
Zapowiedziane przez Ministerstwo Zdrowia zmiany mają uporządkować system i ograniczyć patologie w szpitalach. Lekarze i eksperci od zdrowia publicznego ostrzegają jednak, że część propozycji może przynieść niezamierzone skutki, a pacjenci nie odczują oczekiwanej poprawy.
Limity wynagrodzeń dla medyków finansowanych z NFZ, ograniczenie zjawiska tzw. lekarzy walizkowych, czyli zatrudnionych jednocześnie w wielu szpitalach, zwiększenie jawności kontraktów czy uruchomienie e-kolejki do planowych zabiegów – to część propozycji, które przedstawiła na konferencji prasowej minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda. Dziś upływał wyznaczony przez premiera termin zaprezentowania pomysłów na reformę w ochronie zdrowia. Polecenie ich przygotowania było pokłosiem ujawnienia przez media licznych afer, przede wszystkim w Szpitalu Południowym.
Stare-nowe pomysły
Okazuje się, że propozycje złożone przez minister zdrowia z punktu widzenia środowiska lekarskiego nie są niczym nowym. – Ministerstwo Zdrowia odgrzewa propozycje sprzed dziewięciu miesięcy. Wycofało się z nich, bo już wtedy wiadomo było, że są trudne do wprowadzenia i nie chodzi tu o limit pensji. Od tamtej pory nie zobaczyliśmy żadnego projektu ustawy, który trafiłby choćby do konsultacji. A dziś znowu zamiast konkretów, ponownie słyszymy te same hasła, które padły jesienią: pół etatu w NFZ, maksymalna stawka 240 zł za godzinę czy zakaz pracy na procent. Czekamy na oficjalne projekty, bo na razie poruszamy się w sferze deklaracji, a nie rozwiązań prawnych – mówi Jakub Kosikowski, rzecznik Naczelnej Izby Lekarskiej i specjalista onkolog.
Podobnie ocenia sytuację dr Michał Seweryn, specjalista zdrowia publicznego i epidemiologii, adiunkt na Wydziale Nauk o Zdrowiu Uniwersytetu im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego w Krakowie. – To, co pokazało dziś Ministerstwo Zdrowia, to pakiet reaktywny, odpowiedź na ostatnie medialne afery, a nie żadna strukturalna reforma systemu. Trudno byłoby zresztą takiej oczekiwać na rok przed wyborami. Diagnoza części patologii jest trafna, ale narzędzia dobrane są albo zbyt tępe, albo odroczone tam, gdzie miałyby znaczenie. Fundamentalnej zmiany tu nie ma – twierdzi.
Leczenie skutków, a nie przyczyn
Dużo emocji wzbudziła proponowana przez ministerstwo maksymalna kwota 240 zł brutto za godzinę pracy lekarza na kontrakcie. – Dla dużej części lekarzy, na przykład w województwie lubelskim, stawka 240 zł brutto za godzinę oznaczałaby podwyżkę. Istnieje jednak szansa, że doprowadzi to do odgórnego spłaszczenia wynagrodzeń w skali kraju, które teraz przez różnicę wycen są bardzo zróżnicowane – mówi Jakub Kosikowski.
Według Michała Seweryna „kominy płacowe” są skutkiem źle wycenionych świadczeń medycznych. Dlatego próba ich likwidacji poprzez wprowadzenie limitu stawek dla lekarzy oznacza leczenie skutków, a nie przyczyn. – Odgórny limit na wynagrodzenia nie zwiększy podaży godzin, a może wypchnąć część kadry do sektora prywatnego. Nie chodzi o to, że limity płacowe są złe same w sobie, chodzi o kolejność. Limit wprowadzony zamiast albo przed naprawą taryfy tylko przesuwa nadwyżkę finansową w inne miejsce. Ten sam limit po urealnieniu wyceny jest w dużej mierze zbędny, bo znika samo źródło nadwyżki. Ministerstwo Zdrowia sięga po narzędzie tańsze politycznie i szybsze medialnie, zamiast po to, które faktycznie rozwiązuje problem – wyjaśnia.
