RAK
    Kurnik NIEZGODY w Rokitach. Wójt bronił inwestora, a niezadowolonej wskazał… DRZWI

    Kurnik NIEZGODY w Rokitach. Wójt bronił inwestora, a niezadowolonej wskazał… DRZWI

    2177 odsłon
    Kurnik NIEZGODY w Rokitach. Wójt bronił inwestora, a niezadowolonej wskazał… DRZWI

    Jeden budynek inwentarski, obsada określona na 39,99 DJP, czyli niespełna 10 tys. brojlerów, a wokół inwestycji coraz więcej pytań. Mieszkańcy Rokit obawiają się odorów, ciężarówek, zmian stosunków wodnych oraz spadku wartości nieruchomości. Największy niepokój wywołuje jednak możliwość powstania w

    Dodaj komentarz

    To miało być spotkanie informacyjne, ale szybko zamieniło się w ostrą, ponad dwugodzinną wymianę zdań. Mieszkańcy Rokit przyszli z pytaniami o kurnik planowany w pobliżu zabudowań, możliwe odory, ciężarówki, niwelację terenu i ryzyko powstania kolejnych obiektów. Zamiast uspokojenia usłyszeli przede wszystkim, że inwestor działa w granicach prawa. Wójt Jan Klasa wielokrotnie stawał w jego obronie, odsyłał mieszkańców do nadzoru budowlanego, powoływał się na sztuczną inteligencję, a w pewnym momencie powiedział jednej z kobiet, że jeśli nie chce słuchać, „drzwi są otwarte”.

    ::addons{"type":"only-with-us","color":"black"}

    Sala w Rokitach była wypełniona po brzegi. Na spotkanie przyszli mieszkańcy, przedstawiciele inwestora, urzędnicy, radni, a także sołtysi i osoby z innych miejscowości, które już wcześniej mierzyły się z podobnymi inwestycjami.

    Zebranie otworzyła sołtys Rokit Grażyna Brzeska. Od początku było jasne, że mieszkańcy nie chcą jedynie technicznej informacji o pozwoleniu na budowę. Oczekiwali odpowiedzi, czy jeden kurnik nie stanie się początkiem znacznie większego kompleksu.

    ::photoreport{"type":"check-for-article","item":"704"}

    Jeden kurnik, prawie 10 tys. kur i liczba 39,99 DJP

    Planowana inwestycja ma powstać na działce nr 117 w Rokitach. Z pozwolenia na budowę wynika, że obejmuje budynek inwentarski do chowu brojlerów, budynek gospodarczy oraz mieszkalny.

    Najwięcej emocji wywołała obsada określona na poziomie 39,99 DJP, czyli tuż poniżej wartości 40 DJP pojawiającej się w przepisach dotyczących inwestycji mogących potencjalnie znacząco oddziaływać na środowisko.

    Przedstawiciel inwestora potwierdził, że chodzi o niespełna 10 tys. kur w jednym rzucie hodowlanym.

    Radna Beata Woźniak odczytała odpowiedź Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska w Gdańsku. Organ wskazał, że bez pełnych danych dotyczących inwestycji nie może jednoznacznie przesądzić, czy przedsięwzięcie wymagało decyzji środowiskowej.

    – Brak szczegółowych informacji uniemożliwia stwierdzenie, czy inwestycja kwalifikuje się jako przedsięwzięcie wymagające decyzji środowiskowej – wynikało z pisma. Radna poinformowała też, że skierowała pytania do starosty, Wód Polskich i innych instytucji. Chce ustalić m.in., czy 39,99 DJP jest maksymalną obsadą, czy zwiększenie liczby kur wymagałoby nowej procedury oraz czy dokładnie przeanalizowano wpływ inwestycji na środowisko.

    ::event{"type":"horizontal","item":"1032"}

    Wójt wielokrotnie bronił inwestora

    Już od początku spotkania wójt Jan Klasa podkreślał, że inwestor posiada pozwolenie na budowę, a urząd gminy nie może podważać rozstrzygnięć starostwa.

    – Inwestycja dostała pozwolenie na budowę. Nie możemy podważać kompetencji urzędników, którzy je wydali – przekonywał. W kolejnych fragmentach dyskusji wielokrotnie wracał do tego samego argumentu: skoro inwestor działa na podstawie decyzji administracyjnej, gmina nie ma podstaw, aby ingerować.

