RAK
    Zamordował byłą żonę dla skupu złomu. Sąd wydał wyrok, chociaż zwłok pielęgniarki do dziś nie odnaleziono

    Zamordował byłą żonę dla skupu złomu. Sąd wydał wyrok, chociaż zwłok pielęgniarki do dziś nie odnaleziono

    3448 odsłon
    Zamordował byłą żonę dla skupu złomu. Sąd wydał wyrok, chociaż zwłok pielęgniarki do dziś nie odnaleziono

    Pielęgniarka Halina G. zapadła się pod ziemię, a początkowo sprawa wyglądała na zwykłe zaginięcie. Z czasem śledczy nabrali jednak pewności, że szanowana w lokalnym środowisku kobieta padła ofiarą bezwzględnego mordercy. Głównym podejrzanym błyskawicznie stał się jej były mąż, Janusz G., którego prokuratura oskarżyła o brutalne odebranie życia ekspartnerce. Funkcjonariusze mierzyli się z potężnym wyzwaniem, ponieważ ciała ofiary nigdy nie udało się odnaleźć. Brak zwłok sprawił, że wieloletnie śledztwo i późniejszy proces miały charakter wyłącznie poszlakowy. Sąd ostatecznie posłał mężczyznę za kratki na wiele lat. Bliscy pokrzywdzonej oraz pracujący nad sprawą mundurowi przez długi czas próbowali zrozumieć, co popchnęło sprawcę do tak makabrycznego kroku.

    Spis treści

    1. Zaginięcie pielęgniarki z Jasła. Ślady krwi w przedpokoju skierowały śledztwo na morderstwo
    2. Motywem zbrodni w Jaśle był podział majątku. Janusz G. nie chciał oddać skupu złomu
    3. Wyrok za zabójstwo Haliny G. Sąd skazał Janusza G. pomimo braku ciała

    W momencie tragicznych wydarzeń Halina G. miała 52 lata. Wieczorem 5 sierpnia 2014 roku mieszkanka Jasła odwiozła swojego syna na dworzec, skąd chłopak wyruszał autobusem na zaplanowane ognisko ze znajomymi. Kobieta wracała do domu w okolicach godziny 21 i po drodze wpadła jeszcze z krótką wizytą do sąsiadów. Uznaje się ich za ostatnie osoby, które widziały pielęgniarkę żywą. Ustalenia śledczych potwierdzają, że 52-latka bezpiecznie dotarła do swojego mieszkania, ponieważ bilingi wykazały wykonane z jej telefonu stacjonarnego połączenie o 21:18. Początkowe doniesienia medialne sugerowały, że ślady krwi i zniknięcie matki odkrył wracający z ogniska dorosły syn. Późniejsze ustalenia, zaprezentowane między innymi w programie „Uwaga! TVN”, rzuciły jednak nowe światło na sprawę. Z telewizyjnej relacji wynikało, że to nowy partner kobiety przyjechał rano do jej domu, mocno zaniepokojony brakiem kontaktu. „Wiedziałem, co się stało od razu po tym, jak przyjechałem na miejsce. Zobaczyłem krew na schodach, rozerwany łańcuszek, więc wiedziałem, że stało się coś poważnego” – relacjonował przed kamerami pan Zbigniew. Rozbieżności w wersjach dotyczących pierwszych godzin po zniknięciu nie zmieniły faktu, że natychmiast zaalarmowano odpowiednie służby, które błyskawicznie rozpoczęły szeroko zakrojone poszukiwania zaginionej.

    Sonda

    Czy jesteś za karą śmierci?

    Tak

    Nie

    To zależy od sytuacji

    Zaginięcie pielęgniarki z Jasła. Ślady krwi w przedpokoju skierowały śledztwo na morderstwo

    Służby w pierwszym etapie zakwalifikowały sprawę jako standardowe zaginięcie, jednak zabezpieczone w przedpokoju brunatne plamy szybko zmieniły tor postępowania. Ktoś ewidentnie zacierał ślady zbrodni, czyszcząc podłogę i wynosząc z mieszkania dywan, na którym najpewniej znajdowało się najwięcej biologicznych dowodów. Intensywna praca operacyjna policjantów błyskawicznie wytypowała głównego podejrzanego, co poskutkowało zatrzymaniem Janusza G. Były mąż zaginionej trafił do tymczasowego aresztu, a w toku śledztwa usłyszał zarzut brutalnego zabójstwa. Kryminalni od początku brali pod uwagę jego osobę, opierając się na zeznaniach licznych świadków potwierdzających historię przemocy domowej. Mroczna przeszłość oskarżonego znajdowała zresztą twarde odzwierciedlenie w sądowych aktach. W 2012 roku, już po orzeczeniu rozwodu, Janusz G. zaatakował byłą żonę z nożem w ręku. Wpadł wówczas w furię, zniszczył jej samochód, a następnie uszkodził ostrym narzędziem kożuch i zranił kobietę w dłoń. Wymiar sprawiedliwości nie potraktował tego incydentu jako usiłowania morderstwa. Napastnik otrzymał jedynie wyrok roku pozbawienia wolności w zawieszeniu oraz rygorystyczny zakaz zbliżania się do pokrzywdzonej.

