
Ryszarda Wojciechowska
Dzisiaj, 13:17
Z aksjologicznego punktu widzenia ten film mógł być inny - bardziej czarno-biały. Tymczasem Smarzowski zrobił swój najbardziej dojrzały obraz - w sensie intelektualnym i moralnym Dziesięć lat temu Wojciech Smarzowski pokazał film „Wołyń”, który jak kolec, tkwi w nas do dziś. Czy pana zdaniem, ten obraz o Rzezi Wołyńskiej zmienił cokolwiek przez ten czas ?
Pytanie - w jakiej sferze? W sferze polskiego kina na pewno. Temat Rzezi Wołyńskiej był oczywiście wcześniej pamiętany przez rodziny Kresowiaków, opracowany przez historyków, a także przez film dokumentalny. Do 2016 roku, czyli roku premiery „Wołynia”, powstało około 20 filmów dokumentalnych, które o tej trudnej historii opowiadały. Ale jak wiemy, filmowy dokument nie ma takiej siły rażenia i nie przebija się tak mocno do świadomości jak film fabularny. „Wołyń” to rzeczywiście było pierwsze widowisko filmowe na ten temat. I w polskim kinie wiele ono zmieniło, ponieważ podjęto temat, który wcześniej był tematem reglamentowanym. Zaczęto też dyskutować o tym, z jakich powodów nie chcieliśmy wcześniej tej historii stawiać na tapet.
Z jakich powodów?
Przypominam sobie taką historię. Na początku lat 90. emitowano w telewizji publicznej Akademię Filmu Polskiego, prowadzoną przez Andrzeja Wernera. Prezentował on klasykę polskiego kina, w tym oczywiście także z okresu PRL. W 1992 roku chciał pokazać „Ogniomistrza Kalenia”. Jak wiadomo film zakłamany w warstwie dotyczącej żołnierzy niezłomnych, ale pokazujący okrucieństwo banderowców. I wtedy ministerstwo spraw zagranicznych tupnęło nogą w sprzeciwie. Film nie mógł się pojawić na ekranie, żeby nie zadrażniać stosunków polsko-ukraińskich. Podobną drżączkę przeżywano, kiedy Jerzy Hoffman postanowił nakręcić „Ogniem i mieczem”. Nawet Aleksander Kwaśniewski namawiał wtedy do umiaru. I rzeczywiście, powstał taki film, który stron nie skłócił, bo Hoffman w stosunku do pierwowzoru Henryka Sienkiewicza upodmiotowił Ukraińców. Może nawet za bardzo poszedł w stronę rewizji – przykładem postać Chmielnickiego, który jawi się jako mąż stanu, w kontraście do Wiśniowieckiego, który wygląda na człowieka z obsesją nienawiści do Kozaków. Ten temat był więc cały czas na cenzurowanym. Dlatego uważam, że film Smarzowskiego był i jest bardzo potrzebny i w tej filmowej materii wiele zmienił.
A czy zmienił coś w świadomości Polaków?
Myślę, że na nasz stosunek do filmu „Wołyń” wpływ miało to, co się wydarzyło w 2022 roku. Ta niepokojąca doraźność agresji rosyjskiej spowodowała, że nieco zapomnieliśmy – a władze robiły wiele, byśmy zapomnieli, by przypomnieć choćby stanowisko prezydenta Dudy - o sprawach związanych z ekshumacjami, godnym pochówkiem ofiar Rzezi Wołyńskiej, nazwaniem tych ludzi po imieniu. Ale teraz, poprzez działania prezydenta Wołodymyra Zełenskiego, znowu wracamy do tematu Wołynia, uświadamiając sobie, że tak dalej nie może być w naszej polityce historycznej, polityce pamięci.
Pamiętam, że przed premierą „Wołynia” pojawiły się obawy o podgrzanie tej trudnej historii, ale też nadzieje, że ten film obudzi sumienia po ukraińskiej stronie.
