Raciborska Fabryka Kotłów is developing a new department focused on nuclear energy, enhancing its technical competencies and seeking stable orders beyond traditional coal-based energy. This initiative provides young engineers, such as Krzysztof Matysek, with opportunities to gain experience and learn new technologies in innovative projects.
Dzięki nowemu wydziałowi Raciborska Fabryka Kotłów zyskuje wyższe kompetencje techniczne, prestiż i nadzieję na stabilne zamówienia poza tradycyjną energetyką węglową. Praca na wydziale W4 to szansa na poznanie nowych technologii i zdobycie doświadczenia przy ciekawych projektach. Korzysta z niej wielu młodych inżynierów. Jednym z nich jest Krzysztof Matysek , absolwent Politechniki Śląskiej, który z Raciborzem wiąże swoje życie zawodowe i prywatne.
Historia Raciborskiej Fabryki Kotłów cz. XVI
Wiesz coś więcej na ten temat?
Napisz do nas
Nowe budownictwo przyciąga młodych inżynierów
W 1974 roku rządy PRL i ZSRR podpisują umowę o wzajemnej kooperacji w zakresie dostawy urządzeń dla energetyki jądrowej. Dla Raciborskiej Fabryki Kotłów, produkującej urządzenia dla energetyki konwencjonalnej, stwarza to nowe możliwości. Potrzebna jest jednak rozbudowa zakładu o wytwórnię stabilizatorów ciśnienia i wytwornic pary dla bloków WWER-440. Już w sierpniu 1975 roku następuje przygotowanie terenu pod budowę hali IV, a w listopadzie wbijane są pale pod jej fundamenty. Podstawowe i pomocnicze powierzchnie produkcyjne powstają w 1979 i 1980 roku. Hala IV wyposażona jest w karuzelówkę o średnicy toczenia do 5000 mm i wytaczarki.
Powierzenie Rafako produkcji urządzeń dla energetyki jądrowej pozwala na wprowadzanie do przedsiębiorstwa nowych technologii i procesów kontrolnych. Zakład rozbudowuje się o zaplecze badawcze w postaci Doświadczalnego Warsztatu Spawalniczego, w którym można przeprowadzać odpowiednie badania oraz szkolenia spawaczy w zakresie wymaganych w energetyce jądrowej procesów spawalniczych. Kontrolę i badania prac doświadczalnych oraz produkcyjnych prowadzi Dział Kontroli Technicznej, który ma do swej dyspozycji Centralne Laboratorium Zakładowe. Jest ono wyposażone w nowoczesną aparaturę do badań niszczących i nieniszczących.
W 1978 roku pracę na wydziale energetyki jądrowej rozpoczyna pochodzący z Dąbrowy Górniczej absolwent wydziału mechanicznego technologicznego Politechniki Śląskiej - Krzysztof Matysek. Do pracy w Raciborzu werbują go panowie Kajzer i Szolc z Wydziału Spawalniczego Rafako, którzy nowe mieszkania gwarantują już po dwóch miesiącach od zatrudnienia. – Jako kawaler czuję jakbym chwycił Pana Boga za nogi. Mam już stypendium z Mostostalu Będzin, ale oni wszystko załatwiają, więc zaraz po studiach przyjeżdżam do Raciborza – wspomina pan Krzysztof, który zaczyna pracę w biurze spawalniczym, a tymczasowo mieszka w hotelu robotniczym przy ul. Kościuszki. Już po miesiącu idzie na rok do wojska, ale po odbytej służbie, zgodnie z obietnicą, dostaje mieszkanie w rafakowskim bloku przy ul. Słowackiego. Wymarzone M3 znajduje się na dziesiątym piętrze i zachwyca widokami. Z jednej strony Beskidy Czeskie, z drugiej Jesioniki z Pradziadem i w końcu miasto, które w porównaniu do Katowic czy Będzina, zadziwia spokojem. W styczniu 1980 roku wprowadza się do niego poślubiona we wrześniu 1979 roku żona Urszula.
W4 – nowoczesna technologia i wielka odpowiedzialność
Po powrocie z wojska Krzysztof Matysek trafia na nowo tworzony wydział energetyki jądrowej W1-4 gdzie zaczyna pracę jako mistrz spawalnik. Jego kierownikiem jest Henryk Klimas, w nadzorze pracuje Alojzy Richter a brygadzistą jest pan Polak. Gdy po pół roku otwarta zostaje nowa, tzw. niebieska hala, pracownicy energetyki jądrowej przenoszą się do niej i od tej pory wydział nosi nazwę W4. Pan Matysek od razu odpowiada za kilkudziesięciu pracowników. – To dla mnie szok – kierować takim zespołem ludzi. Tego na studiach nie uczą. Mam pod sobą brygadzistów, a ci po siedem, osiem osób w każdej brygadzie. Pracujemy na trzy zmiany i człowiek czasami nie wie jak się nazywa, zwłaszcza przy przechodzeniu z nocki na pierwszą zmianę. Technicznie nie ma żadnych problemów, ale zarządzanie ludźmi nie jest proste – tłumaczy pan Krzysztof.
