
Żadna polska diecezja w czasie II wojny światowej nie została tak okrutnie doświadczona jak łucka na Wołyniu.
11 lipca 1943 r. oddziały UPA zaatakowały 96 miejscowości na Wołyniu, w których żyli Polacy. Zapoczątkowało to szał mordowania oraz niszczenia wszelkich śladów polskości. W ciągu kilku miesięcy starto z powierzchni ziemi większość świątyń na terenach wiejskich. Banderowcy palili zabudowania, burzyli kościoły, a nawet wycinali sady, aby żadnemu Polakowi nie przyszła do głowy myśl o powrocie. Ks. Wacław Szetelnicki, świadek tych wydarzeń, pisał: „Tragiczne położenie Polaków pogłębiły masowe napady i egzekucje dokonywane z rąk ukraińskich nacjonalistów, które z wielką siłą nasiliły się w 1943 r. i trwały do końca wojny, a nawet po jej zakończeniu. (…) Całe wsie zostały spustoszone, spalono setki polskich miejscowości, tysiące gospodarstw oraz szereg kościołów, kaplic i plebanii”. Masowe mordy na kapłanach rzymskokatolickich nie wynikały z wrogości banderowców do religii. Wielu działaczy OUN, a później dowódców UPA, wywodziło się z rodzin greckokatolickich, niektórzy mieli w swych rodzinach kapłanów tego obrządku. To przynależność kogoś do Kościoła rzymskokatolickiego obrządku łacińskiego była przez ukraińskich nacjonalistów traktowana jako nieusuwalne znamię polskości i decydowała o wyroku śmierci na taką osobę.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
Czytasz fragment artykułu
już od 14,90 zł
Poznaj pełną ofertę SUBSKRYPCJI
Andrzej Grajewski W redakcji „Gościa Niedzielnego” pracuje od czerwca 1981 r. Dziennikarz działu „Świat”. Doktor nauk politycznych, historyk. Autor wielu publikacji prasowych i książek – m.in. „Wygnanie” oraz „Agca nie był sam: wokół udziału komunistycznych służb specjalnych w zamachu na Jana Pawła II”.
Źródło: Gość Gdański