    Kiedy mieszkańcy wskazywali na skalę prac ziemnych i możliwe zagrożenie dla rowu melioracyjnego, wójt odsyłał ich do nadzoru budowlanego.

    – Jeżeli macie podejrzenie, że coś jest wykonywane niezgodnie z projektem, zgłoście to do nadzoru budowlanego. To jest właściwa instytucja – mówił. W praktyce przez dużą część spotkania to mieszkańcy tłumaczyli, dlaczego się boją, a wójt wyjaśniał, dlaczego inwestor ma prawo budować.

    W pewnym momencie podkreślił nawet, że przedstawiciele inwestora wykazali się odwagą, przychodząc na zebranie, choć nie mieli takiego obowiązku.

    – To jest duża odwaga przedsiębiorcy, że przyszedł do was. Nie musiał – stwierdził. „Jak się pani nie podoba, drzwi są otwarte”

    Temperatura dyskusji rosła z każdą kolejną minutą. Gdy jedna z kobiet przerwała dłuższą wypowiedź wójta dotyczącą sytuacji ekonomicznej rolników, Jan Klasa odpowiedział, że nie musi tego słuchać.

    – Jak panią to nie interesuje, nie musi pani słuchać. Drzwi są otwarte – powiedział. Ta wypowiedź wywołała natychmiastową reakcję.

    – Ale pan jest tutaj gościem, panie wójcie – odpowiedziała sołtys Czarnej Dąbrówki. – I gospodarzem gminy – odparł Jan Klasa. W dalszej części zebrania dochodziło do kolejnych ostrych starć słownych. Wójt zarzucał części uczestników, że schodzą z tematu Rokit i przenoszą dyskusję na problemy całej gminy. Mieszkańcy odpowiadali, że właśnie o to chodzi, bo podobne konflikty pojawiały się już wcześniej w Czarnej Dąbrówce, Nożynku i Jasieniu.

    Ostra wymiana z Iwoną Michańczyk-Lejk

    Do szczególnie napiętej wymiany zdań doszło z sołtys Czarnej Dąbrówki Iwoną Michańczyk-Lejk. Zwracała uwagę, że sprawa Rokit nie jest odosobniona, lecz wpisuje się w szerszy problem dotyczący całej gminy.

    Wymieniała wcześniejsze konflikty związane z fermami, świniarniami, planami inwestycyjnymi i obawami mieszkańców.

    Wójt nie zgadzał się z takim rozszerzeniem dyskusji i zarzucał jej, że przedstawia niektóre sprawy w sposób nieprawdziwy.

    Gdy poruszony został temat żwirowni w Jasieniu, Jan Klasa powiedział:

    – Pani kłamie, mówiąc, że jest problem żwirowni w Jasieniu. Ten hipotetyczny problem został rozwiązany przez Radę Gminy. Sołtys odpowiadała, że mówi o problemie, z którym mieszkańcy faktycznie musieli się zmierzyć, niezależnie od późniejszej decyzji rady.

    – Ja powiedziałam, że był problem, a pan zarzuca mi kłamstwo – ripostowała. Wymiana stawała się coraz bardziej osobista. Padały zarzuty o zagadywanie mieszkańców, robienie sobie politycznej reklamy i bagatelizowanie problemów, które w różnych częściach gminy powtarzają się od lat.

    Beata Kopp-Ostrowska przypomniała Nożynko

    W dyskusję włączyła się również sołtys Nożynka Beata Kopp-Ostrowska, która porównała sytuację w Rokitach do tego, co przez lata przeżywali mieszkańcy jej miejscowości.

    – To jest wypisz, wymaluj to, co działo się w Nożynku siedem lat temu – mówiła. Przypominała, że również tam inwestycja miała mieścić się tuż poniżej progu wymagającego decyzji środowiskowej, a mieszkańcy przez lata składali pisma, zbierali podpisy i uczestniczyli w konsultacjach.

    – Przez siedem lat walczyliśmy, pisaliśmy pisma, zbieraliśmy podpisy i odbijaliśmy się od ściany – podkreślała. Zwracała uwagę, że mieszkańcy Nożynka mieli wcześniej wsparcie samorządu, ale z czasem zaczęli czuć się pozostawieni sami sobie.

