RAK
    Co to był za nudny mecz

    Co to był za nudny mecz

    2854 odsłon
    Warmińsko-mazurskie

    Miał być finał marzeń. Hiszpania kontra Argentyna. Mistrz Europy przeciwko mistrzowi świata. Lamine Yamal przeciwko Lionelowi Messiemu. Młodość pukająca do drzwi historii i legenda, która być może właśnie po raz ostatni wychodziła na największą piłkarską scenę. Brzmiało jak gotowy scenariusz na jede

    +4

    10

    Miał być finał marzeń. Hiszpania kontra Argentyna. Mistrz Europy przeciwko mistrzowi świata. Lamine Yamal przeciwko Lionelowi Messiemu. Młodość pukająca do drzwi historii i legenda, która być może właśnie po raz ostatni wychodziła na największą piłkarską scenę. Brzmiało jak gotowy scenariusz na jeden z tych wieczorów, które wspomina się przez następne dwadzieścia lat. A potem zaczęli grać.

    Hiszpania została mistrzem świata po zwycięstwie 1:0, a gola dającego jej drugi mundial w historii strzelił w dogrywce Ferran Torres. Zasłużenie? Bez dwóch zdań. Hiszpanie byli zespołem lepszym, odważniejszym i przede wszystkim takim, który przynajmniej próbował ten finał wygrać. Statystyki tylko potwierdzają obraz meczu: przez ogromną część spotkania atakowała właściwie jedna drużyna, a komentatorzy i analitycy po finale zgodnie zwracali uwagę na skrajnie defensywne nastawienie Argentyny. Opta Analyst podsumował to właściwie jednym zdaniem: Hiszpania przyjechała grać, Argentyna - przeszkadzać jej w graniu.

    Problem polega na tym, że nawet dominacja Hiszpanii nie uczyniła z tego dobrego widowiska.

    Bo można kontrolować mecz i jednocześnie nie porywać. Można mieć piłkę, spychać przeciwnika, cierpliwie budować akcje - a jednak sprawiać, że widz co kilka minut zerka na zegarek. Hiszpania naciskała, Argentyna się broniła, czas płynął. I tak przez kolejne kwadranse finału, który na papierze miał wszystko, żeby być klasykiem, a na boisku długo przypominał partię szachów rozgrywaną przez człowieka, który chce wygrać, z człowiekiem, który przede wszystkim nie chce przegrać.

    Argentyna była największym rozczarowaniem tego wieczoru.

    Nie dlatego, że przegrała. Przegrać finał mundialu można przecież w wielkim stylu. Francja cztery lata temu przegrała z Argentyną po jednym z najbardziej szalonych finałów w historii. Tutaj było inaczej. Drużyna Lionela Scaloniego przez większość spotkania wyglądała tak, jakby jej największym marzeniem było doczołganie się do rzutów karnych i oddanie reszty w ręce Emiliano Martíneza. Hiszpania oddawała kolejne strzały, Argentyna odpowiadała głównie walką, faulami i próbą rozbijania rytmu przeciwnika. „Le Monde” napisał wręcz o Argentynie, która „odmówiła grania finału”, a inne relacje podkreślały, że Messi przez długie fragmenty został praktycznie wyłączony z wydarzeń.

    To rozczarowuje, bo miał to być przecież wielki ostatni rozdział Messiego. Być może jego pożegnanie z mundialem. Naprzeciw niego stał Yamal - symbol następnego pokolenia. Cały futbolowy świat dostał historię niemal zbyt piękną, żeby była prawdziwa.

    Tyle że futbol odmówił współpracy ze scenarzystami.

    Nie było wielkiego pojedynku dwóch epok i wymiany ciosów. Nie było momentu, w którym człowiek siedzący przed telewizorem myślał: „Nie odchodzę nawet na sekundę”. Było za to mozolne oblężenie argentyńskiej bramki, heroiczna momentami defensywa i coraz silniejsze poczucie, że ktoś obiecał nam ucztę, a podał bardzo poprawne danie bez przypraw.

    W końcu sprawiedliwość jednak przyszła.

    Ferran Torres zrobił to, co w 2010 roku Andrés Iniesta: strzelił dla Hiszpanii zwycięskiego gola w dogrywce finału mundialu. I trudno było nie odczuć ulgi. Nie tylko dlatego, że Hiszpania zasługiwała na zwycięstwo. Również dlatego, że perspektywa rzutów karnych po tak jednostronnym pod względem inicjatywy spotkaniu wydawała się niemal nagrodą dla drużyny, która przez większość wieczoru próbowała przede wszystkim przetrwać.

    Swoją drogą, cały finał był też symbolem mundialu, który momentami bardziej chciał być wielkim amerykańskim show niż turniejem piłkarskim. Historyczny pierwszy koncert w przerwie meczu wydłużył ją do około 27 minut i również zebrał sporo krytyki. Wayne Rooney określił całe widowisko jednym, mało dyplomatycznym słowem: „crap”. Trudno oprzeć się wrażeniu, że tego wieczoru organizatorzy bardzo starali się wyprodukować spektakl, podczas gdy najważniejszy spektakl - ten pomiędzy dwiema bramkami - przez długi czas zwyczajnie nie chciał się wydarzyć.

    Paradoks tego finału polega więc na tym, że wygrała właściwa drużyna, ale niekoniecznie wygrał futbol jako widowisko.

    Hiszpania była najlepszym zespołem turnieju i zasłużyła na puchar. Miała pomysł, cierpliwość i odwagę, by do końca szukać zwycięstwa. Argentyna przypomniała natomiast, że nawet największe drużyny potrafią w najważniejszym momencie wybrać przede wszystkim strach przed porażką.

    Za kilka lat w statystykach zostanie: Hiszpania - Argentyna 1:0. Ferran Torres, dogrywka. Drugi tytuł mistrzowski dla La Roja. Być może ostatni mundial Lionela Messiego.

    Wszystko to brzmi historycznie. Tylko sam mecz jakoś historyczny nie był. Po finale z 2022 roku można było nie spać z emocji. Po finale z 2026 roku można było nie spać głównie dlatego, że trwał tak długo. Nie tego się chyba spodziewaliśmy.


    Źródło: WM.pl (Wolne Media / Grupa WM)

    Co o tym sądzisz?

    Artykuł sponsorowanyAD
    SamsungGalaxy AI - nowa era