
Świadectwa tych, którzy ocaleli dzięki sąsiadom - Ukraińcom.
Jedni zadawali śmierć w męczarniach, aby Polacy umierali jak najdłużej. Inni ryzykowali życie, by ratować polskich sąsiadów. Ukraińcy i Ukraińcy. Albin Sulikowski, Marianna Sikora-Zawiślak i Daniela Kubiczek w rozmowie z PAP opisują dwa oblicza zbrodni wołyńskiej.
11 i 12 lipca 1943 r. UPA dokonała skoordynowanego ataku na polskich mieszkańców 150 miejscowości na Wołyniu. W sumie w latach 1943-45 na Wołyniu i w Galicji Wschodniej zginęło ok. 100 tys. Polaków zamordowanych przez oddziały Ukraińskiej Powstańczej Armii i miejscową ludność ukraińską. Wydarzenia te przeszły do historii jako zbrodnia wołyńska.
Prezentujemy fragmenty rozmów przeprowadzonych przez dziennikarkę PAP w latach 2018-2019.
Urodzony w Koźlińskim Majdanie Albin Sulikowski (1 marca 1931 r. - 12 sierpnia 2023 r.) opowiadał, że przed wojną z Ukraińcami żyło się bardzo dobrze. - Miałem kolegów Ukraińców, tylko z nimi się trzymałem. Święta spędzaliśmy razem - najpierw Boże Narodzenie u nas, a za dwa tygodnie byliśmy u nich. Żyliśmy ze sobą dobrze, braliśmy śluby. Ukrainki z Polakami i Polacy z Ukrainkami. Nikt nie myślał o tym, że takie rzeczy będą się dziać. Zresztą na wsi nie było żadnej polityki, każdy myślał o tym, żeby jak najlepiej pole obrodziło, żeby jak najwięcej plonów zebrać. Nie było nienawiści - wspominał.
Jesienią 1942 r. w Koźlińskim Majdanie doszło do pierwszego pojedynczego mordu. Ofiarą padł Adolf Grochowski. - Podjechali do niego na koniach, mówili, że są z policji i zabierają go na przesłuchanie. Pojechał z nimi. Przed wojną miał radio słuchawkowe, był Polakiem z duszą i sercem, dlatego jego chyba sprzątnęli pierwszego. Zamordowali go w lesie - relacjonował Sulikowski.
Kolejnymi ofiarami ukraińskich nacjonalistów byli Ludwik Szedler oraz ciężarna siostra Sulikowskiego Anna. - Szedlera wywieźli do lasu. Między palcami miał powbijane patyki, przybili go kołkiem przez brzuch do ziemi. Moja siostra w ósmym miesiącu ciąży szła z mężem do teściów w sąsiedniej wiosce. To był już lipiec 1943 r. Nie dotarła na miejsce. Ludzie znaleźli ją w rowie. Miała rozpruty brzuch, dziecko wyrzucone, mąż leżał obok martwy - opisywał.
Rodzinę Sulikowskich przed atakiem na miejscowość ostrzegł ukraiński sąsiad.
Zwrócił uwagę, że "partyzanci z UPA na koniach okrążali wioskę, ale mordowali sąsiedzi z następnych wiosek ukraińskich". - Dzieci po 14, 16 lat, dziewczynki, chłopcy. Ściągali skóry, piersi obcinali, oczy wydłubywali, żeby jak najdłużej człowiek umierał - podkreślił. Dzięki ostrzeżeniu sąsiada rodzinie Sulikowskiego udało się uciec do Równego.
Marianna Sikora-Zawiślak (z domu Plejznerowska) urodziła się 12 września 1939 r. w Mokwinie (powiat kostopolski). Kiedy rozpoczęła się rzeź wołyńska, miała zaledwie cztery lata.
Sikora-Zawiślak wspominała, że nic nie wskazywało na to, że może dojść do masakry. Ludzie żyli obok siebie w zgodzie, spędzali ze sobą czas, bawili się razem i przyjaźnili. Jej starsze rodzeństwo chodziło do tej samej szkoły co dzieci ukraińskich sąsiadów, uczyli się wzajemnie polskiego i ukraińskiego.
Kiedy zaczęły się regularne napaści na Polaków również zostali ostrzeżeni przez sąsiadów, Ukraińców. - Mój ojciec przychodził do domu i mówił, że dzisiaj mogą być u nas banderowcy. Zarządzał ucieczkę do lasu. Wtedy wszyscy uciekaliśmy, w lesie się rozdzielaliśmy, żeby nie było dużych grup - relacjonowała.
