RAK
    Odszedł legendarny fryzjer ze Strzelec Opolskich. Strzygł przez 69 lat

    Odszedł legendarny fryzjer ze Strzelec Opolskich. Strzygł przez 69 lat

    2688 odsłon
    Odszedł legendarny fryzjer ze Strzelec Opolskich. Strzygł przez 69 lat

    Beata Szczerbaniewicz

    Dzisiaj, 07:17

    Ginter Krupok w swoim zakładzie i wieku 16 lat, gdy zaczynał pracę w zawodzie fryzjera. Gintera Krupoka już nie ma, ale zakład nadal stoi i działa. Nie ma wymyślnej nazwy – ani „Magia”, ani „Złote Nożyczki”. Zdobi go prosty szyld „ Zakład Fryzjerski ”, ale wszyscy ten zakład znają i wiedzą, do kogo należał. Stara kamienica, rozbudowana przez niego – w uzgodnieniu z konserwatorem zabytków – i podwyższona, stoi zaledwie ćwierć minuty drogi od kościoła św. Wawrzyńca i minutę od ratusza.

    Przez lata przed zakładem stał czerwony samochód pana Gintera. To po nim klienci rozpoznawali, czy jest na miejscu. To auto zresztą go „zdradziło”, gdy w ubiegłym roku wyszedł ze szpitala i już następnego dnia przyjechał do pracy . Namierzył go lekarz ze szpitala, który akurat przejeżdżał ulicą.

    – W ostatnim roku życia ojciec sporo chorował. Trzy razy był w szpitalu, ale mimo że sił miał coraz mniej, nie umiał rozstać się z zakładem – mówi syn zmarłego, Janusz Krupok. – Wtedy też przyjechał zobaczyć, co tu się dzieje. Nagle wszedł pan doktor: „Co pan wyprawia? Pan musi teraz odpoczywać, a nie ludzi strzyc. Proszę iść i się położyć” – strofował go. Do późnej jesieni jeszcze pracował. Coraz mniej, bo był już słaby i zaczął mieć problemy z równowagą. Ale trzymał rękę na pulsie. Ten zakład to było całe jego życie . Spędzał tu więcej czasu niż w domu – przez wiele lat od godziny 7.00 do 19.00, z przerwą tylko na obiad.

    Ginter Krupok strzygł i golił przez 69 lat

    Ginter Krupok rozpoczął swoją przygodę z fryzjerstwem w wieku 16 lat jako uczeń w zakładzie Franciszka Budzianowskiego. Znajdował się on w rynku w Strzelcach Opolskich, obok dzisiejszego pomnika Piety. Był rok 1957. Przepracował tam 20 lat, by 7 lipca 1977 roku otworzyć pierwszy własny, niewielki zakład. Mieścił się tuż obok obecnego – dosłownie za ścianą. Przeprowadzka do lokalu przy ul. Kołłątaja nastąpiła w lutym 1980 roku. Wtedy zakład znacznie się powiększył.

    16-letni Ginter Krupok u progu fryzjerskiej kariery. Był fryzjerem męskim i łatwo policzyć, że strzygł i golił przez 69 lat . Niewiele zabrakło, a byłoby równo siedem dekad. Klienci bardzo go cenili. Większość zaliczała się do tzw. stałych, niektórzy przychodzili do niego od ponad pół wieku. Wciąż pojawiali się jednak także nowi.

    – Ciepło się robi na sercu, gdy przeglądam internetowe opinie na jego temat – mówi Janusz Krupok, pokazując ekran telefonu.

    Pokazuje wpis sprzed dwóch lat. Maksymalna liczba gwiazdek , imię i nazwisko oraz tekst: „Najlepszy Fryzjer (pisownia oryginalna – red.) w tym małym mieście. Pan Ginter mimo 83 lat dalej znajduje czas i energię, by strzyc męskie głowy, przy okazji umilając czas śmiesznymi anegdotami”.

    Kochał swój zakład

    Anna Plachetka , fryzjerka, która przepracowała ze śp. Ginterem Krupokiem 50 lat i nadal pracuje w jego zakładzie, obsługując panie, wspomina go jako niezwykle serdecznego, dobrego, pracowitego i towarzyskiego człowieka. Mówi, że kochał swój zawód.

