
Iwona Szoka 21/07/2026 - 10:33 Katastrofy ekologiczne uczą nas, że największym błędem jest analiza ryzyka dopiero po tragedii. Dlatego przy nowych oraz już realizowanych przedsięwzięciach mogących znacząco oddziaływać na środowisko i zdrowie publiczne niezbędna jest zmiana sposobu podejmowania dec
Ostatnie lata, tygodnie, a nawet dni, nie szczędziły nam negatywnych doświadczeń w tym temacie. Stąd pytanie: co ma wspólnego katastrofa ekologiczna, wywołana w czerwcu 2026 roku podczas prac przy tamie pilchowickiej i martwa rzeka Bóbr na Dolnym Śląsku z działaniami rekultywacyjnymi na Górnym Śląsku?
Chociażby z rekultywacją Stawu Kalina – znanej bomby ekologicznej w Polsce. Stawu zanieczyszczonego substancjami z odpadów poprzemysłowych, w tym rakotwórczymi, które przedostały się do niego z sąsiadującej hałdy.
Dochodzę do wniosku, że zaskakująco dużo:
W przypadku Jeziora Pilchowickiego historyczne zrzuty przemysłowe oraz inne źródła zanieczyszczeń doprowadziły do nagromadzenia osadów dennych zawierających również substancje niebezpieczne dla zdrowia ludzi. Jak wynika z publikacji lokalnego portalu „Lwówecki”, przed rozpoczęciem planowych prac przy tamie nie wykonano badań tych osadów, mimo pytań kierowanych przez dziennikarzy, które powinny były skłonić właściwe instytucje odpowiedzialne za ochronę środowiska i zdrowie publiczne do ich zbadania.
Z przekazów medialnych wynika również, że osoby bezpośrednio związane z realizacją naprawy tamy nie wiedziały o ilości zalegających osadów, o czym same dziś mówią.
Mimo braku badań osadów dennych i panujących upałów rozpoczęto planowe spuszczenie wody ze zbiornika. W jego trakcie stracono kontrolę nad przebiegiem prowadzonych działań. Jak wynika z przekazów medialnych, szybki spust wody spowodował zaciągnięcie osadów dennych i ich przemieszczenie wraz z nurtem rzeki. Warto podkreślić: były to osady, których uwolnienia nie planowano. Jednak życie pisze własne scenariusze.
Co więcej, nie potrafiono już zatrzymać uruchomionego procesu.
Pierwsze konsekwencje dotknęły przede wszystkim organizmy wodne, w tym ryby, które dusiły się na naszych oczach. To one były pierwszymi ofiarami tej tragedii, a w konsekwencji – ofiarą stał się cały ekosystem. Poziom tlenu spadł poniżej wartości pozwalających na zachowanie życia biologicznego.
W przestrzeni publicznej pojawiły się również informacje o przekroczeniu dopuszczalnych norm rtęci.
Ponadto 5 lipca 2026 r. w Serwisie Rzeczypospolitej Polskiej opublikowano komunikat, w którym podano, że: „(…) we wszystkich próbkach pobranych tego dnia stwierdzono przekroczenie średniorocznej normy jakości dla benzo(a)pirenu, jednak nie przekroczono maksymalnego dopuszczalnego stężenia określonego dla jednolitych części wód powierzchniowych.”
Efekt? Martwa rzeka Bóbr. Negatywne konsekwencje są już widoczne również na odcinku Odry – tej samej rzeki, która do dziś nie odbudowała się po katastrofie ekologicznej zapoczątkowanej w 2022 roku, w wyniku której doszło m.in. do serii masowych śnięć ryb oraz innych organizmów wodnych.
Już w październiku 2022 r. we wspomnianym Serwisie Rzeczypospolitej Polskiej Andrzej Szweda-Lewandowski, ówczesny Generalny Dyrektor Ochrony Środowiska, informował opinię publiczną, że: „Zdaniem naukowców masowy zakwit inwazyjnych mikroglonów wywołały nakładające się na siebie czynniki: zmiana parametrów wody – w tym wzrost zasolenia wywołany suszą hydrologiczną, upały podnoszące temperaturę wody do 27°C i znacznie większe niż w poprzednich latach nasłonecznienie, które przyspiesza rozwój glonów.”
Generalny Dyrektor Ochrony Środowiska w tej samej informacji jednocześnie wskazywał kierunki działań, które powinny ograniczać ryzyko podobnych zdarzeń w przyszłości: „Wśród zalecanych działań jest m.in. wprowadzenie zintegrowanego monitoringu jakości wód połączonego z kontrolą warunków hydrologicznych i meteorologicznych.”
