RAK
    Bizancjum w polskich szpitalach. Te zarobki mogą zszokować pacjentów

    Bizancjum w polskich szpitalach. Te zarobki mogą zszokować pacjentów

    2365 odsłon
    Warmińsko-mazurskie

    Polacy od lat słyszą tę samą diagnozę: na ochronę zdrowia brakuje pieniędzy. Brakuje ich szpitalom, brakuje na leczenie, brakuje na wykonywanie świadczeń, a pacjenci miesiącami czekają na wizyty i zabiegi. Jednocześnie składki zdrowotne płacone przez miliony pracujących osób zasilają system potężnym

    Spis treści

    Polacy od lat słyszą tę samą diagnozę: na ochronę zdrowia brakuje pieniędzy. Brakuje ich szpitalom, brakuje na leczenie, brakuje na wykonywanie świadczeń, a pacjenci miesiącami czekają na wizyty i zabiegi. Jednocześnie składki zdrowotne płacone przez miliony pracujących osób zasilają system potężnym strumieniem pieniędzy.

    Gdzie więc są te pieniądze?

    To pytanie powraca ze zdwojoną siłą po publikacji „Rzeczpospolitej”, która opisuje finansowe i organizacyjne absurdy funkcjonujące w polskich szpitalach. Obraz wyłaniający się z materiału jest daleki od prostej opowieści o niedofinansowanej służbie zdrowia. Problemem okazuje się bowiem nie tylko ilość pieniędzy, ale również sposób, w jaki cały system został skonstruowany.

    Przepisy narzucają określone wymagania kadrowe, ustawowe mechanizmy wynagradzania podnoszą koszty pracy, a wadliwe – zdaniem rozmówców gazety – wyceny świadczeń przez NFZ mogą sprawiać, że jedne procedury są dla placówek opłacalne, a inne przynoszą straty. Do tego dochodzą lekarze pracujący równocześnie w kilku miejscach oraz dyrektorzy, którzy mają coraz mniejsze pole manewru.

    W efekcie powstaje system, który pochłania ogromne pieniądze, a mimo to wciąż woła o następne.

    Pielęgniarki już nie za głodowe pensje. Ustawowe minimum mocno poszło w górę

    Przez wiele lat jednym z symboli kryzysu polskiej ochrony zdrowia były dramatycznie niskie wynagrodzenia pielęgniarek. Tyle że ten obraz – przynajmniej jeśli chodzi o obowiązujące stawki minimalne – mocno się zmienił.

    Od lipca 2026 roku minimalna pensja zasadnicza pielęgniarki lub położnej z magisterium i specjalizacją wynosi 11 485,59 zł brutto. W przypadku pielęgniarki z magisterium lub specjalizacją to 9081,63 zł, a przy wykształceniu licencjackim albo średnim – 8369,35 zł brutto. I mówimy wyłącznie o wynagrodzeniu zasadniczym. Do niego mogą dochodzić dodatki związane między innymi z pracą w nocy, święta czy innymi warunkami zatrudnienia.

    Według fragmentu publikacji „Rzeczpospolitej” rozpowszechnianego wraz z artykułem są również pielęgniarki osiągające miesięcznie 20–25 tys. zł w jednym miejscu pracy.

    Oczywiście nie oznacza to, że każda pielęgniarka zarabia takie pieniądze. Nie oznacza też, że można jednym ruchem przekreślić odpowiedzialność, obciążenie i znaczenie całej grupy zawodowej. Bez pielęgniarek żaden szpital nie jest w stanie normalnie funkcjonować.

    Ale można – i trzeba – postawić inne pytanie: czy pieniądze wydawane na zatrudnienie rzeczywiście przekładają się na jakość opieki odczuwaną przez pacjenta?

    Bo doświadczenia chorych bywają skrajnie różne. Jedni spotykają pielęgniarki, które robią znacznie więcej, niż wynikałoby z ich obowiązków. Inni godzinami próbują doprosić się podstawowej pomocy. Generalizowanie byłoby niesprawiedliwe, ale równie niesprawiedliwe wobec pacjentów byłoby udawanie, że problem jakości i organizacji pracy personelu nie istnieje.

