RAK
    Prof. Stanisław Nicieja: Kresy nie umarły, żyją we wnukach

    Prof. Stanisław Nicieja: Kresy nie umarły, żyją we wnukach

    2700 odsłon
    Prof. Stanisław Nicieja: Kresy nie umarły, żyją we wnukach

      Krzysztof Ogiolda: – Panie profesorze, spotkaliśmy się w Pępicach, w „Niciejówce”, a pan trzyma w ręku XXIII tom „Kresowej Atlantydy”. Z pewnością najobszerniejszy w całej serii. Liczy sobie 420 stron. Prof. Stanisław Nicieja: Trochę przekroczyliśmy planowaną objętość, co powiększa koszty wys

    Krzysztof Ogiolda: – Panie profesorze, spotkaliśmy się w Pępicach, w „Niciejówce”, a pan trzyma w ręku XXIII tom „Kresowej Atlantydy”. Z pewnością najobszerniejszy w całej serii. Liczy sobie 420 stron.

    Prof. Stanisław Nicieja: Trochę przekroczyliśmy planowaną objętość, co powiększa koszty wysyłki książki. Ale nie chciałem rezygnować z ostatniej części. Opowiada o Rozdole i o Lanckorońskich. W tym tomie znalazły się bardzo małe miejscowości. Niewiele osób wie, że istnieje taka wioska jak Hnilcze, czy takie miasteczko jak Tłumacz.

    – Książka zaczyna się od opowieści o Chyrowie…

    – W pierwszym tomie – 14 lat temu – umieściłem pięć wielkich miast. I to był wielki błąd. O Lwowie napisałem tam 40 stron. Dobry esej, esencjonalny, ale krótki. O maleńkim, pięciotysięcznym Chyrowie napisałem stron 140. I jest to lektura, która wciąga. Bo Kresy to nie tylko Wilno, Lwów, Kołomyja i inne duże miasta.

    – Z czym powinniśmy kojarzyć Chyrów?

    – Przede wszystkim z uczelnią dla elit politycznych. Bo to jest fenomen tego miasteczka. Jeden z tarnopolskich jezuitów wpadł na pomysł, by kupić działkę w małej miejscowości – żeby nie przepłacić – ale z dobrym dojazdem. Wybór padł właśnie na Chyrów. Leży dziś tuż przy granicy polsko-ukraińskiej. I tam jezuici postawili konwikt, czyli internat na 500 osób i szkołę – męskie gimnazjum klasyczne. Z wysokim czesnym, ale też z najlepszą kadrą pedagogiczną.

    Przy konwikcie istniała sala teatralna na 1000 osób. Działała tam orkiestra, chór męski, wydawano czasopismo szkolne. Uczniowie mieli do dyspozycji sale gimnastyczne, pływalnię, korty tenisowe, kręgielnie, boiska do piłki nożnej i palanta. Szkoła dysponowała własnymi wodociągami, elektrownią, szpitalem i drukarnią. Przez 50 lat jezuici wykształcili 6 tysięcy wybitnych specjalistów z różnych dziedzin.

    Co najmniej 60 z nich wymieniam w książce. Tę szkołę kończyli: Eugeniusz Kwiatkowski, wicepremier i twórca Gdyni, wybitni polscy aktorzy – Kazimierz Junosza-Stępowski i Janusz Warmiński, znany pisarz i reportażysta Ksawery Pruszyński, twórca „Wielkiej Gry” Ryszard Serafinowicz, syn Wojciecha Korfantego, kilku przyszłych generałów, wśród nich Roman Abraham i Jerzy Kirchmayer.

    Jednym z wychowawców w Chyrowie – uczył języków nowożytnych – był ojciec Jan Beyzym, który potem wyjechał na misje i został „apostołem trędowatych” na Madagaskarze, a w 2002 roku błogosławionym Kościoła katolickiego.

    – Do Chyrowa trafiali nierzadko chłopcy, z których trudnym charakterem rodzice słabo sobie radzili…

    – Za złe zachowanie czy oceny dostawało się chłostę, czego dzisiaj oczywiście nie pochwalamy. Ale najwyraźniej absolwenci mieli z tej szkoły także dobre wspomnienia, skoro powstało kilkadziesiąt książek pamiętnikarskich o pobycie w Chyrowie. Jedną z nich zawdzięczamy profesorowi Józefowi Garlińskiemu, historykowi i pisarzowi, długoletniemu prezesowi Stowarzyszenia Polskich Pisarzy na Obczyźnie.