Niestety, mimo tych doświadczeń, w czerwcu 2024 r. na niemieckim odcinku Odry ponownie pojawiły się śnięte ryby. W porcie we Frankfurcie nad Odrą zaobserwowano dziesiątki martwych ryb, wśród nich sandacze i szczupaki osiągające nawet 60 centymetrów długości, a także małże i ślimaki unoszące się na powierzchni wody. W mediach społecznościowych nie brakuje również zdjęć i filmów przedstawiających martwe ryby z polskiej strony rzeki.
Po doświadczeniach gromadzonych od 2022 roku można było oczekiwać, że kolejne działania mogące znacząco oddziaływać na środowisko – takie jak zrzuty wód zasolonych do Odry, opróżnianie zbiorników wodnych czy prowadzenie prac hydrotechnicznych – będą planowane z uwzględnieniem:
Wszak w sytuacji wystąpienia niekorzystnych warunków – suszy hydrologicznej, zapowiadanych fal upałów lub innych okoliczności zwiększających ryzyko – naturalnym elementem procesu decyzyjnego powinno być rozważenie zmiany harmonogramu prac lub czasowego odstąpienia od planowanych działań.
Nic jednak bardziej mylnego.
W przypadku Jeziora Pilchowickiego nikt nie cofnie czasu. Nikt nie przywróci życia ani zdrowia całemu ekosystemowi jednym podpisem na dokumencie. Ten proces działa tylko w jedną stronę.
W takich momentach szczególnie łatwo mówić o „systemie”. Tymczasem system sam nie podejmuje decyzji. Nie podejmuje ich również dokument ani procedura, a tym bardziej harmonogram prac. Za każdą decyzją administracyjną, środowiskową czy techniczną, jak również za każdym pozwoleniem i projektem, stoją konkretni ludzie – osoby posiadające określone kompetencje, dostęp do wiedzy i dokumentacji oraz obowiązek samodzielnego myślenia. To właśnie oni podejmują decyzje, za które społeczeństwo ma prawo oczekiwać odpowiedzialności.
Warto przy tej okazji dodać, że rzeka Bóbr, jak każda inna rzeka, to znacznie więcej niż woda i ryby.
Wiemy również, że skutki tragedii na rzekach nie zatrzymują się w jednym miejscu. Wody Bobru wraz z nurtem docierają do kolejnych odcinków rzek w drodze do Morza Bałtyckiego. To, że negatywne skutki katastrof ekologicznych, w tym substancje toksyczne, nie pytają o granice administracyjne, przekonaliśmy się również podczas pożaru odpadów w zakładzie PreZero w Chorzowie oraz kolejnego pożaru – tym razem elektroodpadów w Gliwicach.
To nierozwiązany od lat problem, podobnie jak przywołana na wstępie hałda toksycznych odpadów poprzemysłowych po Zakładach Chemicznych "Hajduki" w Świętochłowicach, przy granicy z dzielnicą Chorzów Batory. Stanowi ona historyczne składowisko, z którego do Stawu Kalina, terenów przyległych oraz wód gruntowych przedostały się liczne substancje toksyczne. Leży w samym sercu Aglomeracji Śląskiej. Co szczególnie istotne – znajduje się wśród osiedli mieszkaniowych, w sąsiedztwie szkoły podstawowej i przedszkola, a także placów zabaw dla dzieci.
Publicznie dostępna dokumentacja środowiskowa oraz publikacje naukowe i opracowania dotyczące Stawu Kalina oraz hałdy wskazują na obecność licznych zanieczyszczeń, w tym fenoli, wielopierścieniowych węglowodorów aromatycznych (WWA/PAH) oraz związków z grupy BTEX – benzenu, toluenu, etylobenzenu i ksylenów. Wśród WWA znajdują się również związki o potwierdzonym działaniu rakotwórczym.
W artykule naukowym z marca 2024 r., pt. „Mikrobiologiczne oczyszczanie wód poprzemysłowych: przykład skutecznej bioremediacji silnie zanieczyszczonego Stawu Kalina w Polsce”, którego współautorem jest Piotr Surma – dyrektor kontraktu, kierownik Oddziału Południe oraz projektant w REMEA – możemy przeczytać, że: „Szeroka grupa związków organicznych, takich jak wielopierścieniowe węglowodory aromatyczne (WWA/PAH), pestycydy czy chlorowane pochodne związków organicznych, ma zdolność do kumulowania się w tkankach ludzkich (Jin i in., 2017). Nawet niewielkie stężenia tych substancji mogą powodować nowotwory, komplikacje w przebiegu ciąży, zaburzenia neurobehawioralne oraz choroby układu odpornościowego i hormonalnego (WHO, 2022).”
