
Silny wiatr połamał drzewa, zerwał dachy i uszkodził jachty. Choć od czerwcowej nawałnicy minęło już kilkanaście dni, nad Zalewem Rybnickim nadal trwa usuwanie skutków żywiołu. Rozmawialiśmy z harcerzami, żeglarzami i dekarzem o tym, ile naprawdę kosztuje powrót do normalności.
Wiesz coś więcej na ten temat?
Napisz do nas
29 czerwca media społecznościowe zalały nagrania znad Zalewu Rybnickiego. Wiatr wyginał drzewa niemal do ziemi, grad uderzał z ogromną siłą, a deszcz tworzył ścianę, przez którą trudno było cokolwiek dostrzec. Jedno z nagrań opublikowanych przez Wojciecha Sałatę odtworzono blisko 200 tysięcy razy. Pod zdjęciami i filmami pojawiły się setki komentarzy. Dominowała jedna reakcja: niedowierzanie.
Dla wielu mieszkańców była to po prostu kolejna burza. Dla ludzi związanych z zalewem okazała się jedną z najgorszych, jakie pamiętają. Kilka dni później jadę na miejsce. Spodziewam się połamanych drzew, porozrywanych dachów i wszechobecnego chaosu. Tymczasem niemal każdy, z kim rozmawiam, mówi mi to samo: - Spóźniła się pani. Wszystko już posprzątane.
Rzeczywiście, najgorszy bałagan zniknął. Ale wystarczy przejść kilkadziesiąt metrów dalej, żeby zobaczyć, że skutki nawałnicy wciąż są widoczne: prowizorycznie zabezpieczone poszycia, w innym miejscu pocięte pnie drzew czekają na wywóz. Co chwilę słychać piły, młotki i wkrętarki. Zamiast letniego gwaru trwa odbudowa.
Po burzy nie zawsze od razu wychodzi słońce. W tym przypadku najpierw przychodzą rachunki.
"Nie dostaliśmy żadnej pomocy od miasta"
Przy Przystani Kotwica spotykam Krzysztofa Langera. Nie siedzi przy kawie ani nie odpoczywa. Sprząta teren.
Przedstawiam się i mówię, że przygotowuję materiał o skutkach nawałnicy. Nie opowiada o zniszczonych budynkach ani o kosztach remontów. Zaczyna od czegoś zupełnie innego. Mówi z wyraźnym rozgoryczeniem, że ośrodek nie otrzymał żadnej pomocy ze strony miasta.
W jego ocenie politycy pamiętają o tym miejscu wtedy, kiedy można zrobić sobie zdjęcie albo pokazać je jako wizytówkę Rybnika. Kiedy jednak przyszła katastrofa i potrzebna była pomoc choćby przy wywozie powalonych drzew, nikt się nie pojawił.
Próbuję dopytać o szczegóły. Nie chce rozwijać tematu. Mówi, że jest zajęty i wraca do pracy.
Ta krótka rozmowa trwa zaledwie chwilę, ale nie sposób ją zignorować. Jest pierwszą rzeczą, którą słyszę po przedstawieniu się jako dziennikarka. W kolejnych rozmowach pojawiają się już znacznie bardziej zróżnicowane doświadczenia. Jedni podkreślają ogromną pomoc strażaków, inni mówią o wsparciu wolontariuszy, jeszcze inni liczą przede wszystkim na odszkodowania z ubezpieczenia. Pojawiają się również głosy, że stowarzyszenia działające nad zalewem same nie udźwigną wszystkich kosztów odbudowy.
Harcerska stanica miała szczęście. Nikogo tam nie było
Jednym z miejsc, które poważnie ucierpiały podczas nawałnicy, była stanica żeglarska Hufca Ziemi Rybnickiej. Kiedy wiatr łamał kolejne drzewa, teren był pusty.
A tych nie brakuje. Powalone drzewa zniszczyły całe ogrodzenie. Uszkodzony został hangar, jedna z łódek oraz cztery duże harcerskie namioty. To szczególnie bolesna strata - namioty były już rozstawione, bo zaledwie dwa dni później miał rozpocząć się biwak. Hangar również nie jest zwykłym budynkiem gospodarczym: - Przechowujemy tam łódki. Bez niego normalne funkcjonowanie stanicy jest niemożliwe - tłumaczy.
Na razie dokładna wartość szkód nie jest jeszcze znana.
Pomoc przyszła z wielu stron
Kiedy pytam Patrycję Bielaczek, kto pomagał przy porządkach, zaczyna długo wymieniać kolejne miejscowości: harcerze przyjechali z Knurowa, Rudy Śląskiej, Tarnowskich Gór, Bytomia, Wodzisławia Śląskiego i Katowic. Pomagała Chorągiew Śląska, Hotel Skaut w Chorzowie, mieszkańcy i wolontariusze.
Ubezpieczenie nie pokryje wszystkiego
Choć teren został uporządkowany, najtrudniejsze dopiero przed harcerzami. Ubezpieczenie nie pokryje wszystkich kosztów odbudowy. Najdroższa będzie naprawa hangaru i odbudowa ogrodzenia. Trzeba będzie także kupić nowe namioty - jeden kosztuje około 6 tys. zł. Na razie organizacja nie planuje zbiórki.
