RAK
    Historyk: dzieci ocalałe z rzezi wołyńskiej bały się mówić przez 80 lat [WYWIAD]

    Historyk: dzieci ocalałe z rzezi wołyńskiej bały się mówić przez 80 lat [WYWIAD]

    996 odsłon
    Historyk: dzieci ocalałe z rzezi wołyńskiej bały się mówić przez 80 lat [WYWIAD]

    Dzieci ukrywały się w zaroślach, budach dla psów i na bagnach. Widziały, jak mordowano ich bliskich. Wielu świadków po raz pierwszy opowiadało o tym dopiero po 80 latach – powiedziała PAP historyk Katarzyna Osowska-Wołos z IPN, autorka filmu dokumentalnego o zbrodni wołyńskiej „Zmarłych pogrzebać".

    Dzieci ukrywały się w zaroślach, budach dla psów i na bagnach. Widziały, jak mordowano ich bliskich.  Wielu świadków po raz pierwszy opowiadało o tym dopiero po 80 latach – powiedziała PAP historyk Katarzyna Osowska-Wołos z IPN, autorka filmu dokumentalnego o zbrodni wołyńskiej „Zmarłych pogrzebać".

    PAP: Pani rozmówcami są przede wszystkim osoby, które w czasie rzezi wołyńskiej były dziećmi. Co najbardziej uderza w ich wspomnieniach?

    Katarzyna Osowska-Wołos, historyk z krakowskiego oddziału IPN: – Przede wszystkim strach. To uczucie powraca niemal w każdej relacji. Są osoby, które pamiętają obrazy, dźwięki, konkretne wydarzenia, ale najczęściej fundamentem tych wspomnień jest wszechogarniający lęk.

    Dzieci reagowały bardzo różnie i są także takie, które nie pamiętają niemal nic. Trauma wywołała u nich całkowite wyparcie wspomnień. Znam przypadek kobiety, która przez dziesięciolecia nie była w stanie przypomnieć sobie wydarzeń z dzieciństwa. Dopiero gdy syn zawiózł ją po latach na Wołyń, pamięć wróciła.

    Są też osoby takie jak Irena Gajowczyk (z domu Ostaszewska), bohaterka reportażu „Kainowa zbrodnia”, która pamiętała absolutnie każdy szczegół. Każdy dźwięk, każdy obraz, każdą emocję. Na jej oczach zamordowano rodziców, rodzeństwo i sąsiadów. Sama otrzymała – od sąsiada, Ukraińca - siedem ciosów nożem – w plecy i okolice obojczyka. Przeżyła cudem. Po kilkudziesięciu latach nadal potrafiła odtworzyć przebieg wydarzeń niemal minuta po minucie.

    W jaki sposób uniknęła śmierci?

    – Pochodziła z miejscowości Hurby na Wołyniu (powiat zdołbunowski). Kiedy Ukraińcy napadli na ich wieś, zabili jej matkę, półtorarocznego braciszka, Tadeusza oraz starszego brata Marcela. Ojciec Jan Ostaszewski pochował żonę i dzieci, a następnie próbował wywieźć ocalałych członków rodziny wozem do bezpieczniejszego miejsca - Mizocza. Podczas przejazdu przez las doszło do kolejnego ataku. Napastnicy zatrzymali wóz. Zamordowano ojca, zabito młodszą siostrzyczkę, a sama Irena została ciężko ranna. Gdy się ocknęła, zobaczyła na drzewie ciało swojego ojca i zamordowaną sąsiadkę. W tym lesie Irenka została odnaleziona po kilku dniach. Mieszkańcy zaalarmowali niemiecki posterunek w Mizoczu. Na miejsce przybyła grupa Niemców wraz z cywilami. Jeden z niemieckich żołnierzy zauważył ciężko ranną dziewczynkę - to był moment, który uratował jej życie. Ostatecznie przeżyły tylko dwie siostry: Irena oraz Leokadia.

    Jak dzieci reagowały na fakt, że śmierć przychodziła często ze strony ludzi dobrze im znanych?

