
Historia Pawła to nie tylko opowieść o niepełnosprawnym Mistrzu Polski w boksie... To historia o odwadze, wytrwałości i niezwykłej roli najbliższych w procesie leczenia. Pokazuje, że nawet w obliczu najtrudniejszych ograniczeń człowiek potrafi odnaleźć sens, a wsparcie rodziny potrafi zbudować mosty nad przepaścią między przeszłością a przyszłością. — Nie marnujcie swojego czasu, z niepełnosprawnością można żyć, mieć pasję i spełniać marzenia — tłumaczy Paweł Kosakowski ze Szczytna, Mistrz Polski w kategorii tetra, przeznaczonej dla zawodników z niepełnosprawnością czterokończynową.
Od wypadku do nadziei na powrót do życia Życie Pawła zmieniło się w kilka sekund... 1 kwietnia 2019 roku los rodziny Kosakowskich zmienił się nieodwracalnie. Paweł wracał z pierwszej w tym sezonie przejażdżki motocyklem i, będąc już niedaleko domu, musiał zmierzyć się z nauką cierpliwości po nagłym hamowaniu. Nadjeżdżający z naprzeciwka samochód wymusił pierwszeństwo, a Paweł nie miał szans wyhamować. Uderzenie było tak gwałtowne, że przeleciał przez pojazd i upadł na plecy. Natychmiast został przetransportowany helikopterem do szpitala w Olsztynie. Niestety w szpitalu rodzina usłyszała z ust lekarzy tragiczną diagnozę: bardzo poważne złamanie kręgosłupa. Mężczyzna nie miał czucia od ramion w dół. Wykonano natychmiast operację, lecz medycy od razu ostrzegali, że sytuacja jest trudna i zacznie się długa droga ku jakiejkolwiek sprawności. Zgodnie z opinią specjalistów, jedynie jak najszybsza rehabilitacja dawała nadzieję na odzyskanie choć częściowej funkcjonalności. Mimo dramatycznych informacji, Paweł nie stracił woli walki. Od samego początku towarzyszyła mu silna motywacja, napędzana miłością kobiety i troską o rocznego syna. Paweł nie został jednak sam. Dość szybko ruszyła zbiórka. Paweł mógł liczyć na wsparcie najbliższych i pomoc osób, których wzruszyła jego historia. Zaczęła się walka o powrót do normalności i jak największej sprawności. — Od wypadku minęło siedem lat... Było ciężko, nawet bardzo ciężko, ale wiedziałem, że się nie poddam, chciałem wrócić do jak największej sprawności, a nie po prostu wegetować — mówi Paweł. — Moją motywacją była partnerka i synek. Po wypadku musiałem zmienić swoje podejście do życia. Nie przyjmowałem do siebie tego, co mówili lekarze, że będę warzywem. Myślałem wtedy, że raczej tak nie będzie. Przez dwa lata byłem zamknięty w domu, ale to mnie zbudowało na nowo. Odbiłem się od dna. Starałem się od początku usamodzielnić, uczyłem się siebie na nowo, obsługi wszystkiego w domu. Przez 2,5 roku intensywnie się rehabilitowałem. Justyna wróciła do pracy,. Było ciężko, ale dałem radę. Powoli zasymilowałem się z moja niepełnosprawnością. Są lepsze i gorsze dni, ale staram się, by tych dobrych było jak najwięcej. Idę cały czas do przodu, nie marnuję chwil. Moje motto to: jakie karty życie rozdaje, takimi gram...
