
Uwaga, nadciągają nawałnice! IMGW ostrzega siedem powiatów na Podlasiu Spis treści Mieszkańcy ścisłego centrum Białegostoku od miesięcy alarmowali o dramatycznym stanie dzikich lisów bytujących w rejonie kościoła pw. Wniebowzięcia NMP przy ul. Kościelnej, a także w okolicach rzeki Białej i ul. Bra
Mieszkańcy ścisłego centrum Białegostoku od miesięcy alarmowali o dramatycznym stanie dzikich lisów bytujących w rejonie kościoła pw. Wniebowzięcia NMP przy ul. Kościelnej, a także w okolicach rzeki Białej i ul. Branickiego. Zwierzęta, uwiecznione na zdjęciach, wyglądały potwornie – wychudzone, niemal całkowicie pozbawione sierści, pokryte krwawiącymi ranami. Wszystko wskazywało na zaawansowany świerzb. Właśnie poznaliśmy oficjalną odpowiedź magistratu na interpelację radnego PiS Henryka Dębowskiego w tej sprawie. Wynika z niej jedno: urzędnicy problemu z głowy już nie mają, bo... lisy po prostu uciekły.
Jak wyjaśnia Ewa Kułakowska, dyrektor Departamentu Gospodarki Komunalnej i Ochrony Środowiska, miejskie służby miały przez długi czas związane ręce. Od 1 kwietnia do 30 czerwca trwał bowiem okres ochronny lisów. W tym czasie prawo zabrania polowań, odłowów, płoszenia czy niszczenia nor.
Jedyne, co mógł zrobić wynajęty przez miasto wykonawca, to obserwacja. Za zgodą kurii archidiecezjalnej w rejonie lisiej nory zamontowano kamerę, która monitorowała schorowaną drapieżną rodzinę. Prawdziwa akcja mogła ruszyć dopiero w lipcu.
Gdy tylko minął okres ochronny, w dniach 1–5 lipca 2026 roku, miejski wykonawca wspólnie ze Strażą Miejską przystąpili do odłowu. W rejonie parafii rozstawiono klatki żywołowne. Efekt? Mało imponujący.
W pułapkę wpadł tylko jeden lis. Zwierzę przekazano lekarzowi weterynarii, zbadano, profilaktycznie zaszczepiono przeciwko wściekliźnie i – po uzgodnieniu z Powiatowym Inspektoratem Weterynarii – wypuszczono z powrotem do środowiska naturalnego. A co z resztą stada? Z analizy monitoringu i wywiadu środowiskowego wynika, że pozostałe lisy oddaliły się z terenu kościelnego. Ich obecne miejsce pobytu nie jest nikomu znane.
Taki obrót spraw na pewno nie uspokoi mieszkańców, którzy o problemach lisów i bezczynności służb alarmowali już od lutego czyli wiele tygodni przed okresem ochronnym. Białostoczanie wytykali Straży Miejskiej bierność, a w jednym przypadku oficer dyżurny w ogóle odmówił przyjęcia zgłoszenia, co skończyło się oficjalną skargą. Zdesperowani ludzie dokarmiali zwierzęta, a nawet próbowali leczyć je na własną rękę, podając leki w jedzeniu. Sytuacja stawała się niebezpieczna, bo agresywne z bólu lisy zaczęły atakować domowe psy.
Do akcji zdecydowanie wkroczył radny Henryk Dębowski, który jako jedyny z radnych zażądał natychmiastowego zaangażowania m.in. schroniska dla zwierząt i profesjonalnej opieki weterynaryjnej w centrum miasta, a nie tylko na obrzeżach Białegostoku, gdzie w czerwcu podawano szczepionki.
Choć lisy z ul. Kościelnej zniknęły z radarów urzędników, problem chorych dzikich zwierząt w Białymstoku nie zniknął. Straż Miejska przypomina, że w przypadku zauważenia rannego lub agresywnego zwierzęcia, należy natychmiast wzywać eko-patrol. Specjaliści ostrzegają jednak przed podchodzeniem do drapieżników – świerzb to choroba wysoce zakaźna i groźna nie tylko dla naszych czworonogów.
Czy widzieliście w ostatnich dniach chorą lisicę lub jej młode w okolicach rzeki Białej lub ulicy Branickiego? Czy miejskie służby powinny skuteczniej tropić chore zwierzęta w centrum, zamiast czekać, aż same uciekną?
Przemysław Sarosiek
Źródło: DDB24.pl (Dzień Dobry Białystok)