    – Dla nich był to całkowity szok. Dorośli mogli próbować zrozumieć politykę, realia wojny czy narastające zagrożenie ze strony nacjonalistów. Dzieci tego nie rozumiały.

    Bardzo często znały oprawców. To byli ich sąsiedzi. Ludzie, którzy wcześniej odwiedzali ich domy, osoby, z którymi rodzice pracowali w polu. Przyjaźnili się, trzymali sobie wzajemnie dzieci do chrztu. Mali ludzie nie potrafili pojąć, dlaczego ktoś, kto jeszcze niedawno był częścią ich codziennego świata, nagle chce ich zabić.

    Jedna z moich rozmówczyń opowiadała, że jej ojca zamordował człowiek, który wcześniej pracował w ich gospodarstwie jako parobek. Kolegował się z jej starszym bratem, a kiedy podczas żniw szli odpocząć do domu podczas największego upału, kładli się do jednego łóżka. Ten brat błagał oprawcę, by oszczędził ich ojca i jego samego, na próżno.

    Jakie były najczęstsze strategie przetrwania?

    – Najprostsze z możliwych wynikające z instynktu. Ucieczka i ukrycie się. Dzieci wykazywały zdumiewającą dojrzałość. Wiedziały, że trzeba być cicho i nie wolno się zdradzić.

    Stanisław Srokowski przeżył, ukrywając się w budzie psa. Inny chłopiec w Sławentynie schował się w wysokich pokrzywach i przez wiele godzin nie wydał żadnego dźwięku, mimo że widział jak obok Ukraińcy mordują jego ojca. Dzieci kryły się w zbożu, lasach, rowach, ziemiankach, na bagnach. Zamierały w bezruchu i trwały tam, aż wszystko się uspokoiło.

    Ci, którzy przeżyli, bardzo często zawdzięczali życie właśnie temu, że znaleźli kryjówkę i potrafili wytrzymać w niej wiele godzin bez ruchu.

    W relacjach świadków często pojawiają się opisy wyjątkowego okrucieństwa Ukraińców.

    – Tak. I trzeba o tym mówić uczciwie, ponieważ bez zrozumienia skali okrucieństwa nie sposób zrozumieć traumy ludzi, którzy to przeżyli. Charakter tej zbrodni był wyjątkowo brutalny. Bardzo często do mordów używano nie broni palnej, lecz narzędzi gospodarskich: siekier, wideł, łopat, kos, młotków czy noży. Skutkiem było cierpienie ofiar, które często nie ginęły od razu. Oprawcy pastwili się nad bezbronną ludnością. Wielokrotnie słyszałam od świadków zdania, których nie sposób zapomnieć. Niektórzy mówili, że są wdzięczni losowi, iż ich bliscy zginęli od kuli. Dla współczesnego człowieka takie słowa brzmią szokująco, ale w ustach ludzi, którzy widzieli tortury poprzedzające śmierć, miały bardzo konkretny sens. Mówili: „byłabym szczęśliwsza, gdyby ojciec został zastrzelony”, albo: „dobrze, że mama zginęła szybko”. To pokazuje skalę cierpienia i poziom okrucieństwa.

    W relacjach pojawiają się też opisy zabijania całych rodzin na oczach dzieci.

    – Tak, szczególnie wstrząsające są świadectwa dotyczące kobiet ciężarnych. Bardzo często pojawia się motyw rozcinania ich brzuchów, wyciągania z nich płodów. Malutkie dzieci rozbijano o mur, rozrywano, nabijano na widły.

    Ofiarami były wszystkie dzieci bez względu na wiek. Niemowlęta, kilkuletnie maluchy i nastolatki. Podczas prac ekshumacyjnych prowadzonych przez polskich badaczy na Wołyniu odnajdywano wiele szczątków najmłodszych ofiar. W Ostrówkach zginęło około 470 osób, w tym 204 dzieci, w Woli Ostrowieckiej na około 581 osób zginęło 225 dzieci. To pokazuje, że nie była to zbrodnia wymierzona wyłącznie w określoną grupę dorosłych mężczyzn. Celem było wyniszczenie całej społeczności, razem z kobietami, starcami i dziećmi.