    – Bardzo ciekawy jest opis obchodów 50-lecia chyrowskiej uczelni…

    – Wielką sensację wzbudził Stanisław Wacnik, który na ten złoty jubileusz szkoły przyleciał szybowcem CW-7 holowanym z lotniska w Ustianowej przez samolot RWD-8. Pilotował lwowski as lotnictwa Lucjan Szempliński. Odpiął Wacnika 1500 metrów nad ziemią, a ten schodząc w dół wykonywał korkociągi, przewroty i spirale. Obserwujący jego wyczyny na dziedzińcu konwiktu goście zamarli ze strachu o to, że się rozbije. Ale nic złego się nie stało. Wylądował w kapuście za pralnią.

    – Co pana profesora ostatecznie skłoniło, by napisać o Chyrowie.

    – Napisałem ten rozdział trochę z przekory, przeciw różnego rodzaju „kolegium tumanum” powstającym po transformacji, w których można bezkarnie zdobyć pseudodyplomy i kupować doktoraty. Państwo, które ma takie elity, gnije. Twórcy szkoły w Chyrowie rozumieli, że elity trzeba kształcić naprawdę. Ta placówka została w dużej mierze zapomniana. Wydobywam ją z zapaści. A lot dały mi fotografie dawnych absolwentów.

    Reprodukuję w książce tablo szkolne – fotografię ósmej, czyli ostatniej klasy z 1897 roku. Otrzymałem ją od państwa Czekajów z Bielawy. Na odwrocie są podpisy absolwentów. Los rozrzucił ich po całym świecie. Niektóre z tych historii udaje się po 130 latach odtworzyć. Dostałem na 3 września zaproszenie do Collegium Ignatianum prowadzonego przez jezuitów w Krakowie. Będę tam o Chyrowie mówił.

    – W „Kresowej Atlantydzie” pojawiają się wciąż nowe miejscowości, ale mechanizm się nie zmienia. Często punktem wyjścia do opisania jakiejś historii czy postaci są dokumenty lub zdjęcia nadesłane przez czytelników – potomków Kresowian.

    – Tak istotnie jest. W jednym z pierwszych tomów poświęconych kresowym uzdrowiskom pisałem o Truskawcu. Umieściłem w tym rozdziale zdjęcie trzech dżentelmenów. Idą ulicą, w rękach trzymają tzw. pijawki, naczynia na wodę zdrojową. Dwóch znam. Mogłem podpisać, kim byli, wymienić ich profesje – jeden był lekarzem, drugi architektem. Trzeci NN. Książka się ukazuje. I po kilku miesiącach na spotkaniu czytelnik podekscytowany pyta, skąd mam to zdjęcie. Bo ów NN już nie jest anonimem. To jest jego dziadek. A książka staje się w tym domu swego rodzaju Biblią rodzinną, dowodem korzeni. Kresy nie umarły, żyją we wnukach.

    – Tytuł kolejnego rozdziału jest grą słów: Tłumacz – miasteczko poliglotów.

    – Legenda wiąże je z jednym z wczesnoruskich książąt, który założył tam szkołę tłumaczy. To było miasto na szlaku, którym wędrowały kupieckie karawany. Był potrzebny ktoś, kto znał język turecki, tatarski, madziarski, mołdawski, ormiański itd. Kupcy mogli w Tłumaczu tych poliglotów za pieniądze wynajmować. Hrabia Henryk Dzieduszycki, ziemianin i jeden z pionierów polskiego przemysłu cukrowniczego zbudował tam z wielkim rozmachem cukrownię, która w połowie XIX wieku pokrywała w 93 procentach zapotrzebowanie na cukier w Galicji.

    – W tej niewielkiej miejscowości mieszkało wiele ciekawych postaci…

    – To miasteczko wydało m.in. wybitnego krytyka literackiego Ostapa Ortwina. Był niesamowicie drapieżny. To były „kocie pazury” satyry i krytyki literackiej. Był wyrocznią literacką jak Marcel Reich-Ranicki w Niemczech. Jak napisał o jakimś pisarzu, że jest grafomanem, to był to koniec jego kariery.

    Kiedy Rosjanie zajęli Lwów, wykazywał się wielką odwagą. Krzyczał na ulicy: „Tu jest Polska!”. A kiedy przyszli do niego enkawudziści, powiedział im prosto w oczy: „Przestańcie nas pouczać. Wskazał na Marię, żonę Jana Kasprowicza, mówiąc: Gdyby nie mąż tej pani, Lenin nie wyszedłby w 1914 z austriackiego kryminału w Nowym Targu i nie byłoby tej waszej rewolucji”. Zginął we Lwowie w 1942 roku z rąk gestapowca. Został zastrzelony, bo nie miał opaski z gwiazdą Dawida.

