RAK
    Od kartuzów do Faustyny. Kaszubski trop literatury mistycznej

    Od kartuzów do Faustyny. Kaszubski trop literatury mistycznej

    507 odsłon
    Pomorskie

    Kto pierwszy raz staje przed kartuską kolegiatą, zwykle zadziera głowę. Miedziany dach świątyni ma kształt wieka trumny, a na ściennym zegarze słonecznym widnieje trupia czaszka i łacińskie „memento mori" – pamiętaj o śmierci. To nie ponury kaprys architekta, lecz znak rozpoznawczy zakonu, który dał

    Spis treści

    Kto pierwszy raz staje przed kartuską kolegiatą, zwykle zadziera głowę. Miedziany dach świątyni ma kształt wieka trumny, a na ściennym zegarze słonecznym widnieje trupia czaszka i łacińskie „memento mori" – pamiętaj o śmierci. To nie ponury kaprys architekta, lecz znak rozpoznawczy zakonu, który dał tej ziemi swoją nazwę.

    Kartuzy wyrosły wokół klasztoru mnichów milczenia. I właśnie dlatego są nieoczywistym, a zarazem idealnym punktem, z którego można spojrzeć na pewien uparcie żywotny fenomen czytelniczy. Dlaczego zapiski ludzi, którzy szukali sensu w ciszy i samotności, wciąż znajdują tak wielu odbiorców?

    Zakon, który pisał w ciszy

    Zakon kartuzów założył w 1084 roku święty Brunon z Kolonii jako wspólnotę pustelniczą – surową, wymagającą, nastawioną na odosobnienie. Jego reguła niemal nie zmieniła się przez tysiąc lat. Mnisi żyli w osobnych eremach, większość dnia spędzali w milczeniu, a mijając się, pozdrawiali jedynie słowami „memento mori".

    Na Kaszuby kartuzi dotarli u schyłku XIV wieku – w 1381 roku sprowadził ich rycerz Jan z Rusocina, a klasztor stanął na przesmyku między jeziorami. I tu zaczyna się rzecz ciekawa. Zakon milczenia słynął zarazem z jednych z najlepszych bibliotek średniowiecznej Europy, a jego mnisi, uchodzący za najstaranniej wykształconych, przepisywali księgi i studiowali dzieła ojców Kościoła.

    Reguła nie zostawiała miejsca na przypadek. Każdy z osiemnastu eremów miał dwa pokoje, kuchnię i ogródek, a zakonnicy spotykali się właściwie tylko w niedziele i święta, we wspólnym refektarzu. Dziś na całym świecie działa zaledwie 21 kartuzji – w czasach największego rozkwitu było ich blisko 300. Tym mocniej wybrzmiewa fakt, że akurat u nas pamięć o nich przetrwała w samej nazwie miasta.

    Cisza i słowo pisane – z pozoru przeciwieństwa – były więc dwoma filarami tego samego życia. Klasztorny kompleks nazywano „Rajem Błogosławionej Maryi", a nadjeziorną alejką, dziś zwaną Aleją Filozofów, spacerowali pogrążeni w rozmyślaniach mnisi. Sam zakon zniknął stąd po rozbiorach, lecz miasto zachowało jego imię i stało się stolicą Kaszub.

    Źródło zdjęcia: Adobe Stock

    Dziennik pisany nie dla czytelnika

    Kilka wieków później i kilkaset kilometrów dalej pewna zakonnica zaczęła prowadzić notatnik, którego nikt nie miał czytać. Siostra Faustyna Kowalska, urodzona w 1905 roku, ukończyła niecałe trzy klasy szkoły powszechnej. Swoje zapiski prowadziła w latach 1934–1938 w Wilnie i Krakowie, w wolnych chwilach, często w ukryciu przed innymi siostrami.

    A jednak to właśnie ten intymny zeszyt – Dzienniczek Siostry Faustyny – jest dziś najczęściej tłumaczoną i wydawaną polską książką na świecie . Wyprzedza Lema, Miłosza i Gombrowicza. Przełożono go na kilkadziesiąt języków, także te najrzadsze, a światowego nakładu praktycznie nie sposób policzyć.

    Co takiego kryje prywatny dziennik, że sięgają po niego miliony? Odpowiedź jest chyba prostsza, niż się wydaje. Faustyna nie pisała pod publikę – mocowała się ze słowami, próbując oddać to, czego zmysłami uchwycić się nie da. Ta bezradność wobec języka brzmi paradoksalnie wiarygodnie i to ona, bardziej niż teologia, przyciąga czytelnika.

    Warto dodać, że rękopis „Dzienniczka" przechowywany jest jak relikwia w krakowskich Łagiewnikach, a jego przekłady bywają wyzwaniem samym w sobie. Tłumaczka brytyjskiego wydania, związana z Uniwersytetem Jagiellońskim, przyznała po latach, że była to najtrudniejsza praca w jej zawodowym życiu. Bo jak przełożyć na obcy język zapis czegoś, co z trudem mieści się nawet w polszczyźnie?