    Właśnie dlatego część badaczy używa określenia genocidium atrox – ludobójstwo szczególnie okrutne. Okrucieństwo nie było tu skutkiem ubocznym wojny. Było cechą charakterystyczną tego ludobójstwa, określoną w dyrektywach Organizacji Ukraińskich nacjonalistów (OUN). Chodziło o to, by przestraszyć Polaków, aby nigdy nie wrócili na te ziemie. Świadkowie pamiętają nie tylko śmierć swoich bliskich. Pamiętają krzyki, błagania o litość, płonące domy. To są obrazy, które wracały do nich przez całe życie i których wielu z nich nie potrafiło opowiedzieć przez kilkadziesiąt lat.

    Co działo się z dziećmi, które straciły rodziców?

    – Ich losy były bardzo różne. Część trafiała pod opiekę Polskiego Komitetu Opiekuńczego charytatywnej organizacji społecznej działającej we współpracy z Radą Główną Opiekuńczą – przedwojennej jeszcze organizacji charytatywnej, której Niemcy pozwolili działać, żeby zająć się problemem ludności cywilnej. Inne dzieci znajdowały się w szpitalach, sierocińcach lub były przygarniane przez prywatne rodziny.

    Trzeba sobie wyobrazić skalę chaosu. Dzieci odnajdywano w lasach, na polach, przy drogach, czasem pośród spalonych zabudowań. Często dzieci trwały przy ciałach zamordowanych matek przez wiele dni. Niektóre były tak małe, iż nie znały własnego nazwiska albo nie potrafiły wskazać miejscowości, z której pochodziły. Ludzie uciekający przed napadami zabierali je ze sobą, by znaleźć dla nich miejsce.

    Członkowie Polskiego Komitetu Opiekuńczego jeździli po Wołyniu i zbierali dzieci pozostawione bez opieki. Trafiały one do punktów pomocowych, szpitali i sierocińców. Niektóre przechodziły prawdziwą odyseję. Najpierw szpital, potem sierociniec, następnie rodzina zastępcza, kolejna placówka, kolejna miejscowość. Franciszek Bąkowski, ocalały z Huty Pieniackiej, wspominał, że do osiągnięcia pełnoletności przeszedł przez piętnaście różnych placówek opiekuńczych.

    Jednym z najbardziej znanych miejsc był sierociniec w zamku w Pieskowej Skale. Trafiały tam dzieci z Wołynia i Małopolski Wschodniej. Zachowały się ich listy do rodziców. To niezwykłe dokumenty. Część tych dzieci nie wiedziała jeszcze, że rodzice nie żyją. Pisały więc: „Mamusiu, przyjedź po mnie”, „Tatusiu, jestem grzeczny”, „Kiedy wrócimy do domu?”. Dzisiaj wiemy, że wielu adresatów tych listów już nigdy nie mogło ich przeczytać.

    Wielu rodziców, którzy przeżyli napad na wieś, podejmowało najbardziej dramatyczną decyzję w swoim życiu. Oddawali oni dzieci pod opiekę instytucji nie dlatego, że ich nie kochali, ale dlatego, że nie byli w stanie ich wykarmić.  W archiwach zachowały się dokumenty, w których rodzice zrzekali się czasowo opieki nad dzieckiem i powierzali jego los RGO. Dawali w ten sposób swoim dzieciom szansę przeżycia. To były akty rozpaczy, ale też ogromnej odpowiedzialności. Wiele z tych dzieci ocalało tylko dzięki temu.

    Wojna nie kończyła cierpienia tych dzieci. W sierocińcach panował głód. Wychowankowie byli niedożywieni, chorzy i skrajnie wyczerpani. Chodzili po wsiach prosząc o żywność. Przykładem jest tu Sułoszowa, gdzie dzieci z Pieskowej Skały prosiły ludzi mieszkających we wsi o chleb. W Zamościu stawały na rynku z puszkami i zbierały pieniądze albo żywność. Dla wielu było to ogromnie upokarzające, ale bez tej pomocy mogliby nie przeżyć. Nie wszyscy też patrzyli na sieroty przychylnym okiem, były zabiedzone, mówiły ze wschodnim akcentem, kresowe dzieci uznawano za gorsze.