    – Jak udało się panu profesorowi dotrzeć do tylu informacji o tej malutkiej miejscowości?

    – Ona ma niezwykłe ziomkostwo. Jego członkowie spotykają się w Siedlakowicach, gdzie znajduje się przywieziony z Tłumacza obraz patronki tamtejszego kościoła, św. Anny. W tym roku spotkają się 26 lipca. To ziomkostwo wydało 53 „Zeszyty Tłumackie”. Wyciągnąłem stamtąd esencję opowieści o mieszkańcach.

    – Niedaleko Tłumacza leżą Pałahicze…

    – A w nich były trzy dwory. Wszystkie zostały spalone. Jeden należał do rodziny Rodakowskich. Senior rodu, Piotr był właścicielem kamienicy we Lwowie i cenionej kancelarii adwokackiej. Miał czterech synów. Jeden z nich, Henryk Rodakowski, był wybitnym polskim malarzem portrecistą. Jego twórczością zafascynował się wybitny artysta francuski Eugene Delacroix.

    – Rodakowski namalował m.in. duży obraz historyczny „Wojna kokosza”.

    – I to właśnie w Pałahiczach. Upamiętnia on zawarcie porozumienia po rokoszu szlachty, która w 1537 roku we Lwowie protestowała przeciwko polityce społecznej króla Zygmunta Starego i królowej Bony. Portretując postaci historyczne, Rodakowski wykorzystał odwiedzających pałahicki dworek członków rodziny oraz miejscowych chłopów. Najważniejszym osiągnięciem Rodakowskiego z tego okresu jest cykl 11 akwarel, które weszły do historii polskiego malarstwa pod nazwą „Album Pałahickie”.

    – Hnilcze, które pan profesor opisał w XXIII tomie, to wieś na Podolu. I to nie za wielka. W 1930 roku mieszkało tam 1500 Rusinów, 1000 Polaków i 8 Żydów.

    – Nobilituje tę miejscowość Stanisław Srokowski, jeden z najwybitniejszych polskich pisarzy współczesnych. Napisał około 40 powieści. Jest absolwentem Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Opolu, czyli poprzedniczki Uniwersytetu Opolskiego. Chlubię się tym. Reprodukuję w książce jego indeks, a w nim zdjęcie z bujną czupryną. Dziś Srokowski jest zupełnie łysy. Przywołuję także promotora jego pracy magisterskiej o twórczości Kasprowicza, profesora Stanisława Kolbuszewskiego.

    – W twórczości Srokowskiego ważny jest nurt rozliczeniowy. Nie unika on prawdy o ludobójstwie ukraińskich nacjonalistów i zagładzie Polaków i Żydów na Podolu i Wołyniu…

    – Pokazuję, jak traktuje go krytyka, przez straszliwe podziały dzielące dziś Polskę. Przykładowo, w „Przewodniku po prozie 1976-2020” liczącym 860 stron jego autor, prof. Przemysław Czapliński nie zauważył żadnej z kilkudziesięciu książek prozatorskich Srokowskiego. Uważam, że przemilczenie jest w dzisiejszym świecie jednym ze sposobów na zniszczenie człowieka.

    Ja pokazuję Srokowskiego nie tylko jako autora książek o wojennych okrucieństwach (na podstawie jego tekstów powstał scenariusz filmu „Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego). Przywołuję także tom pt. „Mistrz” – portret urodzonego we Lwowie malarza Przybysława Krajewskiego. W Opolu przeżył on 12 lat (1954-1967). Był malarzem surrealistą, polskim Salvadore Dalim. Napisał też świetną książkę o Wojaczku.

    – Jako pierwszych właścicieli Hnilcza wymienia się legendarny ród Zawiszów.

    – Najsłynniejszym z Zawiszów był Zawisza Czarny z Garbowa. Nie tylko uchodził za niezwyciężonego rycerza, ale trafił do narodowej legendy jako synonim prawości, niezawodności, odwagi i honoru. Wyrazem tego jest powiedzenie „polegać jak na Zawiszy”. Gdy w Polsce pojawiła się idea skautingu, trafiło ono do Prawa Harcerskiego.

    – Hnilcze utrwalił w pamięci i w literaturze także węgierski pisarz Ferenc Molnar. W moich czasach szkolnych czytaliśmy jego przetłumaczoną na wiele europejskich języków powieść „Chłopcy z Placu Broni”.