Jednym z najważniejszych projektów nowego wydziału staje się stabilizator ciśnienia dla elektrowni jądrowej. Ogromny zbiornik wykonywany z bardzo grubych blach, wykładanych od środka warstwą nierdzewną, ma za zadanie utrzymać stałe ciśnienie w obiegu pierwotnym reaktora. – To cud techniki spawalniczej tamtych czasów – podkreśla pan Krzysztof i dodaje, że jego produkcja wykonywana jest według dokumentacji opracowanej przez Centralne Biuro Konstrukcji Kotłowych na podstawie projektu technicznego zakupionego w ZSRR. Ma to ogromne znaczenie dla produkcji i odbioru stabilizatora, bo w obu procesach pracownikom W4 towarzyszy radziecki konsultant. – Każdy element przed spawaniem należy umyć spirytusem rektyfikowanym, a potem nasz radziecki konsultant Astaszkin sprawdza czystość białą szmatką. Żeby złącze o średnicy około dwóch metrów dokładnie umyć, nasz pracownik potrzebuje ok. 0,2 l czystego spirytusu. Robi to płacząc, że takie złoto trzeba wylewać, ale gdy rosyjski odbiorca sprawdza, rzeczywiście szmatka jest czysta. Gdy po roku ktoś dochodzi do wniosku, że do czyszczenia wystarczy spirytus skażony, okazuje się, że na to samo złącze potrzebuje 2 litrów – podsumowuje ze śmiechem Krzysztof Matysek.
Pierwszy stabilizator ciśnienia dla bloku WWER-440 przeznaczony dla elektrowni jądrowej NORD w Niemieckiej Republice Demokratycznej opuszcza fabrykę w 1982 roku. Kilka lat później pan Matysek przechodzi do Wydziału Walczaków i Tłoczni (W1), gdzie zostaje najpierw kierownikiem oddziału, a później zastępcą kierownika całego wydziału.
Rafako pod żaglami
W młodości całe życie pana Krzysztofa kręci się wokół sportu. Gra w siatkówkę, trenuje lekkoatletykę i swoją przyszłość wiąże z Akademią Wychowania Fizycznego, gdzie bez problemów może się dostać bez egzaminów. Ale w rodzinie, gdzie najwyższą wartością jest pracowitość i odpowiedzialność, takie plany nie podobają się jego rodzicom. Ojciec Czesław – sztygar w kopalni „Generał Zawadzki” namawia syna na wybór Politechniki Śląskiej. W końcu pan Krzysztof trafia na kierunek spawalniczy wydziału mechanicznego technologicznego, skąd przyjeżdża do Raciborza. O aktywności fizycznej jednak nie zapomina. – W zakładzie pracuje dużo ludzi z wieloma talentami, z wieloma hobby, a Rafako nigdy nam w realizacji naszych pomysłów nie przeszkadza. Zimą, co sobotę organizujemy autokar, który nas zawozi na narty do Szczyrku. Wstaje się o 6.00, jedzie na Skrzyczne, zjeżdża trzy razy, bo takie kolejki, i człowiek wraca do domu szczęśliwy – opowiada pan Matysek, który równie miło wspomina bale karnawałowe, sylwestrowe zabawy w domu kultury i imprezy poszczególnych działów. – Spotykają się na nich ludzie, którzy razem pracują. Bywa wesoło, choć czasem niebezpiecznie, bo z każdym trzeba się przecież napić – mówi ze śmiechem pan Krzysztof.
Jego największą pasją staje się jednak klub żeglarski, który zakłada w połowie lat 80. razem z asystentem dyrektora Andrzejem Gołąbkiem, projektantem Tadeuszem Walą i kolegą ze studiów Michałem Affanasowiczem. Z tyłu fabryki, przy stadionach, stoją baraki inwestycyjne. Jeden z nich zajmuje KS Stal z szatniami dla piłkarzy, a drugą połówkę dostają miłośnicy żeglarstwa. Pełni pasji zaczynają od zakupu rozwalonej łódki, którą sami chcą złożyć. Planu nie udaje się zrealizować, bo niebawem dyrekcja zgadza się na zakup dwóch Omeg, które pracownicy trzymają na Zalewie Rybnickim i dwóch jachtów kabinowych, które na początku cumują w tym samym miejscu, by później pływać po Jeziorze Żywieckim czy Mazurach. Kolejnym zakupem dla klubu są dwa jachty Wenus, które w tamtych czasach są pierwszą ligą. Nash i Karina zostają sprzedane, a nowe nabytki są przez całą zimę przez członków klubu remontowane, pielęgnowane i wyposażane we wszystko, co pozwala na nich żyć.
Klubem kieruje wybierany co roku komandor, któremu w najlepszych czasach podlega pięćdziesięciu członków. W weekendy mogą oni korzystać z łódek szkoleniowych dostępnych na Zalewie Rybnickim, ale największą atrakcję stanowią jachty, którymi można pływać po jeziorach mazurskich. Ci, którzy zimą solidnie pracują, wyrabiając najwięcej godzin, mogą wybierać najlepsze terminy na wakacje. Ceny za wynajem łodzi członkowie klubu ustalają sami, ale jak na dzisiejsze warunki są to kwoty rzędu 200 – 300 złotych na tydzień. –Transport sprzętu na Mazury odbywał się w czerwcu, a potem wraz z rodzinami dojeżdżamy do Giżycka pociągiem relacji Racibórz – Ełk. Miejsca trzeba sobie załatwiać zanim wjedzie na peron, bo cały Śląsk przyjeżdża do Raciborza, żeby się załadować do tego pociągu. Zabieramy ze sobą trochę jedzenia, resztę kupujemy na miejscu i mieszkając na łodzi pływamy od jeziora do jeziora. Zakończeniem sezonu jest wspólne ognisko przy klubie – relacjonuje Krzysztof Matysek, który o 37 latach pracy w Rafako, mówi, że to naprawdę dobre lata.
Katarzyna Gruchot
Autorka tekstu prosi osoby, które chcą się podzielić swoimi wspomnieniami z pracy w fabryce w czasach PRL-u o kontakt mejlowy: [email protected]
Źródło: nowiny.pl