Podzielone życie Mieli wspólne plany i marzenia. W chwili, kiedy wydarzył się wypadek partnerka Justyna studiowała i opiekowała się synkiem, a Paweł odnalazł swoją pasję, która była jednocześnie jego pracą i źródłem utrzymania rodziny. Zainwestowali wszystkie oszczędności w prowadzony biznes, który miał zapewnić im stabilne jutro. — Pracowałem w korporacji, ale czułem, że to nie dla mnie. Dusiłem się tam, miałem depresję — wyjaśnia. — Woziłem czasem Justynę na rzęsy do różnych salonów lub dziewczyn zajmujących się stylizacją rzęs. Czasem czekając podpatrywałem, jak wykonują prace. Nie zawsze wykonanie było zadowalające moją partnerkę. Postanowiłem spróbować swoich sił, zapisałem się na szkolenia, kursy. Pierwszy raz wykonywałem stylizację rzęs aż 11,5 godziny. Każda kolejna próba była już szybsza i lepiej wykonana. A że staram się być perfekcjonistą w tym co robię, nie narzekałem na brak klientek. Otworzyłem własny salon, cały czas się doskonaliłem, brałem udział w mistrzostwach. Wszystko szło w dobrym kierunku. Narodziny dziecka wywróciły ich świat do góry nogami. Z niecierpliwością czekali na pojawienie się dziecka. — Byliśmy szczęśliwą parą, której miłość została przypieczętowana cudem - narodzinami syna — wspomina Paweł. — To była najwspanialsza chwila w moim życiu. Nie byłem przy porodzie, bo syn urodził się przez cesarskie cięcie, ale zaraz po pielęgniarka go przyniosła i mogłem go "kangurować". To był cudowny moment, kiedy poczułem ciepłe ciało maleńkiej istoty, która od pierwszej chwili zawojowała moje serce. I jak na ironię losu, kiedy syn nauczył się chodzić, ja przestałem...
Ich życie podzieliło się na te sprzed wypadku i po. W jednej chwili cały świat zwalił się im na głowę. Postanowili jednak stawić czoła przeciwnościom. W 2020 roku, rok po wypadku, wzięli ślub. — Wiedzieliśmy, że nasza miłość jest silna. Przetrwała największą burzę... Żona jest moim największym wsparciem — mówi wzruszony Paweł.
Nie marnować ani chwili Po wypadku Paweł musiał nauczyć się życia na wózku. To dramatyczne wydarzenie zmieniło wszystko, co do tej pory wyobrażał sobie o sobie i swojej przyszłości. Jednak zamiast się poddać, Paweł podjął najtrudniejszą walkę – o sprawność, o samodzielność i o normalność dnia codziennego. — Nie ma dwóch takich samych niepełnosprawności — tłumaczy Paweł. — Każdy z nas musi nauczyć się z tym żyć, ważne jest, żeby iść do przodu, poprawiać swoje życie. Nie marnować czasu, który mamy. Trzeba działać, cokolwiek robić, nie stać w miejscu. Próbować swoich sił w różnych dyscyplinach, szukać tego, co da nam radość i satysfakcję. Proces rehabilitacji stał się jego codziennością. Każdy dzień przynosił nowe wyzwania: ćwiczenia, terapie, małe zwycięstwa i chwilowe porażki. Paweł wykazywał ogromną determinację, systematyczność i cierpliwość, które okazały się kluczowe w dążeniu do jakiejkolwiek poprawy. Świat, jaki znał przed wypadkiem, przesunął się na inne tory, lecz jego duch pozostał niezłomny.
W tej trudnej podróży najważniejsze były dwa filary – żona i syn. Ich wsparcie daje mu siłę w najciemniejszych momentach. Razem budują nowe rutyny, szukają rozwiązań, motywują się nawzajem i wierzą, że możliwe jest lepsze jutro. Miłość i bliskość rodziny stały się paliwem napędzającym codzienne wysiłki i nadzieję na powrót do pełnej aktywności. — Po wypadku mam czterokończynowe porażenie, jednak to dłonie są w moim przypadku dużym problemem — mówi. — Tylko do nadgarstka mogę nimi operować.