    Były mąż pielęgniarki do samego końca odpierał zarzuty i nie przyznawał się do zamordowania 52-latki. Śledczy zdecydowali się na wypuszczenie go z aresztu jeszcze w trakcie trwania dochodzenia, argumentując to brakiem możliwości mataczenia czy zacierania śladów po upływie dwunastu miesięcy od zdarzenia. Podejrzany chętnie korzystał z wolności, udzielając wywiadów i przekonując opinię publiczną o rzekomej nagonce na jego osobę. „- Wszyscy są przekonani, że to ja ją zabiłem. Czemu nikt nie bierze pod uwagę, że może porwał ją jakiś Ukrainiec, albo wyjechała, może była komuś coś winna? Przecież gdybym ja tam był, to na miejscu byłyby moje ślady” – mówił Janusz G. w rozmowie z reporterką TVN-u. W tym samym materiale skarżył się na swoje trudne położenie. „- Strasznie się żyje z tak poważnym oskarżeniem. Każde moje słowo, każdy ruch warg jest obserwowany. Nawet na wariograf mnie chcieli brać. Ja się nie zgodziłem, bo to nie pomaga, a może być użyte przeciwko mnie” – dodawał oskarżony. Prokuratura całkowicie odrzucała jednak jego narrację, dysponując mocnym materiałem dowodowym pomimo poszlakowego charakteru procesu. Kluczowe dla śledczych okazały się ślady biologiczne, które technicy odnaleźli w aucie oskarżonego, oraz precyzyjne nagrania z monitoringu, ujawniające dokładną trasę przejazdu jego samochodu.

    Linia obrony oparta na szkalowaniu byłej żony z góry skazana była na niepowodzenie, ponieważ mieszkanka Jasła cieszyła się w swoim środowisku wręcz krystaliczną opinią. Znajomi i sąsiedzi opisywali ją jako osobę niezwykle ciepłą, pogodną i unikającą jakichkolwiek konfliktów z otoczeniem. Z oddaniem wykonywała zawód pielęgniarki, a po trudnym rozwodzie samodzielnie i wzorowo wychowywała dwóch synów, powoli układając sobie życie z nowym partnerem. Życie osobiste oskarżonego wyglądało zgoła inaczej, gdyż po wyprowadzce z rodzinnego domu funkcjonował w całkowitej samotności. Lokalna społeczność wypowiadała się o Januszu G. ze zdecydowanie mniejszym entuzjazmem, a jego reputacja w mieście mocno odbiegała od nieskazitelnego wizerunku zamordowanej kobiety.

    Motywem zbrodni w Jaśle był podział majątku. Janusz G. nie chciał oddać skupu złomu

    Prokuratura od samego początku zakładała, że tłem tragicznych wydarzeń był niezwykle ostry spór o podział dorobku życia po zakończeniu małżeństwa. Główną osią konfliktu pozostawała atrakcyjna parcela budowlana zlokalizowana w centrum miasta. Teren, na którym funkcjonował dobrze prosperujący skup metali kolorowych oraz przestrzenne magazyny, eksperci wyceniali na blisko milion złotych. Przedsiębiorstwo to stanowiło absolutne oczko w głowie oskarżonego mężczyzny. Perspektywa utraty chociażby części lukratywnego biznesu doprowadzała go do skrajnej wściekłości podczas każdej wokandy. Były mąż wpadał w niekontrolowany szał na salach sądowych, głośno wykrzykując, że 52-latka celowo dąży do puszczenia go z torbami i odebrania mu najważniejszego majątku.

    Skrupulatna weryfikacja akt sprawy i wieloletnie działania operacyjne udowodniły, że mężczyzna w najdrobniejszych szczegółach zaplanował brutalną egzekucję. Krytycznego wieczoru wyruszył ze swojego zakładu przy ulicy Floriańskiej dokładnie o godzinie 19:57. Zamiast wrócić prosto do siebie, ukrył samochód w rejonie pobliskich ogródków działkowych, co błyskawicznie wychwycił czujny mieszkaniec Jasła spacerujący tam z żoną. Lokalizacja zaparkowanego pojazdu nie była dziełem przypadku, ponieważ znajdowała się w bezpośrednim sąsiedztwie posesji zajmowanej na co dzień przez Halinę G.