Różnica pomiędzy obszarem hałdy odpadów po Zakładach Chemicznych "Hajduki" i Stawu Kalina a osadami dennymi Jeziora Pilchowickiego jest jednak zasadnicza – świętochłowicki obszar został w znacznym stopniu przebadany. Wiemy więc znacznie więcej o tym, jakie substancje tam zalegają i z jakimi zagrożeniami możemy mieć do czynienia podczas rekultywacji hałdy.
Jak czytamy w artykule współautorstwa Piotra Surmy, w przypadku prac prowadzonych w przeszłości przy Stawie Kalina skutki błędów dotknęły w pierwszej kolejności nie ryby, bo te wymarły już wcześniej, lecz ludzi oddychających powietrzem wokół hałdy. W Stawie Kalina poza kilkoma bakteriami nie istniało życie.
Na początku prowadzonych w przeszłości prac usunięto naturalną barierę utworzoną przez drzewa i krzewy, która przez lata kierowała immisje, czyli uciążliwe oddziaływanie jednej nieruchomości na sąsiednią, znad stawu na wyższe partie terenu, ponad okna okolicznych budynków mieszkalnych. Budynki te znajdują się po obu stronach stawu. Gęsta roślinność osłaniająca teren wokół stawu zniknęła.
Następnie rozpoczęto roboty ziemne oraz fizyczne usuwanie osadów dennych, w wyniku których doszło do emisji lotnych substancji chemicznych, toksycznych oparów oraz przemieszczenia zanieczyszczeń, bez zapewnienia mieszkańcom skutecznej ochrony przed ich oddziaływaniem. Mieszkańcy wielokrotnie zwracali się w tej sprawie do ówczesnego prezydenta miasta Dawida Kostempskiego oraz wiceprezydenta Bartosza Karcz****a, również publicznie, zwłaszcza na kolejnych etapach prowadzonych prac.
W trakcie realizacji przedsięwzięcia ówczesny wykonawca rewitalizacji stawu – firma VIG – w następstwie konfliktu z ówczesnymi przedstawicielami miasta definitywnie opuścił plac budowy. W efekcie mieszkańcy terenów przyległych przez długi czas pozostawali narażeni na oddziaływanie lotnych substancji chemicznych i toksycznych oparów unoszących się znad stawu oraz rozkopanego terenu przesiąkniętego toksycznymi zanieczyszczeniami, w szczególności w okresach wysokich temperatur.
Wszystko to działo się pod nadzorem instytucji publicznych odpowiedzialnych – na różnych szczeblach – za ochronę środowiska i zdrowia publicznego.
Po zakończeniu tamtych wydarzeń nie doszło do zmian personalnych na kluczowych stanowiskach odpowiedzialnych za ochronę środowiska w mieście. Na poziomie miejskim funkcję Naczelniczki Wydziału Ekologii i Gospodarki Odpadami nadal pełni Beata Grzelec-Spetruk.
Dziś można więc oczekiwać, że doświadczenia zdobyte podczas wcześniejszych przedsięwzięć będą stanowiły podstawę do jeszcze wnikliwszej analizy wpływu kolejnych działań na środowisko i zdrowie publiczne oraz do wyciągania wniosków z dotychczasowych doświadczeń przez tak doświadczoną kadrę.
Historia uczy bowiem, że ingerencja w tereny poprzemysłowe wymaga ogromnej ostrożności, pokory i przygotowania na najtrudniejsze scenariusze.
Warto uporządkować najważniejsze wnioski.
Warto postawić najważniejsze pytanie: jakie lekcje płyną z ostatnich katastrof ekologicznych?
Być może przede wszystkim ta, że czas na reakcję jest przed wystąpieniem negatywnych i nieplanowanych skutkó****w. Przed wydaniem zgód, decyzji, podpisaniem umów i rozpoczęciem działań należy możliwie najdokładniej rozpoznać potencjalne zagrożenia oraz poddać je profesjonalnej, wielokierunkowej analizie. Co równie istotne – analiza ta powinna być prowadzona również w trakcie realizacji przedsięwzięcia.