    – My razem spędziliśmy pół życia. Gdybyśmy byli małżeństwem, moglibyśmy obchodzić złote gody – żartuje Anna Plachetka. – Byliśmy zżyci jak rodzina – personel i stali klienci. Ginter znał niemal wszystkich ludzi w mieście. Strzygł wszystkich: dyrektorów i urzędników, naczelników więzienia, działaczy partyjnych i opozycjonistów, artystów, księży i lekarzy. Pamiętał szczegóły z życia, imiona dzieci i wnuków. Z każdym porozmawiał, każdego wysłuchał. Dużo żartował. I dobrze wiedział, co dzieje się w mieście, bo u fryzjera – wiadomo – zawsze jest wymiana informacji. Klienci bardzo go lubili, z wieloma łączyła go przyjaźń. Jego śmierć to dla nas wielki cios. To nie powinno się tak stać. Mógłby jeszcze pracować...

    Zakład Fryzjerski stworzony przez Gintera Krupoka Klienci cenili zakład pana Gintera nie tylko za dobrą lokalizację przy rynku i jego towarzyskość. Był mistrzem w swoim fachu . Z powodzeniem startował w konkursach krajowych i międzynarodowych. Zachowała się część dyplomów:

    dyplom mistrzowski Izby Rzemieślniczej w Opolu z 19 lutego 1979 roku, dyplom za II miejsce w Konkursie Młodych Fryzjerów „Warszawska Wiosna 1961”,

    dyplom za udział w eliminacjach do Międzynarodowego Konkursu Fryzjerów Krajów Demokracji Ludowych z 25 kwietnia 1965 roku,

    dyplom za III miejsce w Ogólnopolskim Konkursie Fryzjerstwa Męskiego w Krakowie z 28 czerwca 1964 roku.

    W 1996 roku otrzymał od Związku Rzemiosła Polskiego Złotą Odznakę Mistrza za szkolenie uczniów w rzemiośle .

    Takich uczniów, licząc od końca lat 80., było blisko pięćdziesięciu. Co roku szkolił troje. Najlepsi zostawali w zakładzie. Ostatnio obsada nieco się zmniejszyła, ale bywały lata, gdy razem z uczniami pracowało tu kilkanaście osób. A do pana Gintera i tak ustawiała się kolejka .

    – Potrafił dobrze ostrzyc, dobrać fryzurę i doradzić – mówi Anna Plachetka. – Był pasjonatem. Cały czas się szkolił, a my razem z nim. Interesował się nowymi trendami.

    Nikt z jego przodków nie był fryzjerem

    Janusz Krupok dodaje, że ojciec startował w konkursach tylko jako młody fryzjer. Później, gdy został już mistrzem, zasiadał w jury i oceniał innych. Co roku bywał w Paryżu czy Mediolanie . Lubił podróżować – nie tylko na konkursy fryzjerskie, ale także dla przyjemności.

    Ginter Krupok kochał swoją pracę Pod koniec życia był już mocno schorowany. W 2019 roku przeszedł zawał. Błyskawicznie się po nim pozbierał i wrócił do strzyżenia . Kiedy dopadła go choroba nowotworowa, wydawało się, że także z nią może wygrać. Operacja się udała, jednak pojawiły się przerzuty.

    – Jeździł na chemioterapię i cały czas pracował. Mówił, że to daje mu siłę – opowiada syn. – Z czasem chemia bardzo go jednak osłabiła. Dodatkowo uszkodziła serce i doszło do niewydolności krążeniowo-oddechowej. Chciał pracować, ale nie dawał już rady, miał zawroty głowy. Ostatni raz był przy fotelu fryzjerskim w listopadzie. Potem już tylko przyjeżdżał posiedzieć w zakładzie i poczuć jego atmosferę. To był fryzjer z powołania . Ani ja, ani brat nie odziedziczyliśmy jego talentu. Zresztą nikt z jego przodków nie zajmował się fryzjerstwem .

    Taki talent jest jak dar od Boga .

    Czytaj wszystkie najważniejsze informacje z powiatu strzeleckiego. Kup aktualne e-wydanie "Strzelca Opolskiego"!


    Źródło: Strzelec Opolski / Strzelce360.pl

    Co o tym sądzisz?

    Artykuł sponsorowanyAD
    SamsungGalaxy AI - nowa era