Pasja Dwa lata temu Paweł był z kolegą z fundacji u osoby po wypadku na rozmowach. Wracając, rozmawiali o sporcie. — Dawid wspomniał o boksie, ale początkowo nie brałem tego pod uwagę — wspomina Paweł. — Jednak gdzieś we mnie zaczęła kiełkować chęć poznania tej dyscypliny. Postanowiłem spróbować. Na początku 2025 roku to właśnie boks stały się jego nową pasją, która dała Pawłowi świeży impuls do życia. Od samego początku trenował z ogromnym zapałem, a tempo jego postępów było imponujące. Szybko zaczął obserwować realny progres w swoich umiejętnościach i koordynacji ruchowej, co budowało w nim dodatkową motywację i wiarę w lepsze jutro. Później przyszły kolejne pojedynki w Szczytnie, Białymstoku i Ciechocinku. Zawodnika dostrzegli przedstawiciele środowiska parabokserskiego. Pojawiły się kwalifikacje do mistrzostw Polski, a w styczniu Kosakowski otrzymał powołanie na zgrupowanie kadry narodowej. — Treningi były intensywne i konsekwentne. Pracowałem zarówno nad techniką uderzeń, jak i nad stabilnością ciała oraz adaptacją do nowych wyzwań, które niesie ze sobą trening boksu z ograniczeniami. Z każdą sesją czułem coraz większą pewność siebie i lepszą kontrolę nad swoim ciałem — opowiada. — Początkowo miało być dla zabawy, ale kiedy zacząłem trenować, przerodziło się w pasję. Zakochałem się w tym sporcie!
Po zaledwie dwóch miesiącach od pierwszych zajęć padła propozycja pierwszej walki. Choć dla wielu to dopiero początek drogi, dla Pawła było to potwierdzenie, że jego decyzja o wejściu do ringu miała głęboki sens. Ta możliwość stała się katalizatorem do dalszych treningów, dodatkowej motywacji i jeszcze większego zaangażowania w rozwijanie umiejętności. — W Mistrzostwach Polski rywalizowałem w kategorii tetra, przeznaczonej dla zawodników z niepełnosprawnością czterokończynową — opowiada. — Mistrzostwa rozegrane zostały systemem „każdy z każdym”. Jednego dnia czterech finalistów musiało stoczyć po trzy walki. Muszę się pochwalić, że wygrałem każdą z nich, mimo że rywale mieli większe doświadczenie i dłuższy staż turniejowy. Wśród nich był zawodnik, który zdobył w tym roku srebrny medal mistrzostw świata. To były trudne walki, jednak udało się to, nie tylko dzięki mnie, ale i wsparciu żony, syna, moich trenerów i przyjaciół. Kiedy ogłoszono werdykt, łzy wzruszenia zakręciły się w oku. Przebyłem naprawdę trudną drogę w walce o spełnianie marzeń, o sprawność, ale sukces daje satysfakcję i motywację.
Nie rezygnuje z marzeń Rebel Boxing Szczytno działa jako stowarzyszenie i klub sportowy skupiony na treningach dla osób z niepełnosprawnościami. Zajęcia odbywają się w Szkole Podstawowej nr 2 z Oddziałami Integracyjnymi w Szczytnie. W grupie trenuje około dziesięciu zawodników, w tym jedna kobieta. Tylko Paweł w tej grupie reprezentuje kategorię tetra, pozostali trenują klasyczny paraboks. W planach Pawła są starty na mistrzostwach Europy i mistrzostwach świata. Paweł kocha podróże, był na wózku w Tajlandii i tam znalazł klub, w którym ćwiczył.
A jakie marzenia ma nasz mistrz? — Marzę na bieżąco, nie wyprzedzając życia za bardzo, bo jak wiadomo, życie często ma swoje plany. Ale chciałbym kiedyś wrócić na motocykl, doczekać się wnuków i żyć z takim napędem, głodem życia, jaki ciągle mam do końca swoich dni — mówi. — Chciałbym, żeby osoby niepełnosprawne nie zamykały się w domach, żeby zaczęły żyć pełnią życia. To może się udać, czasem wystarczy zrobić pierwszy krok. Jeśli potrzebujesz wsparcia, motywacji, rozmowy, to daj znać... Przyjadę i może razem sprawimy, że odnajdziesz w sobie nowe siły, pasję. Daj po prostu sobie szansę. Jestem przykładem, że warto. Ja już nie zamierzać marnować żadnej chwili swojego życia!
Obserwuj nas na Google News