    Wiele wskazuje na to, że sprawca niepostrzeżenie włamał się na teren budynku dokładnie w momencie, gdy pielęgniarka odbywała swoją ostatnią rozmowę telefoniczną tuż po dwudziestej pierwszej. Kamery miejskiego systemu bezpieczeństwa zarejestrowały pojazd Janusza dokładnie o 21:09, ukazując kierunek jazdy w stronę nieruchomości należącej do byłej partnerki. Prawdziwy koszmar rozpoczął się w ułamku sekundy po odłożeniu przez kobietę słuchawki. Biegli na podstawie licznych śladów odtworzyli dynamikę zdarzeń, z której wynikało, że napastnik wymierzył pierwszy cios niezidentyfikowanym narzędziem tuż za progiem drzwi wejściowych. Zraniona ofiara prawdopodobnie desperacko próbowała uciekać, na co wskazywały dowody zabezpieczone w głębi domu. Oprawca dopadł ją jednak w kolejnym pomieszczeniu, zadając drugie uderzenie. Gdy 52-latka osunęła się na podłogę i całkowicie straciła przytomność, morderca bez pośpiechu wyszedł na zewnątrz po swoje auto.

    Zgromadzone materiały dowodziły, że zbrodniarz umieścił zwłoki w pojeździe i skierował się prosto w stronę swojego placu na ulicy Floriańskiej. Śledczy podejrzewali, że w trakcie transportu Halina mogła dawać oznaki życia, dlatego morderca wyprowadził trzeci cios, by zyskać pewność, że kobieta nigdy nie wstanie. Zapisy z monitoringu potwierdziły, że o godzinie 22:23 oskarżony powrócił do punktu skupu złomu. Ta nienaturalna aktywność mężczyzny w późnych godzinach nocnych stała się dla sądu niezwykle obciążającym argumentem. Janusz G. wielokrotnie wchodził na teren posesji i opuszczał go, używając naprzemiennie samochodu oraz roweru w godzinach od północy do szóstej rano. Gorączkowym kursom towarzyszyło wyłączenie komórki, gdyż urządzenie od popołudnia aż do następnego poranka nie logowało się do żadnej stacji BTS. Policjanci byli przekonani, że doskonale zdawał on sobie sprawę z cyfrowego śladu, dlatego z premedytacją dezaktywował telefon komórkowy.

    Analiza nagrań wideo dawała funkcjonariuszom solidne podstawy do przypuszczeń, że zwłoki musiały zostać głęboko zakopane lub ukryte w obrębie wysypiska złomu. Niestety, pomimo wielokrotnego i niezwykle drobiazgowego przeszukania całego placu, ciała pielęgniarki nie odnaleziono. Równie bezowocne okazały się poszukiwania na okolicznych mokradłach, w nurcie rzeki oraz w licznych zabudowaniach gospodarczych. Wobec braku bezpośredniego dowodu zbrodni nieoceniona okazała się rola biegłych sądowych, powołanych na wniosek prokuratury. Oskarżyciele publiczni chcieli kategorycznie obalić obronną tezę głoszącą, że bez ciała nie doszło do morderstwa. Każda odnaleziona mikrozapinka miała kolosalne znaczenie dla pomyślnego finału dochodzenia. Z kolei obrońca Janusza G. oraz sam oskarżony stanowczo przekonywali wymiar sprawiedliwości o braku twardych dowodów winy, wnosząc o pełne i bezwarunkowe uniewinnienie od stawianych zarzutów.

    Wyrok za zabójstwo Haliny G. Sąd skazał Janusza G. pomimo braku ciała

    Skomplikowane dochodzenie pochłonęło sześć lat niezwykle żmudnej pracy, jednak wymiar sprawiedliwości w obu instancjach nie miał cienia wątpliwości co do winy byłego męża. Prawomocny werdykt zapadł 22 grudnia 2020 roku przed Sądem Apelacyjnym w Rzeszowie, który z pełnym przekonaniem podtrzymał wcześniejszą decyzję sędziów z Krosna. Orzekający wprost przyznawali na sali, że postępowanie należało do wyjątkowo trudnych ze względu na całkowity brak dowodu osobowego, jednoznacznie wskazującego na winę Janusza G. Brak naocznych świadków wymusił na sądzie inną optykę i budowanie ostatecznych wniosków wyłącznie na bazie zaawansowanej dedukcji.