Obawia się również rekomendowanego limitu udziału kosztów wynagrodzeń w budżecie szpitala. Jego zdaniem nie uwzględnia on różnic między placówkami. W efekcie system może premiować bylejakość, o ile mieści się ona w wyznaczonych limitach, a jednocześnie karać placówki zapewniające wyższą jakość opieki. Jakub Kosikowski zauważa, że likwidacja „kominów płacowych” w sposób zaproponowany przez ministerstwo, nie poprawi sytuacji pacjentów. – Diabeł tkwi w szczegółach. Jeśli te pieniądze zostaną w szpitalach, to dyrektorzy przeznaczą je na spłatę długów i bieżących zobowiązań placówek. Z perspektywy pacjenta nie zmieni się zupełnie nic – tłumaczy.
Zmiany pogrążą szpitale?
Obawy specjalistów budzi także bezwzględny zakaz zawierania umów ze spółkami lekarskimi. Obecnie wiele z nich świadczy dla szpitali usługi z zakresu teleradiologii czy histopatologii. Z punktu widzenia bezpieczeństwa pacjentów lepiej byłoby, gdyby szpitale zatrudniały tych specjalistów bezpośrednio. W wielu placówkach z powodów finansowych zdecydowano się jednak na kontraktowanie usług zewnętrznych spółek.
– Nagłe odwrócenie wieloletnich procesów likwidacji tych pracowni jest nierealne. Dyrektorzy nie odtworzą ich z dnia na dzień, co może ograniczyć pacjentom dostęp do diagnostyki – zauważa Jakub Kosikowski.
– Likwidowanie całego mechanizmu, żeby złapać oszustów, to leczenie infekcji amputacją – mówi mocno dr Seweryn. – Tam, gdzie kontrakty są normą (a to często mniejsze i powiatowe placówki), taki zakaz uderzy w obsadę dyżurów. Problemem jest słaba koordynacja systemowa i brak realnego nadzoru oraz sterowania polityką zdrowotną na poziomie regionalnym (czego w Polsce po prostu nie mamy), a nie sama forma zatrudnienia czy umowy – dodaje.
Duże problemy mogą także pojawić się po wprowadzeniu kolejnego z postulatów ministerstwa – obowiązku pracy w jednym podmiocie leczniczym przynajmniej na pół etatu i zgody pracodawcy na pracę w innych miejscach. W sytuacji niedoboru lekarzy może to doprowadzić do koncentracji specjalistów w większych ośrodkach. Mieszkańcy mniejszych miast mieliby trudniejszy dostęp do lekarzy, a część oddziałów mogłaby zostać zamknięta.
– Sam łączę pracę w klinice w Lublinie z jednodniowymi przyjazdami do szpitala powiatowego, gdzie wspieram onkologię. Tam po prostu nie ma tylu pacjentów, by tworzyć pół etatu. Jeśli te przepisy wejdą w życie, czy dyrektor powiatowej placówki będzie musiał mnie zwolnić? Dlatego ciężko teraz przesądzać, jakie będą ostateczne rozwiązania – musimy poznać coś więcej poza zapowiedziami medialnymi – czekamy na ustawy i rozporządzenia – objaśnia Jakub Kosikowski.
Ministerstwo Zdrowia czy Choroby?
Wśród mocnych stron proponowanych zmian specjaliści wskazują centralną e-rejestrację i centralną e-kolejkę. Pozostaje jednak pytanie, czy system uda się sprawnie wdrożyć. Jego celem jest pełna transparentność i ograniczenie nieformalnego wpływu na kolejność przyjęć dzięki informatyzacji. Dobrze wprowadzony system może przynieść realne korzyści. Właściwym kierunkiem zmian jest też ponowna wycena przez AOTMiT zawyżonych procedur, szczególnie w zakresie kardiologii czy chirurgii kręgosłupa, bo to one generują najwyższe zarobki medyków.
