
Helena and Stanisław Wanatowicz have created a magnificent 60-are garden in Zaklików, described as a 'heaven on earth' and a healing sanctuary. This impressive space, built through their own hard work, is so beautiful it inspires poets.
Gdyby pewne miejsca na ziemi mogły leczyć zbolałe dusze i zszargane nerwy, ogród państwa Heleny i Stanisława Wanatowiczów z Zaklikowa byłby przepisywany na recepty wszystkim potrzebującym. Nie ma tu krztyny przesady. Na ogromnej, ponad 60-arowej działce, właściciele własnymi rękami i ciężką pracą stworzyli ogrodowy azyl, z którego zwyczajnie nie chce się wychodzić. Ba! Bywa on nawet inspiracją dla poetów.
– W takich okolicznościach przyrody łatwo stać się odludkiem – przyznaje z uśmiechem Helena Wanatowicz. Choć nie było w niej nigdy pragnienia podbijania świata, to przyznaje, że i tak z wiekiem coraz mniej chętnie opuszcza swoje kwiatowe królestwo. Trudno się temu dziwić: niesamowite rabaty, równiutkie rządki żywopłotów, misternie przystrzyżone kule bukszpanowe i cała feeria barw kwiatów, która wiosną najbardziej cieszy oko – tworzą tutaj prawdziwy raj.
Ogródek dziadków w Olbięcinie
Patrząc na to ogrodnicze arcydzieło, trudno uwierzyć, że lwią część swego życia państwo Wanatowiczowie spędzili w blokach Stalowej Woli. – Nasze trzecie z kolei mieszkanie mieściło się na 11. piętrze wieżowca. Gdy byłam młoda, wydawało mi się, że mieszkanie w bloku to coś, co mi wystarczy. Póki dzieci były małe, tłumiło się swoje wewnętrzne, prawdziwe pragnienia. W pewnym momencie poczułam jednak brak oddechu i przyrody. Oboje z mężem wychowaliśmy się przy ziemi, a to zawsze w człowieku zostaje – przekonuje pani Helena. Ogrodniczego bakcyla łyknęła jeszcze jako mała dziewczynka, za sprawą babci Władzi i dziadka Stefana, którzy w Olbięcinie uprawiali przydomowy ogródek pełen piwonii, narcyzów, żółtych malin, porzeczek, orzechów czy renklody. Mała Helenka dzielnie pomagała przy pieleniu, choć już wtedy, ze względu na schorzenie, bolał ją kręgosłup.
Artykuł ukazał się w majowym numerze miesięcznika SZTAFETA
Dał jej łąkę na urodziny
Wanatowiczowie długo dojrzewali do decyzji o zakupie działki. Wybór padł na Zaklików, gdzie z racji zawodu bywał pan Stanisław, wówczas psycholog w stalowowolskiej Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej. Uległ urokowi ówczesnego Zaklikowa, a palec Opatrzności sprawił, że w 1992 roku kupili rozległą, 37-arową działkę na ulicy Zaśluzie. – Wtedy to była po prostu zarośnięta łąka. Nie było tu nawet jednego krzaczka. Teren trudny, woda gruntowa wysoka, przed domem grzęzawisko. Byliśmy przerażeni, gdy przyjechał pierwszy samochód z materiałem na budowę, bo myśleliśmy, że nie przejedzie – wspomina właścicielka ogrodu. Pierwotnie na działce miał stanąć domek letniskowy, ale szybko zapadła decyzja o budowie domu całorocznego. Dla rodziny zaczął się wymagający czas, bo nadzór nad budową małżeństwo Wanatowiczów musiało łączyć z intensywną pracą, wychowaniem trójki pociech i życiem w Stalowej Woli. Po pięciu latach dokupili w okazyjnej cenie sąsiednią działkę – dodatkowe 24 ary do zagospodarowania. Pan Stanisław w zasadzie podarował ją żonie na urodziny, 30 kwietnia 1997 r. – To najpiękniejszy prezent, jaki dał mi w życiu – podsumowuje nasza bohaterka.
Na początku był żywopłot i wrzosy
Ogród zaczął się tworzyć, gdy dom już stał. Jak? – Na początku fragmentami. Zaczęliśmy od żywopłotów, bo chcieliśmy, żeby rośliny miały tło – wyjaśnia pani Wanatowicz. Do dziś pamięta, że jako pierwsze zasadziła w swoim ogrodzie wrzosy – był to zwiastun różowo-fioletowej kolorystyki, która dominuje dziś w ogrodzie. – Widzę świat kolorami, jestem wzrokowcem i łatwo mi było tę przestrzeń zaaranżować – dopowiada. Musi to wybrzmieć: przy tworzeniu ogrodu od podstaw Wanatowiczowie wykonali wręcz tytaniczną pracę. Działkę stanowił żywy piach. Pan Stanisław, pracując przy tym na dwa etaty, nawoził ją więc taczka po taczce ziemią z okolicznej kopalni. Jego małżonka pilnie studiowała czasopisma traktujące o uprawie ogrodów i poszczególnych gatunków roślin. – Ćwierć wieku temu to było podstawowe źródło wiedzy. Skończyłam też technikum pszczelarskie i wyszłam stamtąd z rozbudowaną wiedzą z botaniki czy zoologii. Pojęcia typu pH gleby czy mrozoodporność na pewno nie były mi obce – tłumaczy nasza bohaterka. W pierwsze roślinki zaopatrywała się oczywiście na targu w Stalowej Woli. Wielkie hurtownie ogrodnicze dopiero raczkowały. W miarę rozrastania się ogrodu, Wanatowiczowie zataczali coraz szersze kręgi, by znaleźć nowe sadzonki bylin czy drzew. Często gościli w szkółce ogrodniczej Kurowskich w Końskowoli – prawdziwym zagłębiu dobroci dla ogrodników. Tam kupili pierwsze magnolie i rośliny mniej w naszej okolicy popularne.