Jeśli chodzi o ukraińską stronę nic takiego się nie wydarzyło. Sam Smarzowski miał pomysł, żeby ten film - wiem, że zabrzmi to dziwnie w kontekście tematu i okrutnego finału tej historii - bardziej koncyliował, niż zaogniał. Pierwotnie reżyser miał pomysł, żeby „Wołyń” realizować wspólnie z ukraińskim reżyserem. I to już był znak, że jest w nim potrzeba, nie tyle może symetryzmu, co spojrzenia z większym dystansem na te tragiczne wydarzenia. Tak, żeby nie obciążały one tylko i wyłącznie strony ukraińskiej. Smarzowski przynajmniej spróbował zrozumieć kontekst etniczny, przedwojenny Polski i wojennego okresu, który był społecznym zapleczem tej rzezi. Reakcja Ukraińców, którzy ten film obejrzeli - bo on oczywiście nie był tam oficjalnie pokazywany - była chłodna. Raziło ich w oczy to, co - patrząc z naszej perspektywy - musiało zostać pokazane, czyli obraz okrutnego ludobójstwa. Zresztą, aktorzy ukraińscy, którzy zagrali w filmie, nie zostali w swoim kraju za to pochwaleni. I to niezależnie od tego, jak bardzo Smarzowski starał się rozdawać racje, pokazując również sprawiedliwych Ukraińców, rodziny polsko-ukraińskie, czy kładąc nacisk na miłość omijającą narodowe podziały. Pamiętam, że prof. Grzegorz Motyka, którego można uznać za zdystansowanego do tego tematu i jednocześnie rzetelnego w podejściu do badań historycznych, mówił, że tę rzeź trzeba pokazać, bo taki jest obowiązek polskiego filmowca.
Co jest prawdą, a co fikcją w tym filmie?
Powiedziałbym, że prawdą jest wszystko to, co jest fikcją. Smarzowski bowiem operuje w filmie postaciami, które są wymyślone, podobnie jak miejscowości. Chociaż dodajmy na marginesie, że w pobocznym wątku pojawia się postać przypominająca poetę Zygmunta Rumela, emisariusza, tragicznego symbolu bezskutecznych prób powstrzymania rzezi. Wydaje się, że to paradoks, iż można wymyślić bohaterów, a jednocześnie powiedzieć prawdę historyczną. Ale generalnie chodziło o to, by fikcyjni bohaterowie ilustrowali pewne historyczne typy postaw, które wtedy obowiązywały. Złożoność konfliktu, obyczajów i zachowań pozostały. Mnie się zresztą to podoba, że „Wołyń” nie sięga po prawdziwych bohaterów, bo wtedy byłby to być może film bardziej wstrzemięźliwy, z obawy, że kogoś się urazi.
A tak mamy w tym filmie całą paletę różnych postaw.
Tak, nie wszyscy Polacy są pokazywani jakoś szczególnie sympatycznie. Są wśród nich antysemici jak ojciec Zosi. Są też Żydzi, którzy z radością witają Armię Czerwoną, co mogło Polaków utwierdzić w przekonaniu, że to jest piąta kolumna. Są tu okrutni Ukraińcy. Ale są też sprawiedliwi - np. w scenie, w której Ukrainiec odmawia ścięcia głowy Polakowi, za co spotyka go śmierć z rąk banderowców; czy innej, w której jeden z ukraińskich chłopów ratuje od śmierci dziewczynkę udającą martwą; czy też w końcu w tej scenie - bezpośrednio związanej z historią głównej bohaterki - w której brat Ukrainiec zabija brata, bo nie jest w stanie zamordować swojej żony Polki. Jest ta cała złożoność postaw, taki galimatias wojenny, który sprawia, że oddychamy z ulgą, kiedy Zosia wraz z dzieckiem zostaje uratowana przez hitlerowskich żołnierzy. Tych samych, którzy nie kiwnęli palcem, aby zatrzymać ludobójstwo. Smarzowskiemu udało się zaprezentować te wszystkie racje wykorzystując fikcję. Co ważne, nie pokazał tylko samej rzezi, ale także – jak już wspomniałem - rozciągnął akcję na kilka lat, by pokazać to, co do niej doprowadziło. Zaprezentował tło etniczne i polityczne II RP, uwypuklił niechęć aktywistów proukraińskich wobec polskiej władzy, jako efekt błędnej polityki państwa polskiego oraz poczucia wyższości wobec „Rusinów". Rozciągnięcie fabuły w czasie pozwoliło pokazać nadzieje Ukraińców, jakie wiązali z kolejnymi okupantami (sowieckim i niemieckim) na niepodległą ojczyznę, z drugiej zaś – taką stopniową zapaść moralną, będącą konsekwencją współsprawstwa w dziele mordowania, głównie Żydów. Przesuwając granicę zbrodni - najpierw na służbie u Niemców, później w UPA – Ukraińcy oswajali się z brutalną przemocą. Rozkręconej spirali okrucieństwa nikt już nie mógł powstrzymać. Smarzowski dość wyraźnie uwypukla też, że to aktywne sprawstwo w dziele etnicznej czystki leżało po stronie oddziałów UPA, że chłopi nie byli aż tak chętni, by zabijać swoich sąsiadów. Że nie była to ludowa partyzantka przeciw polskim panom – zresztą jakim panom, skoro w większości ofiarami byli chłopi.
A z czego Smarzowski czerpał wiedzę o tych wydarzeniach?
No właśnie - Smarzowski starał się też pogodzić różne źródła i przekazy historyczne. Z jednej strony pamięć Kresowiaków która, co zrozumiałe, jest bardziej radykalna. Dla nich scena, w której prawosławny pop ukraiński święci kosy była faktem. Po stronie Kresowiaków opowiadali się tacy historycy jak Leon Popek czy Ewa Siemaszko. W kontrze do nich był Grzegorz Motyka. Twierdził, że święcenia kos w materiałach pisanych, na których bazował, a nie tylko na wspomnieniach, które mogły być zniekształcone przez pamięć i emocje - nie znalazł. Ale, co ciekawe, Smarzowski zaprosił do filmu całą trójkę jako konsultantów. I udało mu się z tych różnych ingredientów – przecież także z książki Stanisława Srokowskiego „Nienawiść”, w której zawarto opis okrutnych kaźni - stworzyć poważny dyskurs na temat przeszłości, nie epatujący ani czarno-białymi kliszami, ani nadmiarem okrucieństwa. Film, który Polaków nie podzielił, choć w zależności od światopoglądu tu i ówdzie uwierał, jak np. scena polskiego odwetu dla odbiorców ze środowisk kresowych).
Jak ocenia Pan ten film z punktu widzenia całego dorobku Smarzowskiego?
Z aksjologicznego punktu widzenia ten film mógł być inny - bardziej czarno-biały. Tymczasem Smarzowski zrobił swój najbardziej dojrzały obraz - w sensie intelektualnym i moralnym. Bo to, że ma skłonność do uproszczeń w tematach współczesnych, że tworzy pamflety, to wiemy. Tymczasem tutaj mocno tę historię zniuansował, nie chciał się babrać tylko w krwi – do czego też przecież ma skłonność... Ten film jest okrutny, ale moim zdaniem mogło być naprawdę gorzej. Smarzowski wykazał się pewną powściągliwością. W jednym z wywiadów sam mówił, że chuchał na ten film jak na żaden inny.
Film wywołał 10 lat temu wielkie poruszenie ze względu na te drastyczne sceny okrucieństwa, ale niósł też głęboki ładunek emocjonalny.
Na pewno Polacy zaczęli publicznie więcej mówić o Wołyniu, jak wspominałem, taka jest społeczna siła widowiska filmowego. Ale późniejsze wydarzenia zmieniły nasze busole psychiczne i moralne. Jednoczyliśmy się z Ukraińcami ze względu na naszego wspólnego wroga. Ale myślę, że teraz jest dobry moment, by "Wołyń" przypomnieć. Oczywiście Ukraińcy tego nie zaakceptują w momencie, kiedy eskalują mit banderowski.