    Szczególnie jeśli system jednocześnie narzuca placówkom konkretne normy zatrudnienia. Jak wskazuje „Rzeczpospolita”, pojawia się choćby pytanie o wymóg 0,75 etatu pielęgniarskiego przypadającego na jedno łóżko na ginekologii. Jeśli państwo tworzy takie zasady, powinno również odpowiedzieć, czy wynikają one z rzeczywistych potrzeb pacjentów i czy ich koszt znajduje odzwierciedlenie w finansowaniu placówek.

    Szpitalny paradoks: coraz więcej pieniędzy, a pieniędzy ciągle nie ma

    Największy problem zaczyna się jednak wtedy, gdy spojrzymy na szpital jako całość.

    Rosną ustawowe wynagrodzenia. Rosną koszty funkcjonowania placówek. Szpitale muszą spełniać określone wymogi kadrowe. Jednocześnie system wyceny świadczeń nie zawsze nadąża za rzeczywistymi kosztami ich wykonania. Placówka może więc formalnie działać zgodnie z prawem, zatrudniać wymaganą liczbę ludzi, wypłacać zagwarantowane pensje – i nadal pogrążać się finansowo. Na właśnie takie mechanizmy zwraca uwagę najnowsza publikacja „Rzeczpospolitej”.

    Do tego dochodzą różnice, które dla przeciętnego człowieka mogą być kompletnie niezrozumiałe. Jak to możliwe, że wykonywanie podobnej pracy w różnych częściach tej samej placówki może oznaczać inne wynagrodzenie tylko dlatego, że pracownik został przypisany do innej kategorii?

    To właśnie w takich szczegółach ujawnia się największa słabość systemu. Przez lata dokładano do niego kolejne przepisy, gwarancje, współczynniki, normy i wyjątki. Każde rozwiązanie miało jakiś cel. Problem w tym, że po połączeniu wszystkiego powstała konstrukcja, nad którą coraz trudniej zapanować.

    I kiedy pieniędzy ponownie zaczyna brakować, rachunek ostatecznie trafia do państwa, samorządu albo pacjenta.

    Kto w tym wszystkim pamięta jeszcze o pacjencie?

    Debata o ochronie zdrowia zbyt często zamienia się w licytację grup zawodowych. Lekarze mówią o odpowiedzialności i przemęczeniu. Pielęgniarki wskazują na ciężar swojej pracy i braki kadrowe. Dyrektorzy alarmują, że nie mają z czego finansować rosnących kosztów. NFZ mierzy się z coraz większymi wydatkami.

    Każdy ma swoje argumenty.

    Tylko gdzie w tej układance znajduje się człowiek, który finansuje system ze swojej składki, a później – gdy rzeczywiście potrzebuje pomocy – dowiaduje się, że najbliższy termin jest za kilka miesięcy?

    Nie chodzi o rozpętanie wojny z lekarzami czy pielęgniarkami. Tym bardziej nie można wrzucać do jednego worka ludzi wykonujących swoją pracę znakomicie i tych, którzy wykorzystują słabości systemu. Chodzi o coś znacznie ważniejszego: o sprawdzenie, czy pieniądze przeznaczane na ochronę zdrowia rzeczywiście trafiają tam, gdzie przynoszą największą korzyść pacjentowi.

    Jeżeli szpitale są zadłużone mimo ogromnych środków płynących do systemu, jeżeli przepisy generują kosztowne absurdy, a niektóre osoby mogą osiągać wynagrodzenia wielokrotnie przewyższające zarobki przeciętnego Polaka, państwo nie może ograniczać się do prostego komunikatu: potrzeba jeszcze więcej pieniędzy.

    Najpierw trzeba dokładnie sprawdzić, co dzieje się z tymi, które już są.

    Bo być może największym problemem polskiej ochrony zdrowia nie jest dziś wyłącznie brak pieniędzy. Być może jest nim system, w którym przez lata kolejne grupy wywalczyły dla siebie własne gwarancje, wyjątki i przywileje, podczas gdy nikt nie zbudował mechanizmu pilnującego, czy na końcu całego tego łańcucha rzeczywiście zyskuje pacjent.


    Źródło: WM.pl (Wolne Media / Grupa WM)

    Co o tym sądzisz?

    Artykuł sponsorowanyAD
    SamsungGalaxy AI - nowa era