Na koniec wraca jeszcze do pierwszych chwil po burzy.
Dariusz Kostiuk , komandor klubu i prezes zarządu TKŻ Kabestan, w przeciwieństwie do harcerzy nie mówi o zniszczonych namiotach czy hangarze. Tutaj największym problemem okazały się łódki i cały żeglarski dorobek klubu, budowany oraz kompletowany przez wiele lat.
Jak szacuje, same straty dotyczące klubowych jednostek przekraczają 15 tys. zł. Jedna z łódek została uszkodzona na tyle poważnie, że złamał się maszt, zniszczone zostało także całe ożaglowanie. Naprawa nie będzie możliwa od ręki. Na szczęście sam budynek klubowy wyszedł z tej burzy niemal bez szwanku. Nie był to jednak wyłącznie łut szczęścia.
Nie wszystko udało się jednak uratować. Korona jednego z drzew spadła na łódkę należącą do członka klubu, a uszkodzona infrastruktura energetyczna sprawiła, że przez dwa lub trzy dni cały teren pozostawał bez prądu.
Najbardziej zapadł mu jednak w pamięć sam przebieg burzy.
To było naprawdę przerażające. Koledzy mówili, że podczas pierwszego uderzenia wiatr z pewnością przekraczał 100 kilometrów na godzinę. Drzewa łamały się jak zapałki. Kiedy dotarłem na miejsce, wiatr na chwilę ucichł, ale później zmienił kierunek i zaczęło wiać od strony zapory. Wtedy przyszła ulewa, jakiej wcześniej nie widziałem. Przez kilkanaście minut byliśmy kompletnie przemoczeni, a między kolejnymi podmuchami próbowaliśmy zabezpieczać łódki i wszystko, co jeszcze dało się uratować - relacjonuje mężczyzna. Największą pomoc, jak podkreśla, okazali strażacy. Zarówno Państwowa Straż Pożarna, jak i jednostki OSP przez kilka dni usuwały powalone drzewa oraz te, które wciąż zagrażały budynkom.
Dowódca akcji odpowiadał na każde pytanie i reagował na nasze prośby. Strażacy wykonali naprawdę ogromną pracę. Bez nich byłoby nam zdecydowanie trudniej - przyznaje.
„To był prawdziwy armagedon”
Jeszcze większe straty poniósł Klub Sportowy Górnik Boguszowice, którego sekcja żeglarska również działa nad Zalewem Rybnickim. Damian Jendrzejek , wiceprezes i komandor sekcji, nie ma wątpliwości, że była to najgorsza burza, jaką pamięta.
Na miejsce dotarł jeszcze tego samego wieczoru. Od strony Rybnika nie było to jednak możliwe, bo ulica Rudzka była już całkowicie zablokowana przez powalone drzewa. Jedyną przejezdną drogą okazał się dojazd przez las od strony Jejkowic.
Na miejscu pojawił się rzeczoznawca PZU, ale oficjalnej wyceny jeszcze nie ma. Już dziś wiadomo jednak, że same szkody w budynkach przekraczają 20 tys. zł. Znacznie większe wydatki pochłoną naprawy jachtów, które nie były objęte ubezpieczeniem casco.
Klub liczy, że do końca sezonu uda się przywrócić teren do pełnego funkcjonowania, choć wiele zależy od pieniędzy.
O tym, jak szybko rosną koszty po takich wydarzeniach, opowiada Robert Bober , dekarz z Czerwionki-Leszczyn. Jego rodzina zajmuje się pracami blacharsko-dekarskimi od trzech pokoleń, dlatego po każdej większej nawałnicy telefon praktycznie nie przestaje dzwonić.
Jak tłumaczy, nie da się odpowiedzieć na pytanie, ile kosztuje naprawa dachu, podając jedną uniwersalną kwotę. Wszystko zależy od tego, czy uszkodzone zostało wyłącznie pokrycie, czy również konstrukcja.
Jeżeli zniszczeniu uległy krokwie, murłaty albo więźba dachowa, koszt remontu bardzo szybko zbliża się do budowy nowego dachu. Sama robocizna może wynosić od 150 do 200 zł za metr kwadratowy, a do tego dochodzą materiały, drewno, demontaż starego pokrycia, rusztowania oraz codzienne zabezpieczanie budynku przed kolejnymi opadami.
W praktyce całkowita wymiana dachu na niewielkim budynku rekreacyjnym o powierzchni około 80 metrów kwadratowych może kosztować od 50 do 80 tys. zł. W przypadku większych obiektów rachunek robi się jeszcze bardziej imponujący. Kompleksowa odbudowa dużego dachu o powierzchni około 200 metrów kwadratowych może pochłonąć nawet około 200 tys. zł.
Robert Bober zwraca uwagę na jeszcze jeden błąd, który często popełniają właściciele uszkodzonych budynków.
Jednocześnie przestrzega przed zbyt szybkim akceptowaniem pierwszej propozycji odszkodowania.
Źródło: nowiny.pl