Istotne jest również słuchanie mieszkanek i mieszkańców, ponieważ to oni ponoszą konsekwencje podejmowanych decyzji, również zdrowotne, a nie decydenci czy pracownicy instytucji, którzy bardzo często znajdują się daleko od miejsca potencjalnego oddziaływania przedsięwzięcia.
Co więcej, czas chyba zrozumieć, że odpowiedzialność nie kończy się wraz z wydaniem decyzji administracyjnej, podpisaniem zgody czy zawarciem umowy. Cel pozostaje niezmienny: ochrona zdrowia publicznego i środowiska.
Polski system prawny zawiera cały zbiór przepisów. Nie są to bezpodstawne „życzenia”.
Obok przepisów Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej, w szczególności art. 5, art. 68 ust. 4 oraz art. 74 ust. 1–4, ustanawiających obowiązki związane z ochroną środowiska, bezpieczeństwem ekologicznym oraz zapobieganiem negatywnym dla zdrowia skutkom degradacji środowiska, istotną podstawę prawną stanowi również Konwencja z Aarhus z 1998 r. Rzeczpospolita Polska ratyfikowała ją 31 grudnia 2001 r. Konwencja weszła w życie 16 maja 2002 r.
Jednym z najważniejszych filarów Konwencji jest zagwarantowanie mieszkankom i mieszkańcom rzeczywistego, a nie wyłącznie formalnego, udziału w podejmowaniu decyzji dotyczących przedsięwzięć mogących znacząco oddziaływać na środowisko i zdrowie ludzi.
Art. 6 ust. 2–4 Konwencji stanowi, że zainteresowana społeczność powinna zostać poinformowana w odpowiednim czasie i w skuteczny sposób oraz mieć możliwość uczestniczenia w procesie decyzyjnym na etapie, gdy wszystkie warianty są jeszcze otwarte i możliwy jest rzeczywisty wpływ społeczeństwa na ostateczną decyzję.
To właśnie wtedy udział społeczeństwa ma realny sens – zanim zapadną rozstrzygnięcia, a nie dopiero po ich podjęciu czy, w skrajnych przypadkach, gdy wystąpią już negatywne skutki.
W szczególności Konwencja z Aarhus obejmuje przedsięwzięcia mogące znacząco oddziaływać na środowisko, w tym między innymi:
Elektrownie jądrowe.
Należy również rozpoznać potencjalne zagrożenia oraz przygotować działania ograniczające ich skutki – także na wypadek niezamierzonego uwolnienia substancji niebezpiecznych do środowiska. Jest to szerszy standard prawny ugruntowany zarówno w Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej, ustawach dotyczących ochrony środowiska, jak i wytycznych Światowej Organizacji Zdrowia (WHO).
Tragedie, takie jak te na rzekach Bóbr i Odra oraz przy Stawie Kalina, powinny przede wszystkim uczyć nas prewencji.
Jeżeli doświadczenia ostatnich katastrof ekologicznych rzeczywiście mają czegoś uczyć, warto postawić pytanie, jak – w świetle tych doświadczeń – powinny wyglądać działania prowadzone obecnie przy hałdzie po Zakładach Chemicznych "Hajduki", zlokalizowanej przy Stawie Kalina, na granicy Świętochłowic i Chorzowa.
Tymczasem 15 czerwca 2026 r. władze miasta oraz firma REMEA podpisały umowę dotyczącą remediacji hałdy. O przedsięwzięciu mogli Państwo przeczytać między innymi na łamach ŚLĄZAGA.
Projekt ten promowany jest jako przedsięwzięcie służące poprawie warunków środowiskowych oraz utworzeniu ścieżek edukacyjnych i wieży widokowej na terenie hałdy. Jeżeli nie wiedzą Państwo, gdzie znajduje się sama hałda, być może kojarzą Państwo postindustrialne Wieże KWK „Polska” – jeden z charakterystycznych obiektów Szlaku Zabytków Techniki. To właśnie w ich niedalekim sąsiedztwie planowana jest budowa nowej wieży widokowej.
Pytań jest jednak znacznie więcej.
Mieszkanki i mieszkańcy do dziś oczekują zapowiedzianych przez Daniela Begera, prezydenta Świętochłowic, badań przesiewowych w kierunku chorób nowotworowych wśród osób mieszkających w rejonie Stawu Kalina i hałdy.
To tylko jedno z pytań, na które mieszkańcy wciąż oczekują odpowiedzi.
Źródło: Ślązag.pl