Po co się, pana zdaniem, robi taki film historyczny?
Filmu historycznego nie robi się dla samej historii. Film historyczny robi się dla odbiorców współczesnych. Z historii mają być wyciągnięte wnioski. Mamy kogoś obdarzyć zaufaniem, ktoś może być dla nas wzorem osobowym, albo ma przed czymś przestrzegać. Tak samo jest tutaj – nie chodziło tylko o przypomnienie tragicznych wydarzeń z przeszłości. Choć akurat w przypadku tego tematu ta kommemoracyjna, może nawet katartyczna dla Kresowiaków funkcja była bardzo ważna. Ale mam wrażenie, że w "Wołyniu" słabo dostrzeżono tę współczesną lekcję, której chciał udzielić Smarzowski. Dlaczego, wbrew Motyce, upierał się co do sceny święcenia kos i siekier? Bo chciał pokazać, że religię można wykorzystać do dobrych i złych celów. Te symetryczne sceny księdza kościoła grekokatolickiego, który nawołuje do tolerancji i prawosławnego popa, który nawołuje do rzezi są niezwykle wymowne, bo obaj wykorzystują tę samą religię tylko w innym celu. Bo z przypowieści o kąkolu naprawdę można wyciągnąć w praktyce okrutne konsekwencje: jeśli się sprzeniewierza prawdziwemu chrześcijaństwu – miłości bliźniego, a nawet nieprzyjaciół. Warto zauważyć, że słów popa i księdza słuchają – co jest z punktu widzenia realności niemożliwie – ci sami Ukraińcy! Jakby Smarzowski na moment zrobił taką katechezę dla tych samych osób; ale też dla widzów. Jaką lekcję przyjmą – tę, która nawołuje do pojednania, czy tę, która usprawiedliwia zbrodnię. Zwróćmy uwagę, że tuż po „Wołyniu" Smarzowski nakręcił „Kler”, który pokazuje, że religia może być wykorzystywana do fałszywych celów. Smarzowski pokazuje także, że religię można zaprzęgnąć w tryby skrajnego nacjonalizmu, szowinizmu. I na tym zależało Smarzowskiemu, żeby stworzyć obraz, który nie tylko potępia konkretną zbrodnię, ale też przestrzega przed wykorzystywaniem narracji szowinistycznej do rozbudzania nienawiści między ludźmi.
I to obserwujemy także dzisiaj.
Dlatego tak mocno jest też uwypuklony wątek miłosny, choć tych małżeństw polsko-ukraińskich nie było przecież aż tak wiele. W filmie to mąż Zosi, Ukrainiec, ją ratuje, sam ponosząc śmierć. Tu także, o czym mówiłem, ukraiński brat występuje przeciwko bratu. A potem mamy scenę polskiego odwetu na – patrząc z perspektywy fabuły - Bogu ducha winnym propolskim Ukraińcu. Inaczej mówiąc: zrealizował film o tym, jak o tej tragedii pamiętać, ale się nie zapamiętać w złości i w bólu. Nie darmo skończył film wspomnianą wizyjną sceną: Zosia wraz ze swoim ukraińskim mężem i ich synem przejeżdżają przez most (most narodowych podziałów?) w kierunku przyszłości. To był gest wyciągniętej ręki w stosunku do Ukraińców. Ale dopóki nie uświadomią sobie, że czczeni przez nich żołnierze byli także okrutnymi oprawcami – i Smarzowski musiał to pokazać, by nie sprzeniewierzyć się prawdzie historycznej – i że nie ma symetryzmu zbrodni, o pojednaniu raczej nie będzie mowy. I zawsze będzie wypadał ten trup z szafy. A w kontekście aktualnych zachowań polityków ukraińskich do tego pojednania jest raczej bliżej niż dalej.
Napisz komentarz
Źródło: Zawsze Pomorze