Zdarzały się jednak odwrotne sytuacje - że Ukraińcy wydawali Polaków. - W trakcie chowania się w lesie dwójka mojego rodzeństwa trafiła do domu Ukrainki. Byli zadowoleni, że ona ich przyjęła. Ostrzegła ich także, że za chwilę na podwórku będą banderowcy, i poradziła, żeby ukryli się w stodole. Oni poszli do stodoły i rzeczywiście przyjechała za chwilę banda. Patrzą przez szpary w drzwiach, a ta Ukrainka pokazuje palcem na stodołę, zdradzając miejsce ukrycia mojego rodzeństwa. Dobrze, że z drugiej strony stodoły była wyjęta deska i dzięki temu wydostali się z niej. Polecieli w żyto, a Ukraińcy strzelali do nich - wspominała Wołynianka.
Ocalona opowiedziała również o wydarzeniach z 11 lipca 1943 r., czyli tzw. krwawej niedzieli. Jej rodzeństwo, Halina i Jan, było wówczas w kościele w Mokwinie.
Uzdolniony plastycznie brat Marianny - Tytus Romuald - został wydany Niemcom przez ukraińskich kolegów. Malował plakaty, które potem rozwieszano podczas akcji. Wspomina, że przychodzili do niego ukraińscy koledzy, razem słuchali radia, a potem go zdradzili.
Ojciec Marianny, Stanisław, został zamordowany w marcu 1945 r. Wybrał się do sąsiedniej wsi na handel wymienny do znajomego ukraińskiego młynarza Andrija Kiszmana.
W rozmowach wspomina także grabieże, których dokonywali Ukraińcy. - Wpadali do chałupy i mówili: "to jest nasze", i zabierali różne przedmioty. Moja mamusia nie chciała oddać patelni, dostała za to kolbą od pistoletu. Ja z kolei zauważyłam, że ukraińska dziewczynka siedząca na furmance trzyma moją ukochaną, piękną lalkę, którą dostałam od tatusia. Zaczęłam biec w jej kierunku, płakałam, chciałam, żeby mi ją oddała. Ukrainiec, który z nią był, powiedział do mnie: "won, przeklęta Laszko, bo ciebie zabiję!". Lalka pojechała - opowiadała.
Daniela Teresa Kubiczek (z domu Dudek) urodziła się 13 kwietnia 1934 r. w Aleksandrii (powiat Równe). Jej dziadek prowadził przedsiębiorstwo zajmujące się wydobywaniem torfu, gdzie Polacy i Ukraińcy pracowali ramię w ramię.
Wspominała, że miała ukraińskie koleżanki, bawiła się z nimi, a stosunki miedzy ludźmi układały się jak najlepiej. - Ukraińcy chodzili z nami do polskiej szkoły, religię mieli oddzielnie. W Aleksandrii była cerkiew, kościół katolicki, a nawet niemiecki kościół - Kirche, bo mieszkało tam też kilka rodzin niemieckich. Mój tatuś miał wielu kolegów Ukraińców, zapraszali się nawzajem na święta i uroczystości - podkreśliła.
Sytuacja zmieniła się drastycznie wraz z rozpoczęciem rzezi. Ponieważ w Aleksandrii domy były rozproszone, napastnicy zmienili taktykę - polowali na pojedyncze osoby.
4 marca 1944 r. brat Danieli, niespełna 16-letni Walenty, oraz jego dwaj kuzyni (15 i 17 lat) pojechali saniami po paszę dla zwierząt. Trafili prosto na zasadzkę UPA zorganizowaną pod lasem.
Po śmierci brata zostały same z siostrą i mamą. Kobietom trudno było się utrzymać, więc pomagała im babcia. Pewnego wieczoru, gdy wracały od babci, musiały wstąpić do budynku wodociągów. Mieszkał tam Ukrainiec nazwiskiem Korolko, który zaopatrywał ukrywających się w lesie bojowników w prowiant. W tym samym momencie do domu zaczęła się zbliżać grupa głośno rozmawiających mężczyzn.
Napastnicy weszli do środka z mocnymi latarkami i zaczęli świecić po całym pokoju. Pytali, gdzie są "Laszki", ponieważ ktoś zauważył wchodzące Polki.
Katarzyna Krzykowska
Tydzień z Wiara.pl
Przeczytaj jeszcze
Galerie
ks. Włodzimierz Lewandowski
Andrzej Macura
Katarzyna Solecka
Autoreklama