
Do Poznania przyjechał tegoroczny zwycięzca Oscara – Maciek Szczerbowski. Nagrodę otrzymał za najlepszy krótkometrażowy film animowany „The Girl Who Cried Pearls”, który reżyserował wraz z Chrisem Lavisem. Dziś autor opowiedział o swoich doświadczeniach. 5 lipca trwa już drugi dzień Animator
5 lipca trwa już drugi dzień Animator Festiwal 2026 (o którym pisaliśmy więcej w tym artykule – Animator wraca do Poznania). Dziś w Kinie Muza odbył się pokaz twórczości Maćka Szczerbowskiego. A po seansie na scenę wyszedł sam twórca i opowiedział trochę o swoich pracach, które często oglądał po raz ostatni w dzień premiery. Było to więc dla niego także ciekawe odświeżenie.
– Czy ja naprawdę jestem bardzo dziwnym człowiekiem? – Śmiejąc się zapytał autor, który obejrzał całą swoją twórczość po latach. – Nie byłem świadom, jak bardzo niektóre z tych rzeczy są zwariowane – dodał.
Widzowie mogli zobaczyć m.in. krótkie, absurdalne i z nutką niepokoju animacje, dziejące się w kosmosie, które współtworzył z Chrisem Lavisem (pracuje z nim do dziś). Maciej opowiedział o nich – to one były początkiem ich pracy zawodowej związanej z filmem w 1997 roku.
– W Kanadzie był taki kanał science fiction i znaliśmy gościa, który odpowiadał za całe show. Pewnego dnia wpadł do studia z sześciopakiem piwa i zaczęliśmy rozmawiać. Dobrze się dogadywaliśmy i w pewnym momencie zapytał: „Słuchajcie, chcielibyście zrobić kilka jednominutowych ID (krótkie charakterystyczne materiały wideo – przyp. red.) dla stacji?”. A my na to: „Serio?”. On odpowiedział: „Jasne, byłoby świetnie. Dam wam za to jakieś trzy tysiące dolarów”. Pomyśleliśmy: „Ale super! Będzie nas stać na statyw i parę lamp”. – Wspominał Maciek Szczerbowski – Scenariusz napisaliśmy od razu i ruszyliśmy do pracy. Kupiliśmy na pchlim targu głowę lalki, potem automat z gumami do żucia, wysypaliśmy z niego wszystkie kulki z gumami i wsadziliśmy tę głowę do szklanego pojemnika. Wszystko było robione metodą DIY (zrób to sam – przyp. red.). Tak zresztą wyglądały wszystkie nasze projekty. Dosłownie połowa rzeczy, jakie widać na ekranie, jest zrobiona ze śmieci, które rano znalazłem po drodze do studia – dodał autor.
Twórca wspomniał także o projekcie, który był dla niego największym wyzwaniem.
– Moim najtrudniejszym projektem był „Higglety Pigglety Pop Życie to musi być coś więcej”. Robiliśmy to z Warner Brothers i mieliśmy zaledwie osiem miesięcy na zrobienie wszystkiego, od kompletnego zera – bez skryptu – do dostarczenia całego gotowego filmu. Gdybyśmy go nie dostarczyli, to dostalibyśmy po kieszeni, a nasz producent zostałby zwolniony. Pisaliby o tym w gazetach i byłby niezły skandal. To było wykańczające, każdy dzień był piekłem. Gdy zostawiałem rower przed studiem, zapinałem go, wymiotowałem na ziemię, a potem wchodziłem do studia. To był koszmar, lepiej tego nigdy nie róbcie – radził Szczerbowski.
W tym roku twórca otrzymał Oscara za 17-minutowy film animowany „The Girl Who Cried Pearls”. Pracował nad nim w niewielkiej kilkuosobowej ekipie przez kilka lat.
– Ten film tworzyliśmy przez pięć zim. Śnieg spadł aż pięć razy, w tym czasie moja córka stała się dwa razy wyższa i dwa razy starsza – wspomina twórca.
Maciek Szczerbowski to polsko-kanadyjski reżyser filmowy i animator. Swoje pierwsze dziesięć lat życia spędził tutaj w Poznaniu. Potem wraz z rodzicami wyemigrował do Austrii, gdzie uzyskali azyl polityczny, a po czasie przenieśli się do Kanady, gdzie artysta żyje do dziś. W 1994 roku skończył studia, a w 1997 roku rozpoczął trwającą do dziś współpracę z Chrisem Lavisem. Wspólnie tworzyli m.in. wymienione powyżej dzieła. Lecz jest to jedynie część zajęć autora. Zajmuje się także projektowaniem: okładek płyt, instalacji teatralnych, plakatów do seriali, dzieł związanych z VR (wirtualną rzeczywistością) oraz przez cztery lata pracował dla cyrku, który – jak wspomina twórca – płacił mu całkiem dobrze.
Maciek Szczerbowski przyjechał do Kina Muza (fot. M. Melanowicz / wPoznaniu.pl)