolicach godziny 18:00 Pierwsza Stolica zaczyna łapać upragniony oddech. Rozgrzane w południowym słońcu mury zabytkowej katedry oraz chodniki wokół gnieźnieńskiego Rynku powoli uwalniają zgromadzone ciepło, a miejskie życie, które przez najgorętsze godziny dnia kryło się w cieniu domowego wnętrza, zaczyna masowo wylewać się na zewnątrz. Nad Jeziorem Winiary pierwsi mieszkańcy rozkładają już koce, na balkonach wieżowców przy osiedlu Tysiąclecia błyskają kontrolki elektrycznych grilli, a na przydomowych ogrodach na obrzeżach miasta słychać charakterystyczny dźwięk otwieranych parasoli. W mieście na siedmiu wzgórzach lipcowy wieczór ma swój własny, niespieszny rytuał i z roku na rok coraz więcej gnieźnian robi wszystko, by go nie przegapić.
Tradycyjnie pod koniec upalnego dnia najwcześniej gwarno robi się w okolicach gnieźnieńskich akwenów. Jeziora Winiary oraz Jelonek, które przez długie lata kojarzyły się mieszkańcom bardziej z ekologicznym kłopotem niż z rekreacją, po gruntownej i kosztownej rekultywacji odzyskały czyste plaże, na które po prostu chce się wracać.
Teraz, gdy lipcowe słońce schodzi nieco niżej, nad wodę ruszają całe rodziny. Ktoś rozkłada plażowy koc dokładnie w tym samym ulubionym miejscu co wczoraj, młodzi rodzice z wózkiem zatrzymują się na dłuższą chwilę przy parkowej ławce, a czworonogi energicznie ciągną smycz w stronę brzegu,w poszukiwaniu ochłody. Choć miejskie powietrze wciąż jeszcze pachnie nagrzanym asfaltem, od tafli jeziora bije już przyjemna bryza. To pierwszy, wyraźny sygnał, że popołudniowy skwar mija i można w końcu wyjść z mieszkania bez mrużenia oczu.
Kilka kilometrów dalej, na popularnym osiedlu Tysiąclecia, wieczorny krajobraz wygląda nieco inaczej, choć moment ożywienia zaczyna się dokładnie o tej samej godzinie. To fascynujące, jak na przestrzeni lat zmieniła się rola tych skromnych przestrzeni w blokowiskach.
Te same balkony, które jeszcze w południe przypominały rozgrzane do czerwoności blachy, zwłaszcza po zachodniej stronie, gdzie słońce operuje najdłużej, po godzinie 18:00 zaczynają tętnić życiem. Drzwi balkonowe otwierają się na oścież, na zewnątrz wędrują lekkie krzesła, a w ruch idą małe grille elektryczne. Doskonale widać stąd rewolucję w podejściu do tych 4-5 m² powierzchni. Dawny osiedlowy standard, czyli graciarnia na rower i słoiki, ustąpił miejsca wizji, co prawda często najmniejszego pokoju w mieszkaniu, ale za to z najlepszym widokiem na panoramę miasta i malowniczy zachód słońca nad wzgórzami. Składany stolik, dwa komfortowe siedziska, doniczki ze świeżymi ziołami oraz markiza, którą rozwija się wieczorem, sam metraż co prawda się nie zwiększył, ale sposób, w jaki z niego korzystamy, przeszedł ogromną metamorfozę.
Zupełnie inny, bardziej sielski klimat panuje na obrzeżach Gniezna: w Dalkach, Skiereszewie czy na Piekarach, gdzie zwarta zabudowa wielorodzinna ustępuje miejsca domom jednorodzinnym. Tutaj przestrzeni do dyspozycji jest znacznie więcej, a granica między wnętrzem budynku a ogrodem staje się o tej porze czysto umowna.
Drzwi tarasowe stoją otwarte przez cały wieczór, na świeżym powietrzu nakrywa się stół do rodzinnej kolacji, a dzieci swobodnie biegają między trawnikiem a jadalnią. To właśnie w gnieźnieńskich ogrodach najlepiej widać, że nowoczesne meble ogrodowe przestały być traktowane jako tymczasowy, sezonowy dodatek. Stały się one pełnoprawnym wyposażeniem drugiego, letniego salonu pod chmurką. Podstawą jest duży, solidny stół, przy którym bez problemu zmieści się rodzina oraz sąsiedzi, a także głębokie fotele, w których bez bólu pleców da się spędzić cały wieczór, a nie zaledwie 15 minut. Do tego dochodzi rozłożysty parasol lub nowoczesna markiza chroniąca przed ostatnim słońcem, a po zmroku – klimatyczne girlandy świetlne rozpięte między drzewami. W ten sposób przydomowy taras oferuje dziś luksus, po który jeszcze do niedawna trzeba było wyjeżdżać do odległych kurortów.
