
Butelka płynu do naczyń czy żel pod prysznic nad wodą to pozornie drobiazg. Problem w tym, że jezioro nie jest zlewem podłączonym do oczyszczalni. To, co trafia do niego podczas mycia, nie jest oczyszczane i może oddziaływać na ekosystem, w którym żyją ryby, bezkręgowce i rośliny wodne.
Więcej niż piana
Płyny do mycia naczyń, szampony i żele zawierają surfaktanty – substancje obniżające napięcie powierzchniowe wody, dzięki którym łatwiej usuwają tłuszcz i brud. Niektóre środki myjące mają w składzie również związki fosforu, a woda po myciu naczyń niesie dodatkowo resztki organiczne. W jeziorach fosfor często jest biogenem ograniczającym rozwój fitoplanktonu, dlatego jego dodatkowy dopływ może nasilać eutrofizację: rozwój glonów i sinic, spadek przejrzystości wody oraz deficyty tlenu. Udział fosforanów z detergentów w eutrofizacji był jednym z powodów wprowadzenia w Unii Europejskiej limitów dla środków do prania i automatycznych zmywarek.
Bio i eko. Co to naprawdę znaczy?
Etykiety bywają mylące. W przypadku detergentów przepisy Unii Europejskiej wymagają, aby stosowane w nich surfaktanty spełniały kryteria biodegradowalności tlenowej. Nie oznacza to jednak, że cały produkt jest obojętny dla środowiska ani że można go wlać prosto do jeziora. Biodegradacja zachodzi także w wodach powierzchniowych, ale jej tempo zależy m.in. od temperatury, dostępności tlenu, aktywności mikroorganizmów i rodzaju związku. Zanim surfaktant ulegnie rozkładowi, oddziałuje na organizmy wodne. Mydła naturalne bywają mniej toksyczne niż wybrane surfaktanty syntetyczne, ale również nie powinny być spłukiwane bezpośrednio do wód. Hasła „eko”, „bio” czy „biodegradowalny” nie są więc licencją na używanie oznaczonych w ten sposób środków w jeziorze czy rzece.
Dlaczego warto wiedzieć?
Bo skutki nie zawsze widać od razu. Powtarzane przez wiele osób wprowadzanie do wody detergentów, kosmetyków i resztek jedzenia zwiększa lokalny ładunek substancji organicznych, biogenów i surfaktantów – szczególnie w płytkiej strefie przybrzeżnej. Więcej biogenów może sprzyjać zakwitom i deficytom tlenu, a surfaktanty szkodzą organizmom wodnym. W efekcie pogarsza się jakość wody i atrakcyjność kąpieliska.
Tu wkracza Prawo wodne, które zabrania wprowadzania ścieków do jeziora bez wymaganej zgody i spełnienia warunków określonych przepisami. Woda zużyta do mycia, wraz z mydłem i resztkami jedzenia, jest ściekiem – także wtedy, gdy „tylko opłukaliśmy garnek”. Umycie jednego kubka nie jest katastrofą. Problemem jest skala i to, że dzieje się to w najbardziej wrażliwej strefie przybrzeżnej, gdzie żerują ryby i rozwija się roślinność. Według danych GUS w 2025 r. mieszkańcy Polski odbyli 54,5 mln krajowych podróży turystycznych – przy takiej liczbie „drobiazgi” szybko się sumują.
Co możemy zrobić?
• Myjmy naczynia i siebie w miejscach do tego wyznaczonych. Zużytą wodę odprowadzajmy do kanalizacji albo zbiornika na ścieki, zgodnie z regulaminem miejsca – nie do jeziora, rzeki ani na sam brzeg. • W jeziorze nie używajmy mydła, szamponu, żelu ani pasty do zębów. • Nie traktujmy etykiet „eko”, „bio” czy „biodegradowalny” jako pozwolenia na mycie w jeziorze – żaden detergent nie jest neutralny dla wód. • Na biwaku i jachcie planujmy mycie pod kątem dostępu do sanitariatów w portach, marinach i na polach biwakowych.
Napisz komentarz
Źródło: Radio Tczew (100.8 FM)