    Mistyczka naszych czasów

    Że nie jest to zjawisko zamknięte w odległej przeszłości, pokazuje przykład znacznie nam bliższy w czasie. Alicja Lenczewska , szczecińska nauczycielka zmarła w 2012 roku, przez kilkanaście lat prowadziła duchowy dziennik zatytułowany „Świadectwo". Podobnie jak Faustyna, nie pisała dla czytelnika – pisała dla siebie.

    Jej zapiski ujawniono i wydano dopiero po śmierci, a z czasem stały się jedną z najczęściej omawianych pozycji współczesnej polskiej literatury o duchowości. Pełną biografię mistyczki napisała Ewa Czaczkowska – historyk i dziennikarka, autorka między innymi biografii siostry Faustyny. Trudno o lepszy dowód na to, że oba te „dzienniki" łączy coś więcej niż zbieżność tematu.

    Historia Lenczewskiej intryguje także dlatego, że rozgrywała się w scenerii najzwyklejszej z możliwych. Nie w klasztornej celi, lecz w zwykłym mieszkaniu, między lekcjami a sprawdzianami. Cicha w codzienności, a niezwykła w tym, czego doświadczała wewnętrznie – ten kontrast robi wrażenie mocniejsze niż niejeden życiorys spod znaku wielkich uniesień.

    Źródło zdjęcia: Adobe Stock

    Dlaczego czytamy zapiski z głębi

    Trop prowadzi z powrotem do ciszy. „Całe nieszczęście ludzi bierze się z jednego: że nie potrafią spokojnie usiedzieć w pokoju" – zauważył przed wiekami Blaise Pascal. W świecie, który hałasuje coraz głośniej, zapis cudzego doświadczenia wewnętrznego bywa jak uchylone okno do przestrzeni, o której na co dzień łatwo zapomnieć.

    Literatura mistyczna nie jest zresztą wynalazkiem naszych czasów. Zapiski wizjonerek i wizjonerów czytano już w średniowieczu – tych samych, których dzieła przepisywali w skryptoriach kartuscy mnisi. Zmieniają się epoki i nośniki, ale potrzeba zaglądania w cudze wnętrze okazuje się zdumiewająco odporna na upływ czasu.

    Te książki różni niemal wszystko – epoka, autorka, okoliczności powstania – a łączy jeden rys: nie napisano ich po to, by je czytano. Może właśnie dlatego czyta się je z tak dużym zaufaniem. Odbiorca ma poczucie, że dostaje relację z pierwszej ręki, a nie tekst obliczony na poklask.

    Kto dziś sięga po takie tytuły? Bardzo różni ludzie, nie tylko regularnie praktykujący. Jednych przyciąga wątek biograficzny, innych psychologiczny zapis mierzenia się z samotnością i cierpieniem, jeszcze innych zwykła ciekawość doświadczenia granicznego. Wspólne pozostaje jedno: chęć usłyszenia głosu, który niczego nie udaje.

    Jest w tym także wymiar czysto książkowy. Pierwsze polskie wydanie „Dzienniczka" z 1981 roku, które ukazało się w Rzymie i stało się podstawą wszystkich przekładów, bywa dziś prawdziwym białym krukiem. Te same zapiski trafiają zaś do czytelnika w dziesiątkach form – od tanich broszur po edycje w twardej oprawie ze złoceniami, traktowane niemal jak przedmiot kolekcjonerski.

    Zestawienie opracowane na podstawie ogólnodostępnych informacji – danych wydawców, opracowań biograficznych oraz publikacji prasowych – wg stanu na dzień 17 lipca 2026 r. Charakterystyka ma charakter poglądowy i służy porównaniu obu zjawisk.

    Kaszubski ślad, który wciąż widać

    Od milczących mnichów, którzy w kartuskich eremach przepisywali księgi, po współczesnych czytelników pochłaniających dzienniki mistyczek – prowadzi zaskakująco prosta linia. Za każdym razem chodzi o to samo: o próbę zapisania tego, co dzieje się w środku człowieka, i o ciekawość innych, którzy chcą do tego zajrzeć.

    Na Kaszubach ta ciekawość ma się dobrze – co roku tłumy pątników ściągają choćby na wielki odpust do Sianowa. A miasto z dachem w kształcie trumny wciąż przypomina, że najkrótsza droga w głąb człowieka nierzadko prowadzi przez ciszę. Reszta, jak widać, sama trafia na papier.

    Obserwuj nas na Google News

    Co o tym sądzisz?

    Artykuł sponsorowanyAD
    SamsungGalaxy AI - nowa era