    Wójt odpowiadał, że nie chce prowadzić na zebraniu w Rokitach dyskusji o Nożynku.

    – Nie rozmawiamy o Nożynku. O sprawach Nożynka rozmawiamy w Nożynku – stwierdził. Mieszkańcy odpowiadali jednak, że doświadczenia z innych miejscowości są ważnym ostrzeżeniem, bo pokazują, jak jeden obiekt może z czasem przerodzić się w znacznie większy problem.

    Czy działkę można podzielić i zbudować kolejne kurniki?

    Jedno z najważniejszych pytań dotyczyło możliwości podziału nieruchomości i tworzenia kolejnych siedlisk.

    Sołtys Rokit pytała wprost, czy po przepisaniu lub sprzedaży części działki nowy właściciel może wystąpić o następny budynek inwentarski.

    Wójt przyznał, że w określonych warunkach jest to możliwe.

    – Syn może na hektarze utworzyć następne siedlisko – mówił. Urzędniczka wyjaśniała, że osoba występująca o utworzenie siedliska musi wykazać odpowiedni areał gospodarstwa, ale grunty nie muszą stanowić jednego zwartego obszaru. Liczyć może się również dzierżawa.

    To tylko pogłębiło obawy mieszkańców.

    – Za chwilę powstanie kolejne siedlisko i znowu będzie dokładnie ta sama sytuacja – wskazywała mieszkanka. Przedstawiciel inwestora zapewniał, że obecne pozwolenie obejmuje jeden budynek inwentarski.

    – W tej chwili realizujemy tylko to, co znajduje się w projekcie – mówił. Nie chciał jednak obiecać, że w przyszłości nie powstaną kolejne obiekty.

    – Nie możemy przewidzieć, co będzie za rok, dwa czy pięć lat – odpowiadał. Mieszkańcy chcieli gwarancji. Inwestor jej nie dał

    Mieszkańcy kilkakrotnie próbowali uzyskać prostą deklarację: jeden kurnik i koniec.

    Takie zapewnienie nie padło.

    Przedstawiciel inwestora powtarzał jedynie, że każda ewentualna przyszła inwestycja będzie realizowana zgodnie z prawem.

    – Nie ma czegoś takiego, że celowo występujemy o 39,99 DJP, a później zabudujemy całą nieruchomość, obchodząc przepisy. To nie jest Dziki Zachód – przekonywał. Na sali natychmiast pojawiła się odpowiedź:

    – Na razie wygląda to jak Dziki Zachód. Przedstawiciel inwestora mówił też, że czasy „własności społecznej” się skończyły i właściciel może korzystać ze swojej nieruchomości w granicach prawa.

    – To jest własność prywatna. To jest biznes – stwierdził. Dla mieszkańców właśnie w tym tkwił problem. Inwestor mówił o prawie własności i legalności, oni o zapachach, ciężarówkach, wartości domów, agroturystyce oraz jakości życia.

    Spór o niwelację terenu i rów melioracyjny

    Mieszkańcy alarmowali również, że teren inwestycji został bardzo mocno podniesiony. Wskazywali na rów melioracyjny znajdujący się w pobliżu i pytali, czy prowadzone prace nie wpłyną na odpływ wody.

    Padły nawet twierdzenia, że skala wykopów i nasypów wygląda jak przygotowanie pod dwa równoległe obiekty.

    – Tam już na oko widać ogromną zmianę terenu. Sąsiedzi nie mogli podnieść gruntu o pół metra, a tutaj ziemia jest podnoszona o kilka metrów – wskazywano. Przedstawiciel inwestora nie zgadzał się z tymi zarzutami.

    – Powstanie dokładnie to, co jest w projekcie – zapewniał. Radna Beata Woźniak poinformowała, że skierowała do Wód Polskich wniosek o sprawdzenie wpływu inwestycji na stosunki wodne i urządzenia melioracyjne.

    Sprawa trafiła również do nadzoru budowlanego.

    Wójt wielokrotnie odwoływał się do sztucznej inteligencji

    Jednym z najbardziej zaskakujących elementów zebrania były częste odniesienia wójta do sztucznej inteligencji.

    Jan Klasa mówił, że zarówno mieszkańcy, jak i urząd mogą korzystać z AI, aby sprawdzać przepisy, procedury i skutki inwestycji.