    Rzeszowski sąd oparł swoją decyzję na twardych danych kryminalistycznych. „- Były natomiast dowody obiektywne: pośrednie, jak choćby ślady krwi w pomieszczeniach domu pokrzywdzonej, które jednoznacznie zostały potwierdzone przez biegłych, że są to jej ślady. Były też ślady krwi kobiety w samochodzie oskarżonego. Ale to nie wszystko. Zabezpieczone zostały również zapisy z monitoringu na terenie Jasła na których widać przemieszczający się w tej okolicy samochód oskarżonego. Sąd w tym przypadku zmuszony był oceniać cały łańcuch poszlak, który łączył się w pewną logiczną całość. Był to klasyczny, modelowy przykład procesu poszlakowego. Zdarzają się one bardzo rzadko” - mówił w ustnym uzasadnieniu sędzia sprawozdawca Zygmunt Dudziński, cytowany przez lokalny serwis Teraz Krosno. Sędziowie drugiej instancji wprowadzili minimalną korektę w opisie czynu. Uznano, że śledczym nie udało się bezsprzecznie udowodnić trzeciego ciosu w samochodzie dostawczym, dlatego w ocenie sądu jedynymi pewnymi uderzeniami pozostały dwa zadane ofierze w jej własnym przedpokoju.

    Nierozwiązane po rozwodzie kwestie podziału majątku faktycznie stanowiły główny zapalnik, który doprowadził do brutalnego usunięcia byłej małżonki z drogi. Wizja oddania chociażby ułamka zyskowniejszej części dorobku jawiła się oskarżonemu jako absolutna zniewaga, której za wszelką cenę postanowił zapobiec. Złomowisko stanowiło dla mężczyzny centrum dowodzenia jeszcze w okresie trwania małżeństwa. „- W sytuacji, gdy część tego majątku, wchodząca w skład majątku dorobkowego, miałaby przejść na jego byłą żonę, spowodowała u oskarżonego potrzebę działań. Chciał powstrzymać proces utraty tego majątku” – tłumaczył sędzia Dudziński. Niezwykle ważnym dowodem, który bardzo mocno obciążył Janusza G., był incydent z nożem sprzed lat. Zbrojny atak na kobietę wyprzedzał kluczową wokandę cywilną o zaledwie kilkadziesiąt godzin. „- Ma to ważne znaczenie, bo stało się to dwa dni przed jedną z kluczowych rozpraw cywilnych między byłymi małżonkami. Jeden ze świadków zeznał przed sądem, że Janusz G. traktował ten skup złomu jak swoje królestwo” – mówił z kolei sędzia Artur Lipiński, rzecznik prasowy sądu w Krośnie, w którym zapadł pierwotny wyrok.

    Prowadzący sprawę odczuwali olbrzymią presję, jednak dogłębna analiza pozwoliła rozstrzygnąć wszelkie wątpliwości z korzyścią dla prawdy obiektywnej. „- Mamy świadomość ogromnej odpowiedzialności tej decyzji, ale jesteśmy przekonani, że Janusz G. popełnił zarzucany mu czyn. Sprawę dokładnie przeanalizowaliśmy, akta znamy prawie na pamięć. Analizowaliśmy przedziały czasowe, drogi przemieszczania się oskarżonego, jego motywy oraz wszystkie okoliczności. Doszliśmy do takich samych wniosków, jak Sąd Okręgowy w Krośnie” - podkreślił sędzia Zbigniew Dudziński. Wydanie orzeczenia ułatwiło wnikliwe mapowanie przemieszczania się sprawcy, co udowodniło jego bezpośredni udział w tym makabrycznym zdarzeniu.

    W uzasadnieniu wyroku sędziowie wyeksponowali fakt, że oskarżony widniał już w rejestrze skazanych, a ofiarą jego ówczesnej agresji była dokładnie ta sama kobieta. Morderca bez cienia skrupułów złamał sądowy zakaz zbliżania się. Przy wymierzaniu kary kluczowe okazało się celowe i z góry zaplanowane dążenie do odebrania życia, wykreowane jako ordynarna zemsta za roszczenia majątkowe po rozwodzie. Sąd nie miał złudzeń, że eliminacja 52-latki została przeprowadzona z przerażającym wyrachowaniem na chłodno. W obliczu zaprezentowanych dowodów nie doszukano się absolutnie żadnych okoliczności, które mogłyby chociaż w minimalnym stopniu złagodzić winę oskarżonego.

    Ostatecznym finałem głośnego i ciągnącego się latami postępowania był prawomocny wyrok, na mocy którego Janusz G. został skazany na 25 lat bezwzględnego więzienia.

    Gabrysia chciała od niego uciec, ale nie zdążyła. Dominik jej nie pozwolił | Pokój ZBRODNI


    Źródło: Radio ESKA Rzeszów

    Artykuł sponsorowanyAD
    SamsungGalaxy AI - nowa era

    Co o tym sądzisz?