RAK
    Cisi i uparci

    Cisi i uparci

    2838 odsłon
    Cisi i uparci

    Po co się było szarpać? – pytają co niektórzy.

    Dziewięćdziesiąty siódmy ubiegłego stulecia. To był mój pomysł. Jedziemy z dziećmi w góry. Marysia nie chce jechać. Powódź była. - Już wylało, drugi raz nie wyleje – wymądrzam się. Po powodzi zawsze tak jest - wiatr przegania chmury po niebie, rozdzierając je na coraz mniejsze szmatki. Potem przychodzi słońce. Tak dotąd było... Jedziemy, ale nic nie jest jak dotąd. Ściana deszczu. Rzeczka dudni, psy wyją. Dzieciaki przestały rysować – jak długo można rysować – i tarzają się po materacu. Marysia najchętniej zerwałaby się i odjechała stąd. Tłumaczę więc, że woda niewiele tu może. Nadgryźć asfalt, zerwać jakiś lichy mostek... Najlepiej nie ruszać się nigdzie. Owinąć się kocem, przeczekać… Marysia przynosi drzewo z piwnicy. Rozpala ogień w piecu, dmuchając pracowicie. Przyczernia sobie czoło, przyczernia koniuszek wydatnego nosa. Z pieca bucha chmura dymu, potem, o dziwo, jakoś zaczyna się palić. - Nakopciłaś – jęczę. - Napaliłam – śmieje się Marysia i z jej niebieskich oczu strzelają iskierki. Nakopcono, napalono… Uparta dziewczyna. Zamyśla się na chwilę. Kiedyś też tak rozpaliła ogień w piecu. Sama, choć była małym dzieckiem. Babcia od rana leżała w łóżku sztywna i nieruchoma. To od zimna - pomyślała Marysia. I zaczęła składać papier, drzewo, dmuchać pracowicie, tak jak ją nauczono. - Głupia! Przy trupie palić! - krzyknęła sąsiadka i otworzyła na oścież okno. A Marysia… Skąd miała wiedzieć jak wygląda śmierć? Chciała tylko babcię ogrzać. Po pobycie w domu dziecka była praca w domu dziecka, w bidulowej kuchni. Wtedy urodził się Marcinek. - Nigdy nie będzie chodzić – powiedziała pani neurolog przy pierwszej wizycie. Marysia nie wie, dlaczego matkom mówi się takie rzeczy. Wprawdzie Marcin z trudem uczył się gry w piłkę i jazdy na rowerze, z trudem uczył się innych rzeczy, ale chodził przecież… Urodziła go na przekór całemu światu. Mówili – usuń to, z pogardliwym akcentem na to. Prawie wszyscy. Tak trudno wybaczyć. Tym prawie wszystkim z wyjątkiem sprawiedliwych do policzenia na palcach jednej ręki. Miała wtedy wizję taką a może sen tylko. Pan Jezus szedł krzyżową drogą. Cały pokrwawiony i niepodobny do tego na obrazkach… Do kuchni już po wychowawczym nie wróciła. Bali się, że będzie brała zwolnienia na małego. Wytłumaczyli, że musi odejść. Uwierzyła, napisała wypowiedzenie. Potem była praca sprzątaczki w szkole - schody, korytarz, walka z opornym kurzem, okna, gruz po remoncie. I – kiedy dzwonię do niej do szkoły w pilnej sprawie: „Przykro nam, sprzątaczek nie prosimy do telefonu.” Później zwolnienie w ramach redukcji etatów i ostatnie lata pracy ramię w ramię z dorabiającymi studentami w McDonaldzie. Tęskne wyglądanie z oparów oleju ku emeryturze. Po co się było szarpać? – pytają co niektórzy. Jakby kobieta wystąpiła do sądu o ubezwłasnowolnienie syna, a sąd przychyliłby się do wniosku, to i świadczenie dla niej pewnie by się znalazło. Na co rozliczne ludzkie i obywatelskie prawa komuś, kto praktycznie i tak z nich nie korzysta? Tylko lekarz był innego zdania: „Dobrze, pani Mario. Pani syn i tak jest wystarczająco pokrzywdzony przez los”. Raz jeszcze Maryśka się uparła. Kiedy jej brat ciężko zachorował. „Zabieram go do siebie do domu zadeklarowała. To proste, brata nie można zostawić. „Nie da pani rady. Tu już tylko hospicjum” – przekonywał Profesor w klinice. Ale cóż poradzić na upór? Od tamtej chwili minęło lat kilkanaście. Brat żyje. A ponieważ nie wypada mi podważać kompetencji Profesora, pozostaje uwierzyć, że Marysia wyprosiła cud u Pana Jezusa Miłosiernego w podkrakowskich Łagiewnikach. Wszak był to czas, kiedy uniosła ją w górę fala pobożności. Tak to już było w jej życiu – na przemian przypływ i odpływ. Teraz znów Marysia jest bliżej Boga. Marcin zmarł nagle, a ona chyba czuje, że jedyny sposób na bycie nadal blisko syna, to ani zdjęcie z dawnych lat (choć ładne), ani wyrazisty i pokrzepiający sen, ale trwanie przy Bogu. „Najmłodsza babcia tu w okolicy” – rzucił jej brat komentarzem, kiedy wykupiła sobie miejsce w busiku dowożącym starsze panie w niedzielę do kościoła.

    Cicha i uparta Maryśka. Cisi posiądą ziemię A za święty upór będzie jeszcze może coś ponadto.

    aktualna ocena | | głosujących | | Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

    Tydzień z Wiara.pl

    Przeczytaj jeszcze

    Galerie

    Maria Sołowiej

    Andrzej Macura

    ks. Włodzimierz Lewandowski

    Autoreklama


    Źródło: Gość Niedzielny – edycja sandomierska

    Artykuł sponsorowanyAD
    SamsungGalaxy AI - nowa era

    Co o tym sądzisz?