
„Kościół nie może być oblężoną twierdzą” – powtarzają publicyści. W domyśle – Kościół nie może się zamykać i żyć w lęku przed światem. Brzmi dobrze, nowocześnie. Czy jednak nie jest to wygodny pretekst, by Kościół nie stawiał granic, nie mówił „nie”? Słowem, by nie przeszkadzał?
Pojęcie „syndromu oblężonej twierdzy” funkcjonuje w naukach społecznych od kilkudziesięciu lat. Oznacza stan świadomości grupy społecznej, która zostaje zdominowana przez nieuzasadnione poczucie zagrożenia przez wyimaginowanych wrogów. Syndrom oblężonej twierdzy jest uznawany za narzędzie psychomanipulacji w rękach np. polityków, którzy wzbudzając poczucie zagrożenia, oferują siebie jako wybawicieli. Jak to się ma do Kościoła?
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
Czytasz fragment artykułu
już od 14,90 zł
Poznaj pełną ofertę SUBSKRYPCJI
Źródło: Gość Gdański