Zdaniem dr Seweryna zaproponowane zmiany to pakiet pojedynczych propozycji, skoncentrowanych na szpitalnictwie. Do pełnego projektu reformy wiele jeszcze brakuje. – System zdrowotny w Polsce to nie tylko szpitale; to POZ, AOS, opieka psychiatryczna, ale też zdrowie publiczne, profilaktyka i wszystkie inne elementy, które mają wydatny wpływ na zdrowie społeczeństwa. Na dzisiejszej konferencji nie padła żadna propozycja dotycząca fundamentalnych zmian w organizacji i nadzorze nad systemem ochrony zdrowia. Nie przedstawiono także nowych rozwiązań dotyczących zasad finansowania, kultury organizacyjnej ani współpracy między sektorem publicznym i prywatnym – twierdzi Michał Seweryn.
– Zdrowia Polaków nie zbuduje się w szpitalach. Szpitale walczą z chorobą w stadium, które wymaga już opieki stacjonarnej. Pora zatem, aby Ministerstwo przy Miodowej zdecydowało, czy naprawdę jest Ministerstwem Zdrowia, czy Ministerstwem Choroby, bo patrząc na jego działania, można mieć poważne wątpliwości – kończy dr Seweryn.
Opozycja krytykuje
Do propozycji zmian odnieśli się już politycy opozycji.
– Zamiast rewolucji mamy odsunięcie od siebie odpowiedzialności za gigantyczny kryzys w ochronie zdrowia – napisał poseł Janusz Cieszyński, były wiceminister zdrowia z PiS i zaproponował lekturę raportu na temat zmian w zasadach wynagradzania medyków, który przygotował wspólnie z Mateuszem Morawieckim.
Mój komentarz dotyczący propozycji minister Sobierańskiej-Grendy: Czy trzeba się rozprawić z pożerającymi nasze składki kominami płacowymi wśrod lekarzy? Bez wątpienia tak. Problem w tym, że dzisiejsza konferencja prasowa to zaledwie plaster na ropiejącą ranę. Po pierwsze -…— Janusz Cieszyński (@jciesz) 8 lipca 2026 „Czyli nie ma zasady "albo-albo" dla lekarzy, kontraktoza i odklejone godziny pracy zostają, "salary cap" taki, żeby można go obejść, konkretnej ustawy nie przygotowali, a elektroniczna rejestracja na operacje będzie... po wyborach xD Im się chyba naprawdę znudziło rządzenie” – podsumował Adrian Zandberg z Razem.
Czyli nie ma zasady "albo-albo" dla lekarzy, kontraktoza i odklejone godziny pracy zostają, "salary cap" taki, żeby można go obejść, konkretnej ustawy nie przygotowali, a elektroniczna rejestracja na operacje będzie... po wyborach xD Im się chyba naprawdę znudziło rządzenie.— Adrian Zandberg (@ZandbergRAZEM) 8 lipca 2026 Sławomir Mentzen w swoim wystąpieniu zaapelował o rozbicie monopolu NFZ i „niedolewanie wody do pustego wiadra”.
To, czy zapowiadane rozwiązania rzeczywiście zmienią funkcjonowanie polskich szpitali, okaże się dopiero po przedstawieniu projektów ustaw i rozpoczęciu ich wdrażania. Na razie przedstawiony pakiet trudno uznać za kompleksową reformę całego systemu ochrony zdrowia.
Agnieszka Huf Dziennikarka, redaktor portalu „Gościa Niedzielnego”. Z wykształcenia pedagog i psycholog, przez kilka lat pracowała w placówkach medycznych i oświatowych dla dzieci. Absolwentka Akademii Dziennikarstwa na PWTW w Warszawie. Autorka książek „Zawsze myśl o niebie: historia Hanika – ks. Jana Machy (1914-1942)” oraz „Szczeliny. Bóg w popękanej psychice”.
Źródło: Gość Opolski (opole.gosc.pl)