    Dzieci wojny nie mogły więc liczyć na pomoc zwykłych ludzi?

    – Pomimo wszystko mogły, choć warunki były bardzo trudne. Księża apelowali z ambon o przyjmowanie sierot. Wiele rodzin odpowiadało na te wezwania, brali dzieciaki do siebie, ale przy okazji rodzeństwa były rozdzielane, niewielu było stać na to, aby przygarnąć więcej niż jedno dziecko. Trzeba pamiętać, że panowała ogromna bieda, ludzie sami często nie mieli co jeść, a mimo to znajdowali miejsce dla dzieci, które straciły wszystko.

    W świadectwach pojawiają się również Ukraińcy ratujący Polaków.

    – I to jest bardzo ważny element tej historii. Zdecydowana większość dzieci, z którymi rozmawiałam, przeżyła właśnie dzięki pomocy Ukraińców.

    To może być dla wielu osób zaskakujące, ale kiedy analizujemy konkretne życiorysy, okazuje się, że bardzo często między śmiercią a ocaleniem stał jeden człowiek, który powiedział „nie”. Nie zgodził się na mord, nie wydał ukrywającego się dziecka, otworzył drzwi swojego domu albo wskazał drogę ucieczki.

    Teresa Guz (z domu Persona) przeżyła dlatego, że ukraińska kobieta ze wsi Duliby ukrywała ją przez kilka lat w swoim domu. Przechrzciła ją w cerkwi, zmieniła jej imię z Tereski na Tanię i nauczyła mówić po ukraińsku, aby nie wzbudzała podejrzeń. Gdyby została zdemaskowana, śmierć groziłaby całej rodzinie.

    Podobna historia dotyczy Janiny Kalinowskiej. Po zamordowaniu jej rodziców i brata schronienie dał jej ukraiński sąsiad. Dopiero później została przekazana Polakom. Dzięki temu przeżyła.

    Bywały również historie bardziej skomplikowane. Niektóre dzieci trafiały do ukraińskich rodzin nie z pobudek humanitarnych. Odbywał się nad nimi pewnego rodzaju sąd, gdzie decydowano czy dziecko zabić, czy darować życie. Często takie dzieci stawały się potem parobkami w ukraińskich domach. Tak było między innymi w przypadku Rozalii Wielosz. Nie zmienia to jednak faktu, że przeżyły właśnie dlatego, że ktoś zdecydował się ich nie zabić.

    Trzeba pamiętać o skali ryzyka. Ukraińcy pomagający Polakom narażali własne życie. Za ukrywanie Polaków bezwzględnie groziła śmierć całej rodzinie. Dlatego osoby, które ratowały dzieci, wykazywały się ogromną odwagą – w takim samym stopniu, jak Polacy ukrywający Żydów. Z tego również powodu nazywamy tę grupę Ukraińców sprawiedliwymi.

    Z moich obserwacji wynika również, że częściej pomagali ludzie starsi. Wielu świadków opowiadało, że młodzi mężczyźni chętniej angażowali się w działalność nacjonalistyczną, ulegali propagandzie OUN. Natomiast starsi Ukraińcy częściej próbowali ratować swoich polskich sąsiadów. Byli to ludzie, którzy pamiętali wspólne życie sprzed wojny i nie potrafili pogodzić się z mordowaniem kobiet czy dzieci. Ostrzegali przed napadami, przechowywali uciekinierów, karmili ich i pomagali im dotrzeć do bezpieczniejszych miejsc. To właśnie dlatego tak wielu ocalałych do końca życia powtarzało, że zawdzięczają życie konkretnemu ukraińskiemu sąsiadowi.

    To nie zmienia oceny samej zbrodni. Nie zmienia faktu, że doszło do ludobójstwa. Pokazuje jednak, że nawet w czasach całkowitego załamania norm moralnych znajdowali się ludzie, którzy potrafili zachować człowieczeństwo.

    Jak wojenne doświadczenia wpłynęły na dalsze życie tych dzieci?