Osobny, niezwykle barwny świat rządzi się na lokalnych ogródkach działkowych, które w Gnieźnie od pokoleń cieszą się ogromną i wierną popularnością. W lipcu tętnią one życiem od wczesnego poranka, jednak wieczór na ROD-ach działkowcy spędzają już nie na pracy, a na czystym relaksie.
Narzędzia ogrodowe lądują oparte o ścianę altany, a właściciel działki siada kilka metrów dalej z kubkiem gorącej herbaty w głębokim cieniu, nie mając zamiaru robić już dziś absolutnie niczego konstruktywnego. Gnieźnieńskie działki dawno przestały być kojarzone wyłącznie z uprawą warzyw i ciężką pracą fizyczną. Tradycyjna grządka oczywiście nie zniknęła, ale ustąpiła nieco miejsca strefie wypoczynkowej z wygodnymi technorattanowymi sofami i zadaszonymi altanami. To tutaj spędza się teraz całe letnie weekendy w pełnym rodzinnym składzie przy grillu, z dobrą książką lub podczas popołudniowej drzemki w cieniu drzew. Ktoś, kto pamięta te przestrzenie sprzed 20 lat, z trudem rozpoznałby dzisiejszy, niemal wczasowy i nowoczesny klimat gnieźnieńskich ogrodów działkowych.
Za tą subtelną, ale widoczną gołym okiem przemianą miejskiego krajobrazu nie stoi chwilowa moda z mediów społecznościowych, ale suma praktycznych, codziennych potrzeb gnieźnian. Coraz więcej osób szuka wartościowego wypoczynku jak najbliżej własnego domu, a letnie fale upałów sprawiły, że prywatny, dobrze zaaranżowany skrawek cienia stał się dobrem luksusowym.
Kiedy raz zainwestuje się w komfort na świeżym powietrzu, trudno wrócić do pustej betonowej płyty i dwóch niestabilnych, plastikowych krzesełek marketowych. Co ważne, zmieniła się też kultura zakupowa. Jak sugeruje Agnieszka Zielińska, ekspertka sprzedaży marki Focus Garden – sklepu z wyposażeniem do ogrodu i tarasu:
Wybór wyposażenia na taras czy balkon traktujemy dziś z taką samą powagą, jak aranżację domowego salonu. Klienci coraz częściej decydują się na meble ogrodowe z trwalszych materiałów i bardziej świadomie myślą o swoich potrzebach. Jedni szukają zestawu jadalnianego bo uwielbiają spędzać czas z rodzina i znajomymi na letnich grillach. Innym do szczęścia wystarczy zestaw kawowy, na którym będą mogli się wygodnie rozłożyć z dobrą książką i kawą.
Gdy nad Gnieznem ostatecznie zapada zmierzch, a ze szczytu historycznego Wzgórza Lecha widać już tylko rozproszone, miejskie latarnie, Pierwsza Stolica wcale nie kładzie się od razu spać. Nad ogrodami i osiedlowymi balkonami jeszcze przez długie godziny unosi się zapach grillowanych potraw oraz ciepły blask solarnych lampek, a gwar sąsiedzkich rozmów przy stołach cichnie dopiero późno w nocy. Miasto, które w ciągu dnia chroniło się przed słońcem w murach budynków, wieczorem przenosi całą swoją energię pod gołe niebo.
Jest w tym coś wyjątkowego, co idealnie pasuje do historycznej tożsamości tego miejsca, którego nazwa wprost wywodzi się przecież od słowa „gniazdo”. Bo choć początki Gniezna nierozerwalnie łączą się z legendą o Lechu i białym orle, na co dzień jego współcześni mieszkańcy robią z własnego ogrodu – własne gniazdo. Z ogromną cierpliwością i sercem urządzają swój własny, bezpieczny i komfortowy kawałek świata. Tyle że latem, z wielką przyjemnością, robią to bezpośrednio pod gołym niebem.
Źródło: Moje Gniezno