
Alert RCB tym razem się sprawdził. Męskie Granie w walce z pogodą
Choć burza ostatecznie ominęła teren festiwalu, decyzja o wstrzymaniu koncertów okazała się słuszna. Znad Tczewa i Kościerzyny w stronę Gdańska nadciągały dwie burze. Wcześniej w ciągu dnia rozsyłane były alerty RCB ostrzegające przed burzami i silnym wiatrem. Zatem kiedy okazało się, że zagrożenie jest realne, podjęto natychmiastowe działania.
Krzysztof Zalewski przerwał koncert i za moment z nieba zaczęły lecieć strugi deszczu. Z głośników można było usłyszeć komunikat, aby zachować spokój, stosować się do poleceń ochrony, koncerty najpewniej niedługo zostaną wznowione. Część festiwalowiczów została, chroniąc się pod stadionem i innymi zadaszonymi obiektami (gdzie bawili się równie dobrze co na koncertach, śpiewając chociażby przeboje Ich Troje czy Elektrycznych Gitar), część bez wahania ruszyła do domu.
Część uczestników koncertów przeczekała ulewę pod Polsat Plus Areną (fot. Karol Makurat | Zawsze Pomorze) Ewkuacja czy przerwa techniczna?
Nie obyło się jednak bez kontrowersji. Część uczestników twierdziła, że ochrona sugerowała opuszczenie terenu imprezy, informując o ewakuacji. Było to sprzeczne z oficjalnymi komunikatami organizatorów, którzy apelowali jedynie o przejście w bezpieczne miejsca i oczekiwanie na rozwój sytuacji.
Oczywiście, nie była to pierwsza ulewa podczas Męskiego Grania i można było to przeczekać bez przerw. Gorzej jednak, jeśli prognozy by się sprawdziły i nad teren festiwalu faktycznie przyszłaby burza, którą było widać w oddali. A to nie były tylko błyski na niebie - pioruny waliły równo. Tak że brawa za szybką, sprawną i spokojną reakcję.
Kiedy okazało się, że wyładowania pójdą bokiem, wznowiono koncerty. Przerwa trwała około godziny. Wciąż padało, ale największe zagrożenie minęło. Swoją drogą - dobrze, że popadało, ponieważ teren wokół Polsat Plus Areny był w piątek patelnią.
Męskie Granie wraca do dobrych wyborów
Na dłuższe i głębsze podsumowanie przyjdzie czas po sobotnich koncertach, ale widać, że Męskie Granie ocuca się po oszołomieniu, które de facto samo sobie zadało. Po gigantycznych sukcesach głównie Dawida Podsiadło, którego sami stworzyli i wysypie wielu podobnych imprez, po pewnym okresie stagnacji, impreza może nie tyle zaczyna wracać do korzeni, ale zaczyna się ich znowu chwytać.
Widać, że coś się zmienia. I to na lepsze. Pierwszy dzień to przede wszystkim wspaniały Igor Herbut , który pojawił się ze swoimi interpretacjami utworów Marka Grechuty. Powtórzę się ponownie, ale według mnie nie ma obecnie w mainstreamie lepszego wokalisty. Przy „Świecie nasz” włosy stawały dęba na całym ciele. Wybitny jest chłopak.
Wojciech Baranowski w swojej nowej, bardziej dojrzałej odsłonie narobił smaku otwierając koncert z przytupem, ale później mocno spuścił z tonu i przypominał bardziej żywiołowego Korteza niż rockmana z krwi i kości. Niemniej - jakościowo to się wciąż broni. Sistars natomiast to nie tylko siła sióstr, ale i siła nostalgii. Cenię ten zespół, ale nigdy nie było mi z nim po drodze, ponieważ zawsze drażniła mnie maniera wokalna Natalii Przybysz i nic się w tej materii nie zmieniło. Jestem #teamPaulina. I to właśnie młodsza z sióstr - ponownie - lepiej wypadła na koncercie fenomenu początku wieku, jakim był ten zespół.
Krzysztof Zalewski - do momentu, w którym nie musiał uciekać przed burzą - klasa. Myślę, że tu nie ma co więcej pisać. Stare piosenki wybrzmiały świetnie, nowe obiecująco. W mainstreamie lepszego rock and rollowca nie znajdziemy.
Deszcz dalej lał, ale zagrożenie minęło - wróciły zatem koncerty. Skoro Zalewski to klasa, to bracia Waglewscy, czyli Fisz Emade to klasa do kwadratu. Produkcja i storytelling na najwyższym poziomie. Wprawdzie może trochę męczyć i nużyć ta melorecytacja Fisza, ale wciąż to jeden z najlepszych polskich raperów historii. Inni niż wszyscy.
Przestawianie Kazika, czyli żaden Pro8l3m
Męskie Granie Przestawia to główne danie pierwszego dnia festiwalu. Jeden wykonawca bierze na warsztat twórczość drugiego i przerabia ją po swojemu. I jeśli ktoś miał to zrobić z dokonaniami Kazika Staszewskiego, to właśnie panowie z Pro8l3mu . Oni, podobnie jak lider Kultu „don’t give a fuck”. To musiało się udać. I się udało.
„Tata Dilera”, „Artyści”, „Arahja” - wybrzmiało to z odpowiednią mocą, ale jednocześnie z autorskim podejściem duetu. Tu nie było próby zmierzenia się z wielkością oryginału, tylko przełożenie go na język Pro8l3mu. A że ten zawsze był cięty, wyszło wspaniale.
A na deser tego szalonego dnia wyszedł na scenę Kult , który zagrał kilka swoich evergreenów i porwał wszystkich do takiej zabawy, że w mig wysuszyli przemoczone ciuchy. Aż dziwnie, kiedy ich koncert nie trwa trzech godzin i jeszcze dziwniej widzieć ich w formule Męskiego Grania. Ale zażarło. Zwłaszcza po niedawnych, pamiętnych ekscesach Kazika.
Męskie grzanie, lanie i granie
Trzeba przyznać, że wyjątkowy był to start festiwalu w Gdańsku. Najpierw męskie grzanie - lampa niesamowita przez większość dnia. Później męskie lanie na ochłodę. Ale koniec końców wygrało Męskie Granie, które dość jasno pokazało, że formuła wcale się nie wyczerpała. Miała tylko chwilową zadyszkę.
Napisz komentarz
Źródło: Zawsze Pomorze