    – Tragicznie. Wiele z tych osób nigdy nie odzyskała poczucia bezpieczeństwa.

    Były dzieci, które modliły się o śmierć, bo chciały dołączyć do zamordowanych rodziców. Słyszałam takie historie wielokrotnie. Wieczorna modlitwa brzmiała: „Panie Boże, zabierz mnie stąd. Nie chcę być sama” – i to mówiły kilkuletnie dzieci.

    Dochodziły do tego problemy zdrowotne wynikające z głodu i skrajnego niedożywienia. Wielu lekarzy nie dawało tym dzieciom szans na przeżycie. Cierpiały na ciężką awitaminozę, były wyniszczone fizycznie i psychicznie.

    Najgorsze było jednak to, że nikt nie zajmował się ich traumą. Nie było psychologów specjalizujących się w pracy z ofiarami wojny. Te dzieci zostały ze swoimi wspomnieniami same.

    Także po wojnie nie dostały pomocy psychologicznej?

    – Nie. I to jest jedna z najbardziej przemilczanych tragedii. Te dzieci widziały rzeczy, których nie powinien oglądać żaden człowiek. A później oczekiwano od nich, że po prostu zaczną normalnie żyć.

    Wielu moich rozmówców wspominało koszmary senne, lęk przed ciemnością, paniczny strach przed językiem ukraińskim czy odgłosami przypominającymi wydarzenia z dzieciństwa (dźwięk pożarów był jednym z tych odgłosów). Niektórzy do końca życia bali się wrócić na Wołyń.

    Zdarzały się również próby samobójcze. Znane są przypadki dzieci, próbujących odebrać sobie życie. Taki przypadek miał miejsce w Pieskowej Skale. O tym praktycznie się nie mówi, a przecież są to konsekwencje wojny równie realne jak fizyczne rany. Dla tych ludzi wojna nie skończyła się w 1945 roku. Trwała w ich pamięci przez kolejne dziesięciolecia.

    Gdyż po wojnie nadeszły czasy PRL.

    – I temat rzezi wołyńskiej zniknął z przestrzeni publicznej. Dzieci bardzo szybko dowiadywały się, że o Wołyniu nie należy mówić. Wielu świadków po raz pierwszy opowiedziało swoją historię po 70 lub 80 latach – właśnie mnie. Często ich własne dzieci słyszały te relacje po raz pierwszy w życiu.

    Czy trauma była przekazywana kolejnym pokoleniom?

    – Zdecydowanie tak. Psychiatrzy mówią o traumie transgeneracyjnej obejmującej nawet trzy pokolenia.

    W rodzinach ocalałych często widać skutki wojennych doświadczeń. Problemy z okazywaniem uczuć, trudności w budowaniu relacji, lęki czy nadmierna ostrożność bardzo często mają swoje źródło właśnie w wojennych przeżyciach rodziców.  Jednocześnie kolejne pokolenia przejęły również obowiązek pamięci. To dzieci i wnuki ocalałych dziś walczą o upamiętnienie ofiar, ekshumacje i godne pochówki. Najlepszym przykładem jest tutaj dr Leon Popek, który jest synem ocalałych z ludobójstwa, a także jednym z najlepszych badaczy tego ludobójstwa, rozumiejącym także jego dalekosiężne skutki.

    Czy obecna wojna Ukrainy w obronie przed Rosją zmieniła stosunek ocalałych do Ukraińców?

    – Nie spotkałam się z nienawiścią wobec współczesnych Ukraińców. Wręcz przeciwnie. Wielu Kresowian pomagało uchodźcom po rosyjskiej agresji z 2022 roku. Jednak równocześnie pozostało poczucie krzywdy związane z brakiem grobów i nierozwiązanymi problemami historycznymi. Dla tych ludzi najważniejsze jest jedno: odnaleźć i godnie pochować swoich bliskich. Bardzo często słyszałam od nich zdanie: „Nie chcemy zemsty. Chcemy grobu”.

    Rozmawiała Mira Suchodolska (PAP)

    Nasze materiały wideo:


    Źródło: Bielsk.eu

    Artykuł sponsorowanyAD
    SamsungGalaxy AI - nowa era