    – Molnar przyjechał do Hnilcza w czasie I wojny światowej, kiedy armie austro-węgierska i niemiecka przystąpiły do kontrofensywy mającej wyprzeć armię rosyjską z Galicji. Towarzyszył wojskom austriackim jako reporter frontowy. Opisywał, jak odbijano z rąk rosyjskich twierdzę w Przemyślu, jak wyganiano Rosjan ze Lwowa. Także Hnilcze trafiło do zbioru reportaży „Galicja 1914-1915. Zapiski korespondenta wojennego”.

    – Ostatnia część tomu przybliża miejscowość Rozdół…

    – Tam rodzina Lanckorońskich zbudowała jeden z największych i najbogatszych pałaców kresowych. On jest dziś w ruinie. Znajdował się tam jeden z największych zbiorów obrazów. Zaprzyjaźniony z nimi Jacek Malczewski namalował tam wiele obrazów. Miał tu swoje atelier. Kiedy Lanckorońscy tracą Rozdół, znaczna część ich majątku znajduje się w Wiedniu. Ich córka Karolina, historyczka sztuki stworzyła fundację, dzięki której kilkuset młodych ludzi otrzymało wysokie stypendia.

    Ja też byłem stypendystą Fundacji Lanckorońskich. Dostałem stypendium za książkę o Łyczakowie – 3 tysiące funtów. To była ogromna suma (w Polsce za 30 funtów można było żyć miesiąc). Ponadto przez trzy miesiące mogłem mieszkać bezpłatnie w hotelu na Earls Court. W 1994 roku prof. Karolina Lanckorońska jako ostatnia z rodu po śmierci rodzeństwa przekazała do muzeów w Polsce hojny dar, niemający równego w historii Polski. M.in. 228 rysunków Jacka Malczewskiego.

    Dzięki jej hojności Wawel ma najwartościowszą w Polsce i jedną z cenniejszych w Europie kolekcję wczesnego malarstwa włoskiego. Jej dary trafiły do Zamku Królewskiego w Warszawie (dwa obrazy Rembrandta), do Muzeum UJ, Muzeum Narodowego w Warszawie i Muzeum Wojska Polskiego. Co trzeba szczególnie podkreślić – wszystko to zostało przekazane nieodpłatnie.

    – W każdym z tomów „Kresowej Atlantydy” pojawiają się licznie portrety Opolan. W tym ostatnim też ich pewnie nie brakuje.

    – Jest ich cała galeria. Jeden z rozdziałów poświęciłem konfraterni opolskich fotografów. Są prawie wszyscy – Adam Śmietański i Stanisław Bober, bracia Kwaśniewscy, Jerzy Stemplewski, Sławoj Dubiel, Jan Berdak, Ryszard Emmerling, Roman Hlawacz. A także zapomniany Edward Kafel, pionier fotografii na Śląsku, a wcześniej wychowawca i fotograf w konwikcie w Chyrowie.

    Opisuję także historię opolskich profesorów Łomnego i Kochmana. Obaj z trudem przeżyli rzeź na Podolu. Nie koncentruję się w moich książkach na okrucieństwie czasów wojny, ale też tego motywu nie unikam. Stanisław Kochman, były rektor WSP urodzony w Ludwikówce pod Stanisławowem, przeżył banderowski napad, ukrywając się w studni. Na szczęście nikt z napastników do niej nie zajrzał.

    Zygmunt Łomny, jeden z twórców Instytutu Pedagogiki w WSP zbiegł wraz z rodzicami wiosną 1944 z Jezierzan do Borszczowa. Na przednówku panował straszliwy głód i ojciec posłał go – 14-letniego chłopca – z wózkiem do Jezierzan, by odebrał od jednego z sąsiadów dług – worek pszenicy. Gdy zbliżył się do wioski, poczuł swąd spalenizny, a następnie zobaczył dopalające się domostwo. A na słupkach drewnianej furtki głowy mężczyzny i kobiety.

    W popłochu uciekł do domu biegiem, przewracając się na kępach trawy. Nie tylko nie przywiózł worka z pszenicą, ale i wózek gdzieś z lęku zagubił. Po latach w historii opolskiego środowiska naukowego profesor zapisał się jako ceniony pedagog i jako intelektualista.

    – Gdzie pan profesor zabierze czytelników w powstającym już XXIV tomie?

    – Między innymi do mickiewiczowskiego Nowogródka. To miejsce urodzenia wieszcza było w II RP najmniejszym miastem wojewódzkim w Polsce. Liczyło 6 tysięcy mieszkańców. Mierzę się z Mickiewiczem. Największym fenomenem polskiej kultury, który potrafił polskie słowo ze słowem łączyć tak jak nikt.

    Co o tym sądzisz?

    Artykuł sponsorowanyAD
    SamsungGalaxy AI - nowa era