    – Dzisiaj łatwo sobie z tym radzić. Przy istnieniu sztucznej inteligencji każdy może zapytać. My też jako administracja korzystamy – mówił. W innym momencie zachęcał:

    – Zapytajcie sztucznej inteligencji. Tam macie pełne informacje. Odwoływał się do niej także przy porównywaniu wpływu różnych rodzajów hodowli na środowisko.

    – Proszę zapytać sztucznej inteligencji, w jakim stopniu 10 tys. kur obciąża środowisko – przekonywał. Mieszkańcy odbierali to jednak jako unikanie jednoznacznej odpowiedzi ze strony władz gminy.

    Zamiast konkretnej deklaracji, jakie działania podejmie samorząd, słyszeli kolejne sugestie, aby sprawdzać przepisy w internecie, kierować pisma do innych organów i czekać na kontrole.

    „My pana wybraliśmy, żeby pan nam pomógł”

    Najmocniejszy zarzut mieszkańców dotyczył postawy wójta.

    – My pana wybraliśmy, żeby pan nam pomógł – mówiła jedna z zebranych. Pytała, czy gmina może zrobić cokolwiek, aby w pobliżu zabudowań nie powstały kolejne kurniki.

    Wójt nie dał takiej gwarancji.

    – Wiemy o jednej inwestycji – odpowiadał. Dodawał, że musi godzić interesy mieszkańców i rolników.

    – Muszę prowadzić gminę tak, żeby mieszkańcy mogli spokojnie żyć, ale rolnicy również mieli prawo do rozwoju – mówił. Problem w tym, że mieszkańcy nie pytali, czy rolnictwo ma istnieć. Pytali, czy wielkotowarowa hodowla powinna powstawać kilkaset metrów od domów, nowych działek i miejsc prowadzenia agroturystyki.

    Plan ogólny nie rozwiązuje obecnego problemu

    Wójt i urzędnicy wielokrotnie powoływali się na przyjęty plan ogólny gminy. Ma on ograniczać liczbę terenów, na których w przyszłości będzie dopuszczona zabudowa zagrodowa.

    Jednocześnie urzędnicy przyznali, że sam plan ogólny nie zmienia automatycznie obowiązujących planów miejscowych.

    Aby ograniczenia zaczęły działać, trzeba jeszcze zmienić miejscowe plany zagospodarowania przestrzennego.

    – Plan ogólny jest podstawą do zmiany planów miejscowych, ale sam nie daje podstawy do wydawania pozwoleń na budowę ani ich blokowania – wyjaśniała Joanna Grajczyk. Na razie gmina nie planuje kompleksowej zmiany planów miejscowych, jeśli nie zostanie do tego zmuszona przepisami.

    Oznacza to, że w Rokitach nadal obowiązuje plan pozwalający na tworzenie zabudowy zagrodowej i budynków inwentarskich.

    Spotkanie zakończyło się bez porozumienia

    Po ponad dwóch godzinach mieszkańcy nadal nie mieli odpowiedzi na najważniejsze pytanie: czy na jednym kurniku się skończy.

    Inwestor nie złożył takiej deklaracji. Wójt nie obiecał, że gmina zmieni plan miejscowy albo podejmie działania blokujące kolejne podobne inwestycje w pobliżu zabudowań.

    Grażyna Brzeska apelowała, aby inwestor, który chce zamieszkać w Rokitach, wziął pod uwagę głos lokalnej społeczności.

    – Chcemy, żeby był częścią naszej wspólnoty, ale też żeby nie zrobił czegoś, co zniszczy charakter wsi i pogorszy życie mieszkańców – mówiła. Na zakończenie podkreśliła, że chodzi nie tylko o obecnych mieszkańców, ale też o ich dzieci i wnuki.

    – Nie chcemy zostawić im złego pomnika po naszych decyzjach – podsumowała. Teraz mieszkańcy czekają na odpowiedzi ze Starostwa Powiatowego w Bytowie, Wód Polskich, Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska i nadzoru budowlanego.

    Sprawa w Rokitach dopiero się zaczyna.

    ::news{"type":"see-also","item":"25137"}

    ::addons{"type":"only-with-us","color":"black"}

    Co sądzisz na ten temat?


    Źródło: iBytów.pl

    Co o tym sądzisz?

    Artykuł sponsorowanyAD
    SamsungGalaxy AI - nowa era