Toyota do zadań specjalnych
Zasadzili także drzewa, bo właścicielka ogrodu uwielbia drzewa liściaste. – Targaliśmy te drzewa naszą osobową toyotą. Jak sprzedawca zobaczył, że siedem ponad trzymetrowych grabów chcemy wieźć osobówką to krzyknął, że to nieporozumienie. A my wsadziliśmy je do bagażnika, podłożyliśmy pod nie skrzynki, żeby drzewka nie szorowały o jezdnię, i tak, z otwartym bagażnikiem jechaliśmy bocznymi drogami spod Puław, modląc się, żeby nie trafić na żaden patrol policji – wspominają oboje ze śmiechem. Jak mówi pani Helena, ich ogród jest utrzymany w stylu angielskim cottage – więcej tu bylin i kwiatów, mniej równo strzyżonych żywopłotów. Od początku wymagał olbrzymich ilości kompostu, który właściciele produkowali sami.
Trawnik kontra rabaty
Najtrudniejszy w uprawie okazał się jednak trawnik – wielkie, i to dosłownie, marzenie pana Stanisława. – Przy zakładaniu go towarzyszył nam bardzo duży wysiłek fizyczny. Trawa miała być równiutko przystrzyżona, mieliśmy nawet wyrywak do mleczy. Mąż myślał, że będziemy mieć mniej pracy, jak będzie więcej trawnika, bo na wsi się trawę dziko wsiewało i nikt o nią nie dbał. Był w nas konflikt – chciałam poszerzać rabaty kosztem trawnika, a mąż chciał duży trawnik. Z czasem, gdy zobaczył, ile przy nim pracy, to mówił: „A bierz sobie, ile go chcesz” – śmieje się pani Wanatowicz. I brała, bo około sto gatunków róż – oczko w głowie właścicielki – trzeba było gdzieś posadzić.
Staw dający życie
Za serce ogrodu można uznać życiodajny staw mieszczący się na końcu działki. Dlaczego życiodajny? – Trzeba to sobie jasno powiedzieć: nie byłoby ogrodu, gdyby nie ten staw. Dzięki temu nawodnienie nic nas nie kosztuje – wyjaśnia pani Helena. Zgodnie z mężem przyznaje, że ogród to żywy organizm, a praca w nim – jeśli chce się określonych efektów – w zasadzie nigdy się nie kończy. Mimo obowiązków ogród był dla niej zawsze terapią, nawet w najtrudniejszych chwilach. Dawał ogrom psychicznego oddechu. – Powoli musimy dojrzeć do tego, że kiedyś nie będzie siły na nic, bo lat nam przybywa – zauważa.
Redaktorzy nie mogli uwierzyć
Długo trzeba było ją namawiać, by podzieliła się z innymi efektami swojej ciężkiej pracy – ogrodem Wanatowiczów zainteresowali się bowiem swego czasu realizatorzy popularnego programu telewizyjnego TVN „Maja w ogrodzie”. – Bałam się utraty cennej dla mnie prywatności – tłumaczy pani Helena. Jej małżonek nie miał za to, co do emisji programu, żadnych oporów. – Uwielbiam się chwalić naszym ogrodem – uśmiecha się pan Stanisław. A żona chwali męża – to dzięki jego pracowitości było ich stać na rozwój ogrodu, a małżonka starała się rozsądnie gospodarować i co tylko mogła, wysiewała od ziarenka. Nigdy nie pragnęła kosztownej egzotyki. Efekt zaskoczył nawet redaktorów programu, którzy nie mogli uwierzyć, że Wanatowiczowie nie skorzystali nigdy z pomocy profesjonalistów czy architektów ogrodów. Emisja programu w 2025 r. zaowocowała gorącymi wyrazami uznania i niezliczoną ilością chętnych, by osobiście przekonać się o pięknie zaklikowskiego ogrodu. – Przy nagrywaniu programu „Maja w ogrodzie” powiedziałem, że współpracujemy z Panem Bogiem przy tworzeniu piękna. To się nie zmieniło od tamtego czasu. I patrząc na efekty naszej pracy w ogrodzie, często brzmi mi w uszach cytat z Norwida: „Bo piękno na to jest, by zachwycało. Do pracy – praca, by się zmartwychwstało” – puentuje pan Stanisław.
Gdzie poeta znajduje natchnienie
Z tarasu domu rozciąga się widok na sąsiedztwo: dziką naturę, dolinę Sanny i Zalew prześwitujący przez konary drzew. Działka od południa jest nieogrodzona i nie ma granicy między ogrodem a krajobrazem Zaklikowa. Widząc taki pejzaż, aż chce się pisać wiersze, co też swego czasu uczynił znany pieśniarz i poeta, pochodzący z Zaklikowa Leszek Długosz, i zadedykował swoim przyjaciołom „Opisanie ogrodu”. Tego z Zaśluzia, Wanatowiczów, ma się rozumieć. Wiersz kończy się tak: Z trudu i z potu, dla piękna i miłości Tu, na tym świecie W starorzeczu rzeczułki Sanny Jest taki ogród zaczarowany...
Malwina Żelazna
Źródło